podróże
RSS
niedziela, 05 lipca 2009
Miri, 5 lipca

Nasze zmartwienia z poprzedniego dnia rozwiazalismy jeszcze tego wieczoru. Przy pomocy pani z recepcji naszego hostelu. Niezwykle przedsiebiorcza kobieta. Takie tajne, jednoosobowe biuro podrozy. My kupilismy przez internet bilety na samolocik do Mulu na jutro, a ona zalatwila nam podczepienie sie pod grupe, ktora takze jutro rusza na kilkudniowy trek szlakiem headhunters'ow. Po drodze mamy zaliczyc trudne wejscie na Pinnacles (jezeli uda sie nam tam wskrobac to wtedy zdradze tajemnice co kryje sie pod ta nazwa), a potem taka zwykla mordega w dzungli w sumie przez cztery dni. Pani z recepcji rozwiazala takze najwiekszy problem zwiazany z tym trekiem - nasz spore plecaki. Nie bardzo widze nas dralujacych przez las z takimi paczkami na plecach. Wiec zabieramy ze soba tylko minimum rzeczy w malych plecaczkach, a duze toboly pojada "same" do Brunei i gdzie tam beda na nas czekac. Wielkie dzieki pani z recepcji. Oczywiscie o ile plecaki do nas wroca za pare dni...

Dzisiaj pojechalismy do jaskin w Niah kilkadziesiat kilometrow od Miri. Kilka ogromnych pieczar o fanastycznym gotyckim wnetrzu. Przyjedzcie, warto zobaczyc. Troche znowu wloczylismy sie po dzungli. Takiej pieknej i bardzo relaksowo urzadzonej do zwiedzania. Jak to w parku. Wedruje sie drewnianym pomostem wielokilometrowej dlugosci. Agnieszka zaczyna juz marudzic, ze ciagle lazimy i lazimy po zielsku. Wiec pewnie zaraz po treku z Mulu spadamy na dluzej nad morze - rafa, snoorkling i takie tam nic nierobienie. Jednym slowem troche lenistwa. Przez ostatnie kilkanascie dni dosc intensywnie wedrowalismy wiec potrzebujemy odsapki...


I to chyba na razie tyle. Przez kilka dni nic nie napisze. Chyba, ze w napotkanym longhouse'ie bedzie internet. Tutaj wszystko jest mozliwe.

12:11, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 lipca 2009
Miri, 4 lipca

Kolejny przystanek w drodze. Przez ostatnie dni przeplynelismy z Kapit do Belagi, w ktorej zrobilismy krociutki dwudniowy wypad po okolicy, zostalismy na noc w longhouse'ie Kayanisow - to jedno z plemion Dajakow - a dzisiaj troche wertepami, troche asfaltem po 8 godzinach jazdy dotarlismy do Miri. Czyli zakonczylismy odcinek trasy wzdluz rzeki Rejang.

Rejs "ekspress boat" z Kapit do Belagi okazal sie sympatyczna przygoda. I nie dlatego, ze przez ponad 5 godzin mielismy siedziec zamknieci w puszce klimatyzowanej kabiny z nosami w przygodach komisarza Wallandera (w moim przypadku, Aga czyta ambitniejsza literature, na ktora i ja jestem nieuchronnie skazany). Porzucilismy nasze wygodne fotele i wdrapalismy sie na gorny poklad pomiedzy powiazen sznurami paczki, meble, kury w kojcach, worki ryzu. Okazalo sie calkiem wygodnie, a widoki przez kilka godzin byl super...

A.K. na pokladzie szybkie lodzi.

i widoczki po drodze

Belaga to takie miasteczko troche jak z westernow. Wlasciwie jest tylko jedna uliczka zwarcie zabudowana szeregiem moze dwudziestu niewysokich budynkow. A w nich knajpki, sklepy i trzy hotele. Wszystkie frontem do rzeki. Wokol uliczki "centrum miasta" w promieniu kilkuset metrow troche luzno stojacych budynkow. I na tym konczy sie Belaga. Atmosfera totalnego luzu i lenistwa. Ludzie niespesznie czlapia, w sklepach bardziej plotkuja niz kupuja, a knajpach faceci od rana siedza nad piwem. Tak nawiasem mowiac w tym bylo nie bylo muzulmanskim kraju dostep do alkoholu jest bezproblemowy. Piwo i inne trunki sa w sklepach i prawie w kazdej restauracji czy knajpce – o ile nie prowadza ja wyznawcy Allaha.

W srodkowej czesci uliczki Belagi jest sala bilardowe, przed ktora na laweczce prowdzi swoja wirtualna agencje turystyczna Louis – jeden z trzech koncesjonowanych przewodnikow w Beladze. Dwoch pozostalych nie dane bylo nam spotkac. Louis zaproponowal nam i trojce innych przybyszow pomysly jak mozna spedzic najblizsze dni. Wybralismy, kazda czesc tej ekipy troche niezaleznie, ale w sumie zgodnie opcje krotkiego wypadu lodzia do ladniejszych zakatkow oraz popoludniem do longhouse'u gdzie mielismy zostac na noc.

Wyprawa malenka. Miejsca pokazane sliczne. Pierwsze to burzliwe rapidy na rzece, a drugie to malenki wodospad schowany w dzungli.

pijawka tez sie trafila

A potem longhouse. Uczucia mieszane. Agnieszka troche nie bez racji skomentowala, ze to przypomina barak mieszkalny. Bo w sumie obecnie troche tak jest w rzeczywistosci. Zamieszkaly przez robotnikow lesnych. W miejsce dawnej budowli wzniesiono iles tam lat temu (kilkanascie? kilkadziesiat?) cos na bazie dawnej koncepcji architektonicznej longhouse'u. I w tym klimacie znakomicie sie sprawdzajacej. Gigantyczna weranda komunikacyjnie spajajca ciag nieduzych pomieszczen. To w sumie sympatyczne. Ludzie wieczorami troche przesiaduja na wernadzie, gadaja ze soba. Ale juz tylko troche bo w kazdym (?) mieszkaniu blyszczy “niebieskie”oko telewizora. Zreszta wyposazenie mieszkania, w ktorym nocowalismy, bylo takie w pol drogi miedzy wkradajaca sie nowoczesnoscia i prostota zycia na wsi. Procz telewizora byly wiec pralka automatyczna (!), odtwarzacz dvd, kuchnia gazowa (ale obok tradycyjne palenisko na drzewo, na ktorym nadal sporo gotuja), meble jak z naszego blokowiska. Jednak kibelek (dobrze ze nie trzeba do lasu...) to drewniana budka obok kuchni z dziura w podlodze, ale i z rura do niej pdpieta, ktora gdzies biegnie. A bathroom to druga kabinka z kurkiem, miednica i pojemniczkiem do polewania.

Z czego zyja mieszkancy wsi? Glownie z rabunku dzungli. Czyli wycinaja cenne drzewa. A to co zostaje staje sie tym co nazywaja – gdzies w naszej drodze padlo takie okreslenie – second jungle. Jakby dzungla z drugiej reki. Pozbawiona nie tylko cennych, szlachetnych drzew, ale generalnie wszystkich drzew odpowiedniej grubosci i wieku. Rany zadane tropikalnemu lasowi szybko zablizniaja sie. Z pozoru nic nie widac, ale to dzungla rachitycznych drzew, krzakow i chwastow

Czego spodziewalismy sie po wizycie w longhouse'ie? Moze troche takich klimatow jakie poznalismy w gorach polnocnej Tajlandii, w Laosie, czy w polnocnym Wietnamie, albo w kilku innych krajach. Wiec jakis smaczek rozczarowania. Z drugiej strony trudno przeciez powstrzymac zmiany. To troche tak jakby przyjezdzajac do Polski wyrazac zal, ze juz nie ma strzecha krytych chat. Nie ma. To sie skonczylo. Przyszlo cos brzydszego, byle jakiego, jednak dla miejscowej ludnosci oznacza to zmiane - i choc trudno moze sie z tym pogodzic – na lepsze.

Dzisiaj dojechalismy do Miri. Dalsze nasze plany sa dosc mglawicowe. Niestety na poczatek lekki, ale zimny prysznic. We wczesniej namierzonym przez Age hostelu nie bylo juz wolnych pokojow. Tylko dormitor. Sypmatyczna pani w recepcji powiedziala, ze w Miri nie ma juz tanich miesjc. Wszystko zajete. Rozpoczal sie sezon turystyczny i wszedzie pelno przyjezdnych.W parkach narodowych wszystkie miejsca za juz zabookowane. Chcielismy leciec samolotem do parku w Mulu. I nawet w internecie znalezlismy na poniedzialek miejsca, ale postraszono nas, ze co z tego, kiedy wszyscy przewodnicy sa juz zakontarktowani. A po parku raczej nie wolno sie szwendac bez quide'a, przynajmniej na trekowych trasach. Mamy wiec myslenice. Jutro chyba pojedziemy zobaczyc jasknie w Niah.

12:10, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lipca 2009
Kapit, 1 lipca

Kuching zostalo juz za nami... Wczoraj mielismy wczesna pobudke. Opuszczamy wybrzeze, a przed nami droga w glab Sarawaku. Dla wygody i szybkosci wybieramy szybki prom do Sibu - to miasta w polowie naszej trasy do Kapit. Rankiem wsiadamy na poklad ekperesowego stateczku. Nieduzy poklad na nadubdowce blyskawicznie zapelnil sie sterta bagazy. Spod wielkie plachty kryjacej cos wielkiego i szesciennego dochodzil wrzask kurczat. Pod pokladem sa dwie obszerne mesy z lotniczymi, calkiem wygodnymi siedzeniami. Jednak szybko tracimy ochote na wygody. Wiedzielismy, ze na promie klima dziala ostro, ale... To nie klima tylko zamrazarka. Wrocilismy na poklad. Zreszta stad byl fajniejsze widoki. Po 5 godzininach dobilismy do Sibu, sporego miasta lezacego nad rzeka Rajang kilkadziesiat kilometrow od morza.

Tutaj przesiedlismy sie na "ekspress boat" czyli taki rzeczny dalekobiezny bus. Zasuwa bardzo szybko. Jednak pasazerow zamykaja w kabinie jak puszce (takze z zamrazarka, choc o niebo slabsza niz na poprzednim promie), a dla desperatow, ktorym braklo siedzen, pozostaje obly ksztalt pokladu i piekne widoki. Co jakis czas przybijalismy do brzegu, czasami do niewielkiego pomostu, czasami wprost do gliniastego, stromego brzegu. Jedni wsiadali, inni wyskakiwali. Wiele razy musielismy zwalniac bo nurt wody niosl ogromne ilosci rzewnego zlomu - galezie, niekiedy cale pnie drzew. Wtedy sternik robil zgrabny slalom. Oba wysokie i powaldowane brzegi porasta gesta dzungla. Rejang nazywaja mala Amazonka i cos w tym jest na rzeczy. Po niecalych 4 godzinach doplynelismy do Kapit.

To ponizej to wprawdzie nie nasz "krol rzek", ale jego blizniak.

I moment tuz po zacumowaniu. Oba zdjecia Aga zrobila z okna naszego pokoju o wdziecznej nazwie "Hiap Chiong". Ciekawe co to znaczy.

I te zdjecia tez z naszej hotelowej komnaty. Mozna zwiedzac nie ruszajac sie z pokoju...

Kapit nie jest zbyt duzym miastem. Zaledwie kilka ulic, pare hoteli, urzedy (to stolica dystryktu), targowisko, sporo knajpek... Wokol miasteczka mnostwo wsi, a raczej longhouse'ow Ibanow (to jeden z odlamow Dajakow). Zycie w Kapit zamiera po szostej wieczorem. W pare minut zamykaja sklepy i knajpy ( na szczescie nie wszystkie). Dziala za to nocny marekt. To bynajmniej nie miejsce wieczornych zakupow, tylko placyk na ktorym tylko po zmroku zaczyna dzialac kilkanascie knajpek pod chmurka. To wieczorem umowilismy z poznanym w porcie rzecznym facetem (bez zludzen - to o nas wyczail w tlumie wysiadajacych pasazerow. To nie bylo trudne. Oprocz naszej dwojki przyplynela jeszcze tylko jedna "blada twarz"). Joshua Mudu jest tutaj monopolista na organizowanie trekow (2-, 3- i wiecej-dniowych), ale ceny, ktore nam zaproponowal byly zupelnie astronomiczne. Za 3-dniowy 680 rynggitow (to tyle samo zlotych) od osoby. W Agnieszce zawrzalo. Facet widzial, ze zle zaczynamy znosic jego obecnosc wiec baknal, ze moze 500, ale juz absolutnie nizej nie moze. Zimne pozegnanie.

Ranek przywital nas deszczemu i szarym niebem, ale potem - tak tu dziala kilmat - slonce zaczelo wygrywac. Po sniadaniu w chinskiej knajpie poszlismy na targowisko. Swiatlo z chmurnego nieba kiepskie, ale A. pare zdjec machnela.

Handel durianami cuchnacym jak tygodniowe skarpetki

A to dla smakoszy...

Nie wyszlo z miejscowym specem od trekow to sami sobie zroganizowalismy maly wypad do longhouse'u. Dajakowie wymyslili oryginalne rozwiazanie na wioske. Zamiast po balaganiarsku budowac mnostwo domkow buduja jeden lub dwa, ale za to duze. W srodku pod dachem jest dlugi korytarz, z ktorego wchodzi sie do poszczegolnych odrebnych mieszkan. Niestety tradycyjny budownictwo juz sie konczy wypierane przez - jak w calej Azji - tani cement, eternit i blache falista.

Mieszkancy przyjeli nas roznie. Nie z jakas szczegolna serdecznoscia, raczej grzecznym dystansem. Ale z jedna rodzinka troche sie zakumplowalismy. Nie bezintersownie. Bo opchneli na swoj tradycyjny wyrob z importowanych chinskich koralikow. Ale dzieki temu bez nadmiernego skrepowania moglismy cyknac kilka zdjec w srodku.

Pora konczyc, zaraz zamykaja cyber kawiarenke. Jutro odplywa do Belagi. Czeka nas 5 godzin na rzece. Mimo, ze z trekiem nic nie wyszlo to jednak nie zalujemy, ze tu przyjechalismy. Lubimy szukac sladow tardycyjnej i odchodzacej w przeszlosc Azji. Jest tego co raz mniej. Na tegorocznej naszej trasie to na razie pojedyncze wysepki w morzu azjatyckiego XXI wieku (no moze jeszcze nie takiego jak w Szanghaju). I pewnie dalej nie bedzie tego wiele wiecej. Ale za to przyroda jest piekna. Mimo, ze rabia okrutnie drzewa (mase scietych drzew w stosach zalega np. brzeg w Kapit, po drodze widzielsmy sporo takich cmentarzy drzew) to dzungla w Sarwaku nadal robi wrazenie.

13:18, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Kuching po raz trzeci, 29 czerwca

Dzieki wszystkim za kolejne komentarze i nowe wpisy. Staje sie popularny... Ranek w Bako zbudzil nas solidym deszczem, nieba zasnute szarymi chmurami... Wiec tuz popoludniu zwinelismy sie z powrotem do Kuching. Kilka zdjec z tego miasta liczacego niewiele mniej mieszkancow niz Krakow. Starej zabudowy pozostalo niewiele. Wiekszosc skoncentrowano wokol Chinskiej Dzielnicy. Tak wygladalo cale maistao moze 30 lat temu.

 

 

A tak wyglada teraz.

Kilka slow o jego (i calego Sarawaku) mieszkancach. To niezwykle mili i sympatyczni ludzie. Usmiech, brak nerwowego pospiechu, niewymuszona uczynnosc i grzecznosc. W korkach ulicznych nikt na nikogo nie wrzeszczy, ustepuja sobie miejsca, przepuszczaja... Pare dni temu wracalismy z Kubah. To pare kilometrow od glownej drogi skad moglismy zlapac bus do Kuching. Zatrzymalismy na stopa minivana. W srodku facet z trojka dzieci. Mowil, ze jedzie gdzies co znajduje sie duzo wczesniej przed miastem. Ale zawiozl nas pod nasz hotel. Nadlozyl pewnie ze 20 km. To "grubszy" przyklad, ale takich codziennych zwyklych zdarzen doswiadczylismy sporo. To naprawde fajne. Ciekawe, ze od wielu, wielu lat zyje tu taki koktail etniczny - 30 procent Chinczykow, 20 Malajczykow (tez tworzacych niezly miks etniczny), a reszta to rdzenni mieszkancy Borneo - Dajakowie. Do tego wszystkie mozliwe wyznania religije. Nie ma jednak jakis napiec, nienawisci narodowych, wyznaniowych. Prawie sielanka. Oby tak dalej.

12:37, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
Bako - Kuching, 29 czerwca

Trzy dni temu, niezbyt wczesnie rano, pojechalismy do Parku Narodowego Bako. To jest calkiem blisko Kuching. Rozklekotanym busem jechalismy ok. 50 minut do przystani. I dalej ok. 20 minut lodzia. Nim doplynelismy do celu zdolalismy zobaczyc siedzacego na kwalku wystajacego z wody rurociagu krokodyla.

krokodylek

Bako to kawalek dobrze zachowanej dzungli. Mniej wiecej na skraju Parku jest jego biuro, w ktorym turysci rejestruja swoje przybycie. Tutaj takze wpisuja sie przed wyruszeniem na trek i po powrocie. Nieco dalej znajduje sie kantyna z calkiem dobrym i smiesznie tanim jedzeniem, maly sklepik oraz kilkanascie drewnianych domkow na palach i z werandami, w ktorych mozna nocowac. Poniewaz ostatniej nocy przed naszym przyjazdem padal obfity deszcz to darowane bylo nam niemycie sie przez te trzy dni pobytu tutaj.

Ponizej domek, w ktorym spalismy. Symaptyczny?... Niestety to jego ostatnie dni. Obok traw budowa nowego centrum Parku. Stare drewniane domki zostana zastapione nowoczesnymi pawilonami (beton, szklo i aluminium). Szkoda.

domek w Bako

A to dzika swinka, ktora rankiem buszowala pod nasza weranda.

dzika swinka

Najbardziej pospolitymi i najlicznieszymi mieszkancami Bako sa makaki zlodziejki. Liczace po kilkanascie, a moze i wiecej sztuk, stadka buszuja wszedzie w poszukiwaniu zdobyczy. Wiec trzeba wszystkiego przed nimi pilnie strzec. Naszym sasiada wdarly sie przez niedokmniete okno do pokoju i zrobily totalny sajgon. Ukradly tez apteczke...

W kantyni obsiaduja okoliczne drzewa, balustrade i kombinuja jak cos podkrasc. Czasami jakas bardziej zdesperowana, niczym kamikadze, wpada pomiedzy ludzi i porywa cos ze stolika. Sukces bywa niepelny bo trzeba jeszcze w obronie lup stoczyc bitwe z kumplami ze stada. Najbardziej pozadanym celem jest wnetrze kantyny ze sklepikiem, ktorego wejscia strzeze straznik parku z proca w reku...

makaki zlodziejki

W Parku jest kilkanascie bardzo wyraznie oznakowanych tras trekingowych. Niektore krotkie, inne calkiem dlugie wymagajace calego dnia intensywnego marszu. Jedne koncza sie na pieknych i zupelnie pustych plazach, inne prowadza w glab Parku.

Wiekszosc tras trekowych zaczyna sie na dlugim pomoscie widacym przez las namorzynowych drzew.

mangrowce

A to Agnieszka walczy ze sciezka. Generalnie nie sa one szczegolnie trudne. A jezeli juz pojawia sie jakis bardziej stromy, czy wymagajacy fragment to uczynna, niewidzialna reka pracownika Parku zainstalowala line, albo solidna drewniana porecz, czasami ulozyla schodki... Taka dzungla dla leniwych.

A na koncu mitregi nagroda. Plaza. W tym przypadku tylko dla nas.

dzika plaza

Wieczorem makaki po dniu pelnym zlodziejskiego znoju tez lubia korzystac z dobrodziejstw plazy. Smaczne kraby podczas odplywu.

I to wszyscy lubia ogladac - zachod slonca

11:56, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 czerwca 2009
Kuching - 26 czerwca

Dzieki wszystkim za komentarze. Dopiero dzisiaj zauwazylem, ze cos takiego istnieje. Powoli poznaje dzialanie tego blogu. Wiec jeszcze raz dzieki. Aneta, Marcin, Iwonka - kocham Was!... (tak troche). Piszcie wiecej, oczywscie najlepiej dobrze i pochlebnie, bardzo mnie to cieszy... Odkrylismy takze jak zamieszczac zdjecia (pisze w liczbie mnogiej korzystajac z okazji, ze Agnieszka sobie poszla... Tak naprawde to ona to rozpracowala, zdjecia tez sa jej).

Ten maly powyzej to sprzed 3 dni. Mam troche dziurawa pomiec. To pewnie przez wielka butle Bacardi przwieziona z Singapuru. Codziennie poprawia jakosc naszego widzenia, ale chyba nie pamiec. Zapomnialem wspomniec, ze pierwszego dnia bylismy w Semenggoh na skraju parku narodowego - miejscu gdzie pomaga sie orangutanom, dokarmia sie je jesli przyroda nie dostarcza wystarczajacej ilosci pozywienia. Mozna kibicowac takim akcjom. Super zdarzenie takie spotkanie z kuzynami.

Przez ostatnie dwa dni zrobilismy dwa mini treki w dzungli. Niedlugie, moze po 3  godziny, ale pot splywal z nas wiadrami. Jak widac nizej... Na razie koncze bo za moimi plecami robi sie kolejka do komputer. Moze dopisze cos wieczorem...

I z powrotem jestem przed komputerem. Pamiec dziurawa takze bez Bacardi. Przeciez o orangutanach pisalem na samym poczatku blogu. Ale coz, niech maly kuzyn wisi sobie na poczatku tej strony.

Wsunelismy swietny obiad w Little Lebanon. Reka zadrzala mi przy probie pisania slowo "... w knajpce" bo to calkiem dobra restauracja. Co z tego ze to bliskowschodnie jedzenie na dalekim wschodzie. Taki kontrast. A na deser kupilismy (teraz lezy w pokoju) arbuza.

Minitreki to taka zaprawka przed czyms wiekszym. Jeszcze do konca nie wiemy czym bo nasze plany (bardzo luzne) z dnia na dzien ewoluuja.Wiec nie bede pisal nic o przyszlosci. Samo jakos sie ulozy. Wczoraj bylismy na takim szlaku na szczyt gory Sambutang ok. 900 (startuje sie z mniej wiecej z poziomu morza, a raczej kanajpy Green Paradise Cafe. Trzeba przez nia przejsc, a szlak - zreszta swietnie oznakowany - zaczyna sie obok kibelka... Na szczyt nie weszlismy. Troche z lenistaw, troche braku zapalu. Ale i tak sporo sie nameczylismy. Calkiem ladna trasa z malym wodospadem po drodze. I piekna dzungla. Taka w naparstku bo w bliksimi sasiedztwie wspolczesnosc dudni po asfalcie. Dzisiaj natomiast przeszlismy pomiedzy dwoma parkami - Matang i Kubah - przejscie miala trwac ok. 3 godzin, ale zalatwilismy jest w niespelna 2,5 godziny. Latwiejsze od wczorajszego lazenia, ale za to bylo cieplej i parniej wiec jak widac na zdjeciu zasapka tez byla. I dwie pijawaki w drodze, a na koniec wielki deszcz...

Wczoraj niestety dopadly nas dwie nienajlepsze inforamcje. Ze nie ma miejsc w parku narodowym Kinabatangan. To mial byc gdzies na koncu naszego wyjazdu. Park obejmujacy fragment dziewiczej dzungli nad rzeka o tej samej nazwie (Kinabatangan). W centrum jest camp, z ktorego organizowane sa wypady wzdluz rzeki. Podgladanie zwierzat i takie tam... Niestety ilosc miejsc jest bardzo, ale to bardzo ograniczona. Myslelismy ze wyprzedzenie 5 tygodniowe jest ok, ale pomylilismy sie. A druga wiadomosc to taka, ze z powodu malych opadow deszczu (dziwne bo odkad tu jestesmy to kilka razy lalo na potege!...) na rzece pomiedzy Kapit a Belaga (ciekawe kto wie o jakich miejscach pisze?...) ustal ruch lodziami, czyli jedynym srodkiem lokomocji. A za pare dni mielismy tam byc...

Jutro jedziemy na 3 dni do Bako National Park - troche dzungli (znowu) troche morza. W Parku w jedynym miejscu do spania podobno braklo biezacej wody. Tez z powodu braku deszczu?... Czeka nas trzydniowy "dzien dziecka".

12:10, jacekstefanski
Link Komentarze (5) »
środa, 24 czerwca 2009
Kuching - znowu, 23 czerwca

Ktos to czyta!... Mam dowod! I od razu sie zestarchalem.

Zolwi nie zobaczylismy. Wczoraj rankiem dla oszczednosci piechota poszlismy na terminal bus tylko po to by dowiedziec sie, ze jestesmy w zupelnie innym miejscu. Wiec za 20 ringgitow naprawilismy blad. Taxi nie jest zle. Do Sematan - wioski nad morzem wyczytanej w przewodniku, a jakze Lonely Planet - trzeba jechac na raty. Publicznym busem do Lundum - ta jakies miasto - a dla nas placyk z pojedynczym busem i kilkoma innym pojazdami. Dalej radz sobie jak Bozia da. To wcale nie oznacza, ze trafilismy na koniec swiata i cywilizacji. Po prostu tutaj juz prawie wszyscy maja samochody, a w ostatecznosci jednoslady, wiec public busy traca ekonomiczna racje bytu. Nie ma juz dziczy interioru...

W Lundu tafilismy na sepa-wlasciela pojedynczej niby taksowki, ktory chcial z nas zedrzec skore (czytam to slowo "sepa" pisane bez polskich liter i sam nie wiem czy to ktos zrozumie. Wiec chodzi mi o tego ptaka...).

Na szczescie przypeletal sie mlodzian-pirat z Toyota (? - czy czyms podobnym, nie rozrozniam) i za konkurencyjna cene zawiozl nas do Sematan. Zatrzymalismy sie w Hotelu (o wyszukanej nazwie... Sematan). Nie ma zreszta innych hoteli. Ze dwa kilomtery dalej na plazy jest wypasiony Palm Beach Resort - cena dwojki zaczyna sie od 150 ringgitow. W naszym hotelu placilismy 50 z airconditions. Byly pokoje tansze, ale korytarz prowadzacy do nich byl odgrodzony kratami w klodka, a pani w recepcji nie miala klucza. Nie znala tez angielskiego. A po naszym zameldowaniu sie zniknela i widzielismy ja migotliwie jeszcze moze dwa razy. Hotel w sumie w porzadku choc z zewnatrz mocno zapyzialy. W pokoju mielismy nawet tv (nie wiem czy dzialal).

Nasz hotel, a potem kilkanasie parterowych domkow z sklepami i knajpkami przy nadbrzeznej promenadzie (a byla taka - z barierkami, betonowymi lawkami i porzadnym molo) - to caly Sematan. A po obu stronach molo kilometry bezludnej plazy.

plaza w Sematan

Obiad. Wybralismy knajpe SEAFOOD. Knajpa jak knajpa w Azji. Zwykle nadgryzinie czasem stoliki z metalowmi nozkami i byle jakie krzesla. Smieszne, ze osobno trzeba zamawiac zarcie u jednej osoby i osobno napitki u drugiej (dwa piwa - nawet cienkie bardzo samkuja w muzulmasnkim kraju). Podobnie placic trzeba u dwoch roznych osob. Obiad zamawialismy u Kucharza. Nie moglismy ustalic ceny. On, ze rybka jest za 30 dolarow, albo 20... Troche nas to zrmozilo. 30 USD to pokazna kwota... Ale potem powiedzial - no problem moze byc za 10 albo 20 ringgitow... Wiec wybralismy 20 i dostalismy dwa swieze kraby, rybe, salatke i gore smazonego z warzywami ryzu. Wycenione ostatecznie na 16 rinngitow, czyli 16 naszych polskich zl.

krab na obiad

A potem spacer i poszukiwanie lodzi do zolwie. Klapa. W zolwich wysp trzeba miec zezwolenie, ktore nalezy zalatwic w... Kuching. A poza tym plywa sie jedynie wokol tych wysp. Ladowac nie wolno. No i cena powalajaca - 280 ringgitow.

Zanurzylismy sie w morzu. Woda jak zupa. Guzik prawda - jak ukrop. Najcieplejsza woda w zyciu. Zamiast oczekiwanje ulgi od upalu uczucie goraca, a chlodu po wyjsciu.

Wieczorem postanowilismy sie stad zmywac. W decyzji pomogly nam upierdliwe sandfly'sy - muszki piaskowe. Ich ugryzienie na mnie nie zostawia sladow, ale Agnieszka wyglada jak mutant-biedornka. Cala w kropkach, wielkich jak 50 groszy... Tyle, ze nie czarnych, a czerwonych.

to nie biedronka!

Ciekawe przygody smakowe. Krab po raz pierwszy. Lamanie pancerzyka i tym podobne przyjemnosci. Ugotowane oczka na szypulkach... Ale poza tym w porzadku. A wieczorem kupiony na targu swiezy ananas (pycha) i dragon friut. Ten drugi po przekrojeniu wyglada jak owoc mezaliansu kiwi i buraka. Kolor - intensywny - tego drugiego. Smak i konsytencja pierwszego. Za to rozmiar buraczany...

16:45, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Kuching - 21 czerwca 2009

36 godzin... Tyle trwala podroz z Krakowa z przesiadkami w Monachium, Dubaju i Singapurze. W Monachium kilkugodzinna przerwe zapelnili nad od wielu lat niewidziani przyjaciele. Iga i Bogdan z przefajna corka Weronika mieszkaja tam od bardzo dawna. Zapuscili korzonki w bawarskiej ziemi... Dzieki Wam za mile godziny.

W Singapurze tez mielismy pare godzin przerwy, ale juz nikt na nas nie czekal. Poczynilsmy ambitny plan by dojechac metrem do Bugis i przejsc sie do Little India. Ale jak to zwykle bywa tych kilka godzin na wstepie troche sie skurczylo. Nim dojechalismy do celu metrem zostalo tylko tyle by zjesc obiad i rzucic okiem na okoliczne uliczki. Poniewaz niebo  zrobilo sie granatowe, a powietrze geste, wiec uznalismy, ze pora wracac. Na peronie metra mijaly minuty, gestnial tlum potencjalnych pasazerow... i nic. Nie nadjezdzal zaden pociag. Po kilkunastu minutach przez megafon ogloszono komunikat, ze z powodu awarii nastapila przerwa, ktora potraw jeszcze ok. 20 minut. Troche nam podskoczyla adrenalina, choc jeszcze tak skromnie... W koncu mielismy jeszcze do odlotu 2 godziny i 10 minut. Po 20 minuta kolejny komunikat, ze kolejne 20 minut.... Tym razem podskoczylo nam juz mocno. Postanowlismy szukac taxi, choc to bylo ryzykowane, bo przejazd w popoludniowych korkach mogl zakoczyc sie klapa. Na szczescie przy wyjsciu zapytalismy w info pracownika metra, a ten nas zapewnil, ze za 2-3 minut bedziemy jechali. Wzbudzal zaufanie wiec zlezlismy znowu na dol. I w 40 minut pozniej bylismy na Airport Changi. Jeszcze przejazd z terminalu 3 na 1, jeszcze przechowalnia bagazy... A potem samolot do Kuching.

W Kuching wczesniej przez internet zarezerwowany pokoj w hostelu Borneo B&B. Podjechalismy do niego taxi, ale na drzwiach wisiala klodka i karta z obietnica powrotu za jakis czas. Wiec poszlismy sobie. 100 metrow dalej trafilismy na inny hostel o nazwie... Borneo B&B. W recepcji pokazalismy wydruk z komputera o rezerwacji. Pani popatrzyla, kiwnela glowa i dala klucze...

Ranek byl pozny i gdyby nie lomot w drzwi poznanego w samolocie Niemca to spalibysmy dluzej niz do tej 10. W poludnie pojechalismy do pobliskiego parku narodowego spotkac orangutany. I spokalismy... Dwie kilkuorangutanowe rodzinki. Przyszly na dokarmianie. W rezerwacie ucza ich tam powrotu do zycia w dziczy. Takie udomowienie na odwrot. Wielkie stworzenia o gestym rudym futrze i ludzkiej-nieludzkiej twarzy z niesamowita swoboda bujajce sie na jednej, dwoch a czasami trzech nogach? rekach? W czwartej byla wiazka bananow, albo mnago, albo cos tam. My w grupie moze 30 turystow uwijalismy sie nerwowo z aparatami, one ze stoickim spokojem nam sie przygladaly. Takie wzajemne ogladanie...

Jutro jedziemy nad wybrzeze do Semantan. Zobaczym zolwie morskie?..

15:25, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 czerwca 2009
minus 1 dzien

Ostatni dzien. Jak zwykle calkiem zwariowane chwile. Od paru dni wywlekalismy z katow, szuflad i szafy rozne "bardzo potrzebne rzeczy" i skladalismy w jednym miejscu. W koncu zrobila sie calkiem pokazna i z lekka przerazajaca gora. Zawsze mysle, ze prawie nic nie wezmiemy, ale... Ze trzy dni temu Agnieszka niespiesznie zaczela porzadkowac rupieciarnie. Obdarla lekarstwa z opakowan - tych nie bierzemy raczej zbyt wiele. Takie absolutne minimum. Ale każde kilka malych pigulek jest zapakowanych w gigantyczne pudlo. Zasilily smetnik. Po wysilkach gora zamienila sie w pagorek. Cos tam zostalo jeszcze poukladane, cos wrocilo do szafy... A dzisiaj wieczorem pakowanie. Dwie godziny troche irytujacych zmagan i oto rezultat, a raczej dwa rezulaty - srednio wypchane plecaki - stercza sobie na srodku pokoju. Moj wazy 12 kg, do tego torba ze sprzetem foto i 4 prince polo... Byloby lzej gdyby nie ten spiwor. Zreszta, pocieszam sie, po drodze cos ubedzie - przeczytane ksiazki, pasta z tubki...

Polnoc za chwil pare, a wstawac trzeba o 4 rano. Samolot startuje o 6:50. Potem Monachium, Dubai, Singapur i w 36 godzinie Kuching na Borneo. I duze spanie...

23:10, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 czerwca 2009
Borneo 2009 - parę dni wcześniej

Stało się... Założyłem blog (bardziej prawdziwe - Agnieszka mi założyła. Z Jej namowy, nawet sama wystukała co trzeba). Totalne spóźnialstwo. Trzeba było to zrobić kiedy dawno, dawno temu kiedy to było coś. Teraz każdy puka w klawiaturkę. Ale mam wytrych - to tylko dla Rodzinki i najbardziej z najbardziej znajomych. Więc żadna tam blogowa literaturka tylko rodzaj uniwersalnego listu. A teraz klepię w literki by sprawdzić jak to dziala...

A tak w ogóle to za mniej niż tydzień fruniemy. Dreszczyk emocji lekko gdzieś tam ścina dołek. Fajnie jest. Kropa...

18:31, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
1 ... 6 , 7