podróże
RSS
piątek, 09 lipca 2010
9 lipca 2010, Sentani k. Jayapura, Papua

Agnieszka skarzy sie, ze to co pisze jest takie oficjalne, suche jak sprawozdanie ksiegowego. Cos jest na rzeczy… Wczoraj chcialem wrzucic w krotkim czasie duzo wiesci i wyszedl taki telegram.

No wlasnie wczoraj… Szybki zwrot akcji. Agnieszka wymeczyla na mnie wizyte na policji. Absolutnie nie ufajac skutecznosci tutejszej wladzy nie mialem na to ochoty. Jednak zona ma jest zacieta. Lepiej nie byc jej wrogiem.

Miejscowa policja dziala dosc niekonwencjonalnie. Poprzednio wysluchali naszej skargi, pokiwali glowami i obiecali przylozyc sie. Wszystko na buzie, zero pisaniny. Bo i po co. Chyba z wiary, ze wszystko i tak samo sie jakos ulozy. I tak troche sie stalo.

Znalezlismy policjanta, ktory nawet troche wladal wiadomym jezykiem. Wysluchal nas zyczliwie. Nawet cos tam pamietal z naszej poprzednie wizyty, ale nie za wiele. Teraz jednak postanowil pokazac moc miejscowej wladzy. Sciagnal szefa jakiejs organizacji przewodnikow – Justninusa Daby. A potem czynnosci poscigowe zaczal od telefonu do Martinusa. Ku pewnemu zaskoczeniu po drugiej stronie odezwal sie nasz “zbieg-przestepca”. Najpierw policjant cos mu dlugo nawrzucal, potem szef przewodnikow… Wszystko w jezyku bahasa Indonesia wiec zielonego pojecia nie mielismy o czym jest mowa. Na koncu wreczyli telefon… Agnieszce. Ta spokojnym glosem wrzucila: “oddaj draniu kase…” I poskutkowalo. Stanelo na tym, ze Martinus zgodzil sie zwrocic to co mu jeszcze zostalo. A zostalo calkiem sporo. Jednak wynikl maly problem. Martinus byl gdzies daleko i w Wamenie mial sie pojawic dopiero za trzy dni. Wtedy mielismy byc juz na Sulawezi. W tym momencie do akcji przystapil Justinus Daby. Obiecal, ze wieczorem przyjdzie do naszego hotelu i przyniesie pieniadze. Swoje wlasne. A potem odzyska je od Martinusa. Troche nam szczeki opadly. Umowilismy sie na 19-20 wieczorem. Przyznam, ze po momencie totalnego zaskoczenia przestalem wierzyc w obietnice Mr Daby. Mialby zaryzykowac calkiem spora sumke dla zupelnie obcych ludzi?... Kiedy minela 8 wieczorem, a potem 9 bylem juz pewny, ze byly to slowa na wiatr rzucone. Przed dziesiata zrobily sie jakies zamieszanie pod drzwiami naszego pokoju. Otwieram i widze pana Justinusa. Za chwile calkiem oslupialy trzymam w rece koperte z banknotami. Odzyskalismy rowno polowe pieniedzy. Dziwnie sie to kreci. Jedni kradna, inni ryzyskuja swoje pieniadze by obcym ludziom wynagrodzic strate. Dziekujemy Panu, Mr Daby.

Rankiem pozbieralismy nasze graty i w dwie minuty potem bylismy na lotnisku. To naprawde male miasteczko. Podobnie jak lotnisko. Mielismy stawic sie do odprawy o szostej rano. I przyszlismy. Podobnie jak wielu innych pasazerow. A lotnisko zamkniete na klodek. Bo to male lotnisko wiec jedna klodka wystarczy. Jednak pol godziny pozniej wrota zostaly otwarte. Pasazerski ludek wkroczyl niespiesznie i wokol okienka rejsteracji ufromowal cos na ksztalt winogrona. Trudni bylo wyczuc czy to kolejka czy tlum. Nie mialo to znaczenia. Jak okienko zostalo otwarte wszyscy nad glowami innych zaczeli wrzucac do srodka swoje bilety. Urzednik je lapal i ukladal w rowniutki szereg. Potem przepisywal nazwiska na swoja liste (albo tylko imiona – jak w naszym przypadku), cos tam naklejal i zwracal bilety. Potem przejscie przez nieczynna bramke bezpieczenstwa obok znudzonego policjanta. Mozna wniesc wszystko. Karabin maszynowy, armate, co kto sobie zamarzy. Wszystko dziala raczej jak przystanek autobusowy niz lotnisko.

W Sentani wyladowalismy przed dziewata rano. Jayapura przywitala nas lepkoupalna, wilgotna aura. Z miejsca pokrylismy potem. Witaj klimacie rownikowy.

Zatrzymalismy sie w tym samym hotelu, ale tym razem w pokoju z klima. Dawniej nie zhanbilibysmy takim wyborem…

Dzien uplynal na szwendaniu sie po okolicznych miejscowsciach. Wszystkie w zasiegu kilkunastu minut do pol godziny jazdy miejscowym bemo (pasazerskie mikrobusy jezdzace po wyznaczonych trasach). W Abepura obejrzelismy nieduze muzeum etnograficzne z calkiem przyzwoitymi zbiorami, w innej miejscowosci zajrzelismy do sklepikow z miejscowym papuaskim rekodzielem (bez efektow, ale i bez rozczarowania bo w Wamenie kupilismy kilka drobiazgow. W kazdym razie mamy dodatkowy bagaz…). Na koniec dnia postanowilismy poznac – wstyd przyznac – smak miejscowej pizzy w… Pizza Hut. Calkiem niezla choc pewnie zadziwilaby Wlochow.

Jutro mamy zamiar wreszcie wyspac sie, czyli nie zrywac sie w okolicy szostej rano (jedenasta wieczorem czasu polskiego).

Agnieszka wkleila troche zdjec. Tyle ile dalo sie przez dwie godziny pracy miejscowego internet…

czwartek, 08 lipca 2010
8 lipca 2010, Wamena, Papua

Mielismy troche zakrecone te ostatnie dni… 1 lipca mial sie rozpoczac nasz trek. Niby wszystko bylo ustalone. Nawet spisalismy rodzaj kontraktu. Jednak gdzies blad zostal popelniony. Zgodzilismy sie dac naszemu przewodnikowi zaliczke w wysokosci 30% ustalonych kosztow treku, czyli ok. 250 USD. Na drugi dzien rano Martinus,nasz przewodnik, zjawil sie o ustalonej porze w towarzystwie dwoch tragarzy. Powiedzial, ze musi jeszcze dograc sprawy z naszym powrotem z Yali samolotem misjonarzy i dogoni nas juz na trasie. Nie bardzo nam sie to spodobalo, ale po jalowej dyskusji uleglismy. I jak na razie tyle widzielismy naszego przewodnika. Martinus dal noge. Pojechalismy z naszym tragarzami – jeden troche mowil po angielsku – wynajetym samochodem do punktu startu treku. Po drodze jeszcze zahaczylismy o targowisko gdzie porterzy mieli zrobic zakupy zwynosci na cale dziewiec dni. Cos tam pokupowali i wrocili z takim sizalowym workiem. Calkiem zreszta ciezkim.

Potem dojechalismy do zerwanego mostu, przeszlismy na drugo strone rzeki i tutaj ten “troche anglojezyczny” powiedzial, ze dzwonil na jego komorke Martninus. Powiedzial, ze poczul sie zle i nie pojawi sie na treku. Kazal takze tragarzom zeby poszli dalej z nami... Nie bede opisywal dalszych perypetii tego dnia bo szkoda na to czasu. W kazdym razie wrocilismy do Wameny. Jeszcze tego samego dnia zglosilismy na policji to przykre zdarzenie.

W Wamenie z braku miejsca w poprzednim hotelu i innych podobnych przybytkach wyladowalismy w dosc paskudnej norze. Obiekt: Syiah Rial Makmur. Pokoj: dwojka z lazienka (tylko formalnie). Sciany - czesciowo pokryte muralami i napisami oddajacymi emocjonalne stany gosci, a czesciowo plamami niewiadomego pochodzenia (pewnie organicznymi). Drzwi wejsciowe - amatorska konstrukcja - pozbawione zamka. Wyposazenie - dwie drewniane rozchwiane prycze, materace pamiętające pewnie obecnosc Holendrow (kolonialną, a nie hotelową), przescieradla byc moze siegajace epoki filmu niemego. Zapach sugerowal, ze były prane, ale ich szarosc tudziez rdzawe plamy uniemozliwialy jednoznaczne rozstrzygniecie... Lazienka - cementowe mandi z woda pokryta zielonkawa rzesa co wskazywalo na pewna niechec poprzednich gosci hotelowych do ablucji. Do polewania sluzyly resztki plastykowego naczynia, ktore osadem sugerowalo, ze kiedys moglo byc urzadzeniem wielofunkcyjnym (nocnik?...). A do tego element folklorystyczny - grupa tubylcow stale okupujacych kilka dziurawych foteli w "recepcji" i rowno narabanych przez cała dobe. Skadinad ludzi calkiem sympatycznych i majacych wole dzielenia sie z bliznimi swoim stanem posiadania. A ze nic nie mieli to raczej oczekiwali od nas rewanzu. Nasza odmowe przyjmowali ze zrozumieniem i bez zlosci.

Dzien byl bardzo trudny. Stracilismy sporo pieniedzy, kilka dni i bylismy w punkcie wyjscia. Na drugi dzien z rana szarpani roznym sprzecznymi pomyslami przechodzilismy kolo lotniska i wlezlismy na poznanego juz po spotkaniu z Martinusem innego przewodnika – Sadraka Asso. Jego nazwisko nie bylo mi obce. Na podrozniczym forum bylo polecane jak osoba, ktorej mozna zaufac. Kolejna runda negocjacji i po moze godzienie mielismy zawarty uklad. Odpuscilismy sobie juz dlugi trek do Yali. Postanowilismy isc na 6 dni do blizszej krainy plemienia Dani. Ich wioski sa rozrzucone kilkanascie kilometrow od Wameny w dolinie rzeki Balien i kilku jej mniejszych doplywach. Cene za trek w moim przekonaniu ustalismy dosc dobra. Zreszta Sadrak okazal sie calkiem rzeczowy. Troche zaiskrzylo przy kwestii zaliczki, ale tutaj bylismy juz twardzi i Sadrak to rozumial.

Ostatecznie po tych perypetiach nastepnego dnia (2 lipca) ruszylismy na trek. I wszystko przebiegalo juz prawie dobrze. O tym "prawie" za chwile. Ze strony naszego przewodnika i jego dwoch tragarzy bylo wszystko w porzadku.Wedrowalismy przepieknymi dolinami rzeki Balien i Muggi. Ogladalismy papuaskie wioski. Wiele z nich jest bardzo malowniczo polozonych na stokach gorskich na niewielkich plateau. Zazwyczaj nie sa zbyt duze – kilka, kilkanascie chat. Nowszej zabudowy typu “byle jakie materialy budowlane plus blacha falista” na razie niezbyt wiele. Jezeli pojawialy sie to glownie w postacie wiejskich kosciolkow misjonarskich. Misjonarze roznych chrzescijanskich odlamow sa od 50 lat w nieustannej ofensywie i w rezultacie chyba wszyscy Papuasi zostali juz nawoceni. Niektorzy pewnie po wiele razy...


Mieszkancy dolin sa bardzo biedni. Utrzymuja sie z prymitywnego rolnictwa. Na stokach gor wypalaja niewielkie poletka, ktore po paru latach wyjalowione porzucaja. Uprawiaja glownie slodkie ziemniaki, troche warzyw. Hoduja swinie, ktore sa podstawa ich egzystencji i miernikiem zamoznosci. Ich dieta jest barzdo uboga. I wlasciwie jest to gospdarka prawie calkowcie autarkiczna. Nie maja zbyt wiele nadwyzek do sprzedania na wolnym rynku. A w swoich chatach nie maja praktycznie zadnych sprzetow i rzeczy. W jednej z wiosek nocowalismy w domu wiejskiego nauczyciela. Caly jego majatek, rzeczy osobiste miescily sie w takim w foliowej reklamowce zawieszonej na gwozdziu na scianie...

Gula gula znaczy w bahasa slodkie, slodycze albo cukierki. Zgodnie z sugestiami przewodnika mielismy spory zapas gula gula czym pewnie nie przyczynilismy sie do poprawy stanu uzebienia w dolinie.

Ludzie spotkani w naszej drodze byli przyjazni i seredczni. Istnieje zwyczaj, ze z kazdym napotkanym czlowiekie wymieniasz uscisk dloni. Wiec codziennie sciskalismy sie dziesiatki razy. Moglbym zostac politykiem. Juz mam zaliczona praktyke...

Istnial zwyczaj praktykowany gownie przez kobiety - juz na szczescie zarzucony - ze po smierci kogos bliskiego na znak zaloby ucinalo sie kawalek wlasnego palca. Jesli ktos mial duzo bliskich, a sam zyl dostatecznie dlugo to mial przerabane. Jak pani na zdjeciu, ktora stracila wiekszosc ze swoich pieciu palcow.

Starzy mezczyzni Dani – juz bardzo nieliczni – nadal ubieraja sie w sposob tradycyjny. Czyli raczej niewiele ubieraja na siebie. Tylko to cos dlugiego co nazywa sie "koteka". Skromne i oszczedne odzienie.

Pisalem wczesniej, ze bylo prawie dobrze bo... W trzecim dniu wieczorem Sadrak powiedzial nam, ze wybuchl konflikt pomiedzy roznymi klanami plemienia Dani. Byly ofiary smiertelne tych porachunkow. Generalnie linia podzialu wrogich stron byla wyznaczona nurtem rzeki Balien. Prawobrzezni przeciw lewobrzeznym. Nasz przewodnik i tragarze byli z tych drugich - lewobrzeznych. Powiedzial nam, ze nie moga isc na druga strone gdzie mielismy dreptac w czwartm i piatym dniu naszego treku. Zapewnial nas, ze ta vendetta to wewnetrzna sprawa Dani i nam nic nie grozi. To, ze naprawde boja sie spostrzeglismy nastepnego dnia. Jesli ktos nadchodzil z przeciwka to robili sie czujni, przystawali, przygladali sie wzajemnie z daleka... Zmniejszyl sie tez poziom wczesniej poznanej wylewnosci. Czulo sie niepewnosc i niepokoj.

A wyzej poznana przez nas rodzina, ktora szykuje sie do kolacji wokol pieca, a raczej stosu goracych kamieni. Pan domu na nasza czesc i przede wszystki w nadziei na pieniadze za fotke wsadzil sobie kosc w nos!

Mimo tych kilku nieplanowanych zdarzen trek byl dobra przygoda. Jutro wracamy do Jayapury, gdzie spedzimy jeszcze dwa dni. A niedziele lecimy na Sulawesi.

środa, 30 czerwca 2010
30 czerwca 2010, Wamena, Papua

 

Cofnelismy sie w czasie. Przynajmniej jesli chodzi o internet. Otwarcie mojego bloga trwalo i trwalo…. Uwaga! Prawie 2 godzimy! Wczoraj wyladowalismy w Wamenie. To miasteczko w srodku Papui otoczne wioskami plemion Lani, Dani i Yali. Co mozna powiedziec o miasteczku? Hmm… Jest male, jakby przyklejone do lotniska. Kilka prostopadale krzyzujacych sie ulic. Domki parterowe, troche chaotycznie poustawiane. Zbudowane w czesci z tego co bylo pod reka, albo co budowniczy znalazl w lesie… Kolorowy meczt, calkiem duzy kosciol, mnostwo malych sklepikow, straganow, ulicznych knajpek – wiekszosc w stylu: garnek na palniku, stoliczek i kilka plastikowych taboretow. Jest tez pare bardziej okazalych restauracji, oczywscie jak na miejscowe standardy, za to z cenami zupelnie wysokimi jak na… europejskie standardy. W miasteczku najciekawsi sa ludzie. Przedziwny cocktail etniczny. Bardzo duzo naplywowej ludnosci z rodzimej Indonenzji. I oczywscie autochtoni. Niezbyt wysocy, mocno krepej budawy ciala, negroidalnymi rysami twarzy. Niektorzy maja kedziory, inni obfite szopy czarnych, ale bardziej prostych wlosow. Mezczyzni czesto na glowie nosza, niczym wieniec laurowy, obrecz z ptasich pior lub siersci jakiegos zwierzaka. W jaki celu? Glownie dla ozdoby, ale roniwez moze dla ocieniania twarzy. Sporadycznie mozna jeszcze spotkac ludzi, glownie starych, w tradycyjnym stroju. Czyli raczej bez stroju tylko z piorkami wokol glowy i dzielnie zatknieta na przyrodzeniu koteka… Miejscowe kobiety nosza zazwyczaj zwykle t-shirty i spodnice. Wyrozniaja je bilumy – kolorowe torby zawieszane na plecach trzymane pasem opartym na czole. Uwage przyciagaja twarze autochtonow – grube, miesiste rysy.

 

Wczoraj na lotnisku przyplatal sie do nas facet o imieniu Martinus. Nie mial problemu z wylowieniem nas z tlumu przyjezdnych bo bylismy jedynymi bialymi. W ogole w Wamenie chyba nie ma “blady twarzy” bo przez dwa dni spotkalismy tylko jedna. I jednego Japonczyka, ktory jest wlascicielem kawiarenki internetowej.

Martinus okazal sie troche pomocny przy szukaniu miejsca w hotelu, a potem przedstawil sie jako przewodnik i organiztor trekow. Jakze by mialo byc inaczej… Dziesiatki razy to juz cwiczylismy w Azji. Lotnisko, dworzec autobusowy albo kolejowy… Zawsze jak spod ziemi wylania sie jakis “przewodnik”… Ale ten tym razem zagoscil u nas na dluzej. Siedlismy i pogadalismy. Potem umowilismy sie na nastepne spotkanie wieczorem i “na miescie” sprawdzilismy wiarygodnosc Martinusa i podawanych przez niego cen. “Na miescie” oznacza tu u Japonczyka, ktory jest dla podroznikow podstawowym zrodlem informacji. Tak wiec pozostal wariant z Martinusem. Wieczor spedzilismy na dlugich i calkiem trudnych negocjacjach – targowalismy sie o pieniadze (zaciekle), o trase i rozne szczegoly. Moze po dwoch godzianch spisalismy dosc dziwny rodzaj umowy upstrzonej roznym dopiskami. Jutro idziemy na 9 dniowy trek do krainy plemienia Yali. ( dni sa dosc umowne bo powrot ma nastapic awionetka misjonarzy, o ile ona poleci. Jesli nie to czekaja nas dodatkowe 4 dni marszu . Tak wiec zamilkniemy na jakies kilkanascie dni.

poniedziałek, 28 czerwca 2010
28 czerwca 2010, Sentani k. Jayapura, Papua

Kraina superszybkich komputerow. Dobrze, ze w ogole sa. Na tym egzemplarzu moj blog udalo sie otworzyc po 20 minutach. A jestesmy przeciez jeszcze w centrum cywlizacji. Tutejszy XXI wiek... Jutro checmy troche cofnac sie w czasie.

Z Krakowa wyjechalismy w piatek. A w Sentani wyladowalismy dzisiaj rankiem. Latanie zajelo nam sporo czasu i porcje nie zaplanowanych niespodzianek. Mialo byc tak prosto. Lot z Krakowa do Frankfurt. Tutaj 2 godziny przerwy. Nastepny dlugi odcinek bezposrednio do Singapuru. W Miescie Lwa mial na nas czekac zarezerwowany pokoj z klima w Cozy Corner. I wieczor w Litlle India, pyszne jedzenie, piwko, spacer, odpoczynek. A na drugi dzien poranny lot do Jakarty, dlugie 12 godzin na pobiezne obejrzeniu paru miejsc i nocny lot przez Makasar na Sulawezi do Sentani w Papui Zachodniej.

Plan rozsypal sie pierwszego wieczoru. Jeszcze na Balicach. Dojazd na krakowskie lotnisko byl okropny. Korki,a pierwszy z dwoch autobusow MPK (tylko dwa kursy w godzianach szczytu na lotnisko!) w ogole nie przyjechal. Ale to wszystko miescilo sie w limicie naszego czasu. Niespodzianki zaczely sie juz po nasze odprawie. Komunikat - samolot Lufthansy przyleci z opoznieniem pol godziny. Przylecial z 45 minutowym poslizgiem. Ciagle zostala nam ponad godzina do nastepnego samolotu. Wypuscili nas z sali dla oczekujacych i wpakowali do busa, gdzie w zamknieciu spedzilismy kolejne 10 minut by potem przejechac moze 100 metrow. W samolocie siedzimy w zapietych pasach, ale stewardessy zaczynaja roznosic napoje. Zly znak. Rzeczywiscie za chwile slyszymy komumikat. Z powodu pogody start opozni sie o kolejne pol godzin. Nasz limit czasu skurczyl sie do zera. Siedzimy jak na szpilkach. W koncu lecimy.

We Frankfurcie jestesmy o 21:25. Koszmarny bieg przez caly terminal i przy naszej gate jestesmy o 21:45. Dziesiec minut przed planowanym startem naszego samolotu do Singapuru. Urzednicy rozkladaja rece. Za pozno. Juz nas na poklad nie przyjma. Nie zdaza oczywiscie przeladowac naszych bagazy. Wiec za ich wskzaniami wedrujemy do biura Lufthansy. Tam organizuja nam nowa wersje naszego lotu. Padaja rozne propozycje, ale wszystkie maja jedna wade - nie zdazymy na nasz koljeny etap z Singapuru do Jayapury, na ktory mamy bilety kupine u innego przewoznika - LION AIR. Moga nam przepasc.

Ostatecznie pojawia sie nowa wersja. Rano w sobote lecimy do Kuala Lumpur. Tutaj po godzinnej przerwie (znowu troche krotko!) do Jakarty. Samolot Lufthansy zamieniamy na Malayasia Aia i Garuda Air. Lufthansa zafundowal nam nocleg i jedzenie. Wieczor spedzamy nad internetem probujac bezskutecznie zmienic bilety Lion Air na nowa wersje trasy. Agnieszka probuje tez dzwonic, ale po drugiej stronie nikt nie odpowiada (tam jest chyba zbyt wczesna pora). Udaje sie to dopiero rankiem. Aga dzwoni do biura Lion w Singapurze i zmiena trase przelotu.

Do Kula Lumpur lecimy juz wyluzowani. Na miejsce docieramy o czasie. Bez problemu rejestrujemy sie do nastepnej czesci lotu do Jakarty. Zapewniaja nas, ze nasze bagaze leca z nami. W Jakarcie po plecakach ani sladu. Mily urzednik od zagubionych bagazy roztacza nad nami opieke. Udaje sie mu zidentyfikowac pozycje mojego plecaka. Ma przyleciec nastepnym samolotem za godzine, moze dwie... Los plecaka Agnieszki na razie pozostaje nie znany. Wiec czekamy... Okolo poludnia przylatuje moj plecak i pojawia sie informacja, ze Agnieszki przyleci o 16. Po Jakarcie tym razem raczej nie pospacerujemy.

Umawiamy sie, ze plecak odbierzemy wieczorem przed nastepnym lotem i juz mocno udreczeni wynajmujemy pokoj hotelowy na 6 godzi. Prysznic i zasypiamy kamienym snem...

Reszta podrozy przebiegla juz bez specjalnych niespodzaien.  Dzisaj o siodmej rano wyladowalismy w Sentani k. Jayapury. Miateczko wyglada dosc przypadkowo. Chaotyczne parterowe budyneczki przy kilku ulicach, a wokol niewysokie malownicze gory i piekna przyroda. I mieszkancy. Mnostwo charakterystycznych kedzierzawych papuaskich glow i wyrazistych twarzy. Na pierwszy kontakt mili i sympatyczni ludzie.

Zalatwiamy kilka spraw. Bilet lotniczy na jutro do Wameny, zezwolenie na przyjazd do doliny Balien. Prawie nikt tutaj nie mowi po angielsku. Najwyzej pare slow. Wiec nasze dialogi, proby wyjasnia watpliwych kwestii staja sie dosc problematyczne.

Jutro dolina Balien.

piątek, 04 czerwca 2010
Kraków, 4 czerwca 2010 roku

Kurcze, jestem krotszy o prawie caly rok. Ostatni wpis był zaraz po tym jak wysiedlismy z samolotu. Borneo... Dawno to bylo. A pod drodze do dzisiaj praca, biurko, dom, zwyczajny zywot, dni dobre i złe, zima, sylwester, snieg, jedne i drugie swieta. W koncu beznadziejne wyczekiwanie wiosny, ktora w nuzacej zalobie, a potem powodzi gdzies przepadła (odwołali ja?...).

W prima aprilis 1 kwietnia dosc niespodziewanie stajemy sie wlascicielami dwoch biletow Lufthansy z Krakowa do Singapuru. Madry czlowiek na Travelbicie napisal o swoim odkryciu. O 5-dniowej promocji do roznych krajow Azji. Ceny swietne. Nasza to niespelna 1840 zl za bilet. Info przeczytalem w poludnie, a po dwoch godzinach bylo po sprawie. W komputerze wisialo potwierdzenie zakupu biletow. Tak daleko za takie pieniadze jeszcze nie frunelismy... Wylot prawie za chwile bo 25 czerwca, wracam 2 sierpnia. Tylko skad?...

Pierwsza wersja byly Filipiny. Czytam, czytamy... Fajne miejsce, troche pada. Wiec moze Birma? Znowu czytamy. Dni plyna. Prawie juz kupilismy przewodnik. Ciesze sie. Zawsze chcialem zobaczyc ten kraj, ale jakos tak schodzilo. Koniec kwietnia, wracam do domu. Agnieszka z tajemnicza mina, niby tak bez znaczenia, wspomina, ze wlasciwie to co zaoszczedzilismy (???) na biletach do Singapuru moglibysmy wykorzystac, hmm, na jakis inny dluzszy przelot. Birma odplywa... Nowy pomysl, nowe plany. Papua (indonezyjska)... Potem dochodzi jeszcze Sulawesi. I byc moze wlasnie tam, choc nie na pewno, za trzy tygodnie, jesli nie wybuchnie wulkan, lotniska nie zatopi powodz... Wiec byc moze tam polecimy.

Na razie kombinujemy jak tanio poleciec z Singapuru... Ale o tym pozniej.

niedziela, 26 lipca 2009
Kraków, 26 lipca

W domku. Zwariowany powrót zajął nam 38 godzin. Air Asią z Kota Kinabalu do Singapuru, Emirates Airlines z Singapuru do Monachium z dwoma miedzylądowaniami w Colombo i Dubaju, wreszcie Lufthansa z Monachium do Krakowa. Skomplikowane i męczące. I to byłoby na tyle. Koniec pisaniny.

20:58, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
środa, 22 lipca 2009
Kota Kinabalu, 22 lipca

Coraz blizej do domu...

Za dwa dni odlatujemy w droge powrotna. Jak zawsze podroz blyskawicznie zleciala. Dopiero pakowalismy plecaki…

Po opuszczeniu rajskiej wyspy Mabul pojechalismy zobaczyc – widac nie moze sie nam znudzic – dzungle nad rzeka Kinabatangan. Nie udalo sie nam zdobyc miejsc w najbardziej popularnym (i pewnie pieknym) campie u Uncle Tana (skad u nich ten familiarny sposob nazywania swoich fabryczek do obdziernia turystow z mamony? Bylismy juz u jednego “wujka” Changa, a o maly wlos trafilibysmy do nastepnego skosnookiego “wujka”…). Pojechalismy wiec do malenkiej wioski Sukau lezacej blizej cywilizacji. Wczesniejszy przejazd busem z Semporny do Sandakan i potem do Sukau (cala wschodnia czesc Borneo) byl troche przygnebiajacy. Wszedzie dzungla zostala wycieta, a jej miejsce zajely niekonczace sie szeregi palm olejowych. Na zdjeciu wyglada to malowniczo – taki dywan zieleni – ale niech to nie myli. To cmentarz pierwotnej przyrody. Przemyslowa produkcja na wielka skale. Dzungla zostala spacyfikowana i zepchnieta do rezerwatow.

W Sukau zamieszkalismy w przepieknym drewnianym domu na palach, ozdoba ktorego byla wielka weranda. Siedzielismy wieczorami popijac resztki filipinskiego, przemytniczego rumu i sluchajac odglosow pobliskiej dzungli. W dzien plywalismy lodzia podgladaja przybrzezno-nadrzewne zycie. Glownie malpiszony. W koncu udalo sie nam spotkac przedziwne proboscisy. Sporych rozmiarow malpy o wielkich brzuchach i zamyslonych twarzach, o urodzie ktorych stanowia wielkie i zabawne nosy (Aga twierdzi, ze podobne do mojego, ale ja wiem, ze to nieprawda!).

Mglisty poranek nad Kinabatangan

Zafrasowany proboscis. Wyglada jakby rozwazal cos fundamentalnego.

A to inny "nochal". Raczej trudno je fotografowac bo siedza w listowiu. A na widok lodzi maja zwyczaj odwracac sie tylem. Mamy wiec spora kolekcje tlustych zadkow z ogonami.

I jeszcze jeden...

A to jaszczurka o niezlych parametrach.

I troche mniejszy egzemplarz

Makak smakosz

Rodzinka

Nie jestem grozny, tylko ziewam... Uzebienie budzi szacunek.

I drobny przedstawciel fauny

Nastepnym przystankiem po Sukau by park narodowy Mt. Kinabalu. Najwyzszy szczyt pomiedzy Himalajami i Nowa Gwinea. Prawie 4100 metrow w drodze do nieba. Gora przywitala nas chlodem jak Zakopane. Moze zreszta tak tylko nam sie wydawalo po ostatnich rekordach temperatury? (Nie mamy termometru, ale w Sandakanie bylo chyba powyzej 40 stopni). Zatrzymalismy sie w milym hostelu polozonym na wysokosci 1500 m. Od razu pobieglismy do office’u Parku zapytac czy sa wolne miejsca na wejscie na szczyt. Liczba osob, ktorzy kazdego dnia moga wejsc na gore jest ograniczona. Tak jak pesymistycznie przypuszczalismy limit jest zarezerowany na wiele dni do przodu. Nie bylo szansy. Musielismy pocieszyc sie szwendaniem po nizej polozonych trasch. Poznym popoludniem skutecznie przegnala nas stamtad potezna ulewa. Troche rozczarowani, zmoczeni i odrobine zmarznieci (!) postanowlismy ewakuowac sie nastepnego dnia (to dzisiaj) do “cieplych krajow”, czyli do Kota Kinabalu. Miasta na wybrzezu i naszego ostatniego przystanku przed powrotem.

Czekajac na busik w poblizu bramy Parku zlapalismy okazje do Kota Kinabalu. W drodze mily kierowca powiedzial, ze jest Pakistanczykiem. Ma dwie zony i mnostwo dzieciakow. Zeby bylo ciekawiej jedna polowica mieszka na Borneo, a druga w Pakistanie. Z kazda spedza na przemian kolejny rok. I jak powiedzial z usmiechem – wszyscy sa szczesliwi… Hmm…

Mt. Kinabalu

Jutro ostatni caly dzien dla nas. Jedziemy na pobliska wysepke Mamutik jeszcze troche po snorkowac. Podobno jest tam calkiem fajna rafa koralowa. Takie pozegnanie z cieplymi (bardzo!) wodami morz poludniowych.

Kasiu, jedzenie jest super. Chyba nigdy na wyjazdach tak nie zarlismy! Borneo malezyjskie jest kosmpolityczne. Tutaj sa obecne wszystkie nacje Azji (i ich kuchnie). Wiec zaleznie od humoru jemy albo po chinsku, albo po indyjsku (pysznie!), albo tajsku, malajsku, a nawet lewantynsku. Do tego mnostwo ryb. No i oczywiscie owoce. Dzisiaj bylismy na pobliskim targu warzywno-owocowym. Duzym – taki Kleparz razy kilka. Na straganach mozna kupic porcjowane owoce podane na styropianowej tacce. Za jednego ringgita. Wiec mlocimy tacke za tacka. Pycha. Bedzie nam tego brakowalo.

10:37, jacekstefanski
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 lipca 2009
Mabul, 17 lipca

Slodkie szesc dni... Szybko przelecialo.

Szesc dni temu poplynelismy szybko lodzia z Semporny na wyspe Mabul. Poczatek byl z malymi przygodami. Silny wiatr wzburzyl morze. Pedzaca matorowka wbijala sie w fale wyrzucajac fontany wody prosto na nasze glowy i zlozone na dnie plecaki. Po godzinie szalonej jazdy dobilismy do pomostu Uncle Changa kompletnie przmoczeni i rozchwiani kolysaniem.

Resort Uncle Changa - tak nazywa sie grupka stojacych na palach wbitnych w morskie dno drewnianych pawilonow (“pawilonow” to okreslenie dla marzycieli, dla sceptykow bardziej pasuje slowo “baraczkow”...). Wszystko polaczone pomostami. A pod spodem woda. Rankiem moze metr pod deskami podlog, po wieczornym odplywie o poltora metra nizej. Warunki raczej proste (inni moze woleliby uzyc okreslenia “spartanskie”, ale to mocno przesadzone). Pokoje sa skromnie umeblowane w zbite z desek wyrko i kilka gwozdzi w scianie. Domki Wujka Changa glownie zaludniaja nurkujacy i w mniejszosci snorkele (to my). Poza tym troche zwyklych turystow, ktorzy nie wiadomo co robia. Pojawiaja sie takze stateczni rodzice obarczenie malymi dziecmi. Jedni wpadaja na dzien, dwa, inni na troche dluzej. Sa tacy, ktorym wyspa przestawia cos w mozgu i potem walcza o kazdy dodatkowy dzien byle tylko troche przedluzyc tutaj pobyt. Ilosc miejsc jest niewielka, a chetnych sporo. Ludzie bookuja miejsca z wielotygodniowym wyprzedzeniem. My mielismy troche szczescia. Pojawila sie luka, a my na nia trafilismy. Na kilka bardzo fajnych dni w pieknym miejscu. Takim, ktore zasluguje na osobna polke w biblioteczce naszych wspomnien.

Czesc wyspy zajmuje wioska rybacka - “miasto dzieci”. Takie bylo pierwsze skojarzenie kiedy przeszlismy kilkanascie metrow pomostami i wkroczylismy w labirynt domkow i chat na palach. W plataninie drozek i sciezek zobaczylismy dziesiatki biegajacych, bawiacych sie, a czasami nic nierobiacych dzieci. Wydawalo sie, ze na kazdego doroslego przypadalo z tuzin smykow. Skad tyle dzieciakow? Aparat fotograficzny dzialal na nie magnetyzujaco. Na jego widok zaraz zbiegala sie gromadka dzieciakow. Przepychala sie przed obiektyw. "Pikczer", "pikczer"... A potem "luk", "luk"... I radosc ogladania na ekraniku aparatu Agnieszki.

 

 

 

A wokol wyspy - to po co tutaj sie przyjezdza – plaza z koralowego piasku, palmy i rafy.

 

 

Szybko wbilismy sie w codzienna rutyne. Po sniadaniu elita w gumowych garniturkach, piankowych kamizelkach, zbrojna w tlenowe butle i maski wsiadala do lodzi, a z nimi ich master diversi i ruszala na podboj glebin. Inni (my), skromne snoorkle, dzierzac tylko maski, fajki i pletwy rozbiegala sie na pomosty i plaze. A czasami przyklejalismy sie do lodzi z nurkami by zobaczyc dalej polozone rafy. Bajkowy podwodny swiat. Potem obiadek i znowu do wody. A wieczorem przesiadywanie na pomostach nad przemycanym filipinskim rumem. Dlugie pogaduchy i wypatrywanie wielkich morskich zolwi, ktore przyplywaly tuz tuz pod nasze chatki.

Jak to na dluzszych przystankach nowe znajomosci. Powstala calkiem spora ekipa niezwykle sympatycznych rodakow z kosmopolitycznymi konotacjami.

W poniedzialek poplynelismy na plycizne Kapalai. Wokol niej pierscien rafy. Lodz wyrzucila nas do wody. Nurkowie zanurzyli sie, a my snulismy sie pomiedzy koralowcami, ukwialami, lawicamu malych i wiekszych ryb. Agnieszka wypatrzyla wielkiego zolwia, ktory majestatycznie wioslowal kilka metrow pod nami. Dlugo plynalem nad nim, a on troche nizej, troche wyzej, az wreszcie przepadl w glebinach.

U Uncle Changa na najwiekszym pomoscie jest jadalnia. Wsrod stalych bywalcow gromadka rozkapryszonych kotow. Przedwczoraj poznym wieczorem (bardzo, ale to bardzo poznym - wiadomo, filipinski rum i dobra kompania) dwa koty niespodziewanie postanowily zamieszkac z nami w pokoju. Zostaly weksmitowane choc bardzo protestowaly. A potem zerwala sie potezna wichura, niebo otwarlo wrota wodospadu. Wszystko ozylo, domki sie ruszaly, chwialy, trzeszczaly...

Tej nocy historia powtorzyla sie. Wieczorem przez uchylone drzwi wsliznal sie do pokoju kot i przycupnal pod lozkiem. Jak one to wyczywuja, ze nadchodzi wielki wiatr?... O w pol do trzeciej nad ranem obudzil nas wielki huk. Domki dygotaly pod naporem narastajacej wichury. Niektorzy zaczeli sie na wszelki wypadek pakowac (po co?...). Potem wiatr troche uspokoil sie, tylko ulewa ogluszajaco bebnila w dach.

Jutro ruszamy dalej do Sandakanu.

 

 

14:57, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 lipca 2009
Semporna, 11 lipca

Agnieszka uzupelnila zdjecia w dwoch poprzednich wpisach wiec jesli ktos ma ochote pogapic sie troche – zapraszam.

Dzisiaj dojechalismy do Semporny. To nasz najdalszy punkt. Dalej juz tylko powrot. Brunei opuscilismy wczoraj rano. Miniaturowe i nieprzyzwocie bogate panstewko, ktorego wlascicielem jest sultan. Ogladalismy jego gigantyczne portretowe zdjecia rozwieszone w centrum stolicy na wielkich banerach (fotki zrobione chyba ze 20 late temu, kiedy byl jeszcze mlody i piekny). Za pare dni sultan bedzie obchodzil swoje 63 urodziny wiec lud raduje. sie Glowna ulice obwieszono tysiacami kolorowych lampek i w nocy stolica wyglada jak Disneyland. Wladca zafundowal swoim poddanym darmowe szkolnictwo, sluzbe zdrowia i kazdemu emeryture – nawet jesli nigdy nie zhanbil sie praca. I pewnie ta hojnosc niespecjalnie uszczuplila skarbonke sultana.

Bander Seri Begawan – tak nazywa sie stolica Brunei – to male i troche senne miasteczko. Jego centrum wyznacza sporej wielkosci meczet ufundowany oczywiscie przez sultana. Spore i niezbyt piekne betonowe gmaszysko z wielka kopula pokryta czystym zlotem. Z jednej strony meczetu od frontu rozlozyl sie niewielki kwartal ulic zapelniony nowoczesnymi budynkami administracyjnymi, handlowymi, hotelami, a z jego drugiej strony zaczyna sie labirynt malych domkow stojacych na palach w plataninie rzeki i licznych wodnych kanalow. Domki polaczone sa labiryntem drewnianych pomostow. Niektorym przybyszom z Europy miasto na wodzie kojarzy sie nieslusznie ze slamsem. A to po prostu zwykle miejsce do zycia, wcale nie gorsze niz w naszych polskich blokach.

 

 

 

Po poludniu doplynelismy, z przesiadka na wyspie Labuan, do chyba najwiekszego miasta malezyjskiego Borneo – Kota Kinabalu. Nie zabawilismy tu dlugo. Ledwie 3 godziny. Tyle by pojechac na terminal dalekobieznych autobusow i od 19.30 kontynuowac podroz. Dlugi nocny przejazd. Przed switem dojechalismy do nadmorskiej Semporny. Dla jego mieszkancow to przystan rybacka, wielkie owocowo-rybne targowisko i kilkadziesiat krzyzujacych sie uliczek. Dla turystow zas to centrum nurkowania. Codziennie rankiem wyplywaja z przystani w strone pobliskich raf koralowych lodzie pelne ludzi z akwalungami. Inni przeplywaja do pobliskich wysepek, gdzie czekaja na nich plaze, przybrzezna rafa i niewielkie resorty z domkami do wynajecia Na jednej z nich – Mabul Island – jutro rowniez i my zamelinujemy sie na 5 dni! Pewnie przez ten czas nie bede mial dostepu do internetu wiec przede mna kilka dni milczenia...

Marcinie, dzieki za wpis. Miesnie po wejsciu na Pinnacles jeszcze ciagle czujemy.

10:38, jacekstefanski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 lipca 2009
Brunei i kilka dni wczesniej, 9 lipca

Zobaczylismy Pinacles. Duza sprawa.

W poniedzialek rano pofrunelismy do Parku Narodowego Mulu. Krociutki 20-minutowy lot. Centrum parku – tam gdzie turyscie spia, jedza  i skad codziennie wyruszaja ze swoimi przewodnikami na mniejsze lub wieksze eskapady po okolicy – nie zobaczylismy. Na lotnisku czekal na nas facet, ktory zapakowal nas do lodzi i od razu poplynelismy w strone polozonego w dzungli Campu 5. Ostatni odcinek do campu pokonalismy 3-godzinnym marszem przez zielska.

Oboz (Camp 5) to pawilon o prostej, azurowej konstrukcji. Pod jednym dachem miesci sie wspolna kuchnia, weranda ze stolami do posilkow, toaleta i piec 10-osobowych dormitorow.

Nim dzien sie skonczyl niebo zasnulo sie ciemnymi chmurami. Mulu to jest z najbardziej mokrych miejsc na ziemi. Srednia roczna opadow wynosi 6000 mm. Oznacza, ze tam wlasciwie codziennie pada. Czasami bardziej, czasami mniej. W trakcie naszego pobytu mniej. W pierwszym dniu zaczelo o piatej i lalo, lalo. Skonczylo gdzies w srodku nocy. A na drugi dzien to samo tylko o dwie godziny wczesniej… Tak wiec oznaczalo to, ze jednak mniej padalo.

Wieczorem na werandzie zebrano grupe ludzi (w tym i nasza dwojke), ktorzy mieli nastepnego dnia wlazcic na punkt skad sa bardzo dobrze widoczne pinnacles. Spotkanie prowadzila Syria – rangers (straznik) parku i nasz jutrzejszy przewodnik. Ladna dziewczyna o mocnej sylwetce. Jakos tak skojarzyla mi sie popularna literacka wizja “sierzanta piechoty morskiej”. Mowila bardzo konkretnie i dosc konkretnie nas postraszyla. Mamy byc punktualni, posluszni, ostrozni, itp, itd. Na drugi dzien Syria okazala sie swietnym kompanem, ale takze wyczulonym i kompetentnym opiekunem naszej grupy.

Co to jest, czy raczej sa Pinnacles?... W polowie wysokosci zbocza Mount Mulu jest takie siodlo w ktorym niewidoczne z dolu gory stercza na 45 metrow ponad korone drzew fantazyjne, kamienne ostroslupy. Niesamowity widok. Taki  las szpikulcow. By je zobaczyc trzeba pokonac od punktu startu do niewielkiej polki skalnej zaledwie 2400 metrow. Ale za to jakich… Zaczyna sie na wyskosci  50 m, a konczy na 1175. Sredni kat nachylenia zbocza to 45 stopni, a ostatnie 400 metrow to raczej pion z linami i drabinkami. Na dwutysiecznym metrze jest punkt krytyczny. Jesli ktos nie dojedzie do niego przed godzina jedenasta to musi zawrocic. Inaczej zmrok go dopadnie nim zejdzie do Campu.

Wyszlismy tuz po szostej rano. Syria od razu narzucila mordercze tempo jakby chciala wykonczyc tych slabszych co nie maja szansy na wejscie. Trasa pnie sie prosto do gory bez zadnych zawijasow i bez jednego nawet malenkiego plaskiego odcinka. Bez przerwy pod gore. Sciezke tworzy zwarta platanina korzeni i skalnego, bardzo ostrego skalnego gruzu.

Odcinek do pierwszego postoju (900 m) zrobilismy zaledwie w godzine. Ale… Potwornie zziajani, kompletnie mokrzy od potu i juz okropnie zmeczeni. Klimat tropkow robil swoje. Powietrze, choc niezbyt gorace, jest bardzo wilgotne. Trudno sie nim oddycha. Na postoju zostawilismy zapas wody na powrotna droge. I znowu do gory. Syria zapowiedzial, ze teraz bedzie troche wolniejsze tempo bo do dwutysiecznego metra sciezka robi sie trudniejsza. I rzeczywiscie od tej chwili stalismy sie “czwororeczni”. Rece pracowaly na rowni z nogami. Dla mnie (Aga tez tak twierdzi) okazal sie to zbawienne. Po pierwszym odcinku czulem, ze juz mam mocno przeciazanie kolana. A teraz czesc wysilku przejely ramiona. Zlapalismy dobry rytm i choc wielkim wysilkiem to jednak w dobrej formie dotarlismy do “krytycznego punktu” pare minut po dziewiatej. Nasza 13-osobowa grupa rozsypala sie. Jedna dziewczyna zawrocila, a 6-osobowa grupka mlodych Chinczykow zostala z tylu.

A potem byla zabawa z linami i drabinkami. Super rzecz. Calkiem dobrze sobie z tym radzilismy. Przed godzina jedenasta bylismy na miejscu. Olsnieni nie tylko widokiem, ale rownie zadowoleni, ze dalismy rade. Siedzielimy i napawalismy sie widokami, a Chinczycy pojedynczo skrobali sie na poleczke. Kiedy po 40 minutach zbieralismy sie do zejscia, ku przerazeniu Syrii, na polce pojawil sie chwiejnym krokiem, szary ze zmeczenia ostatni z Chinczykow.

Powrot to byla juz inna bajka. Prawdziwy horror. Zajal nam wiecej czasu niz wejscie. Jeszcze ten odcinek z drabinkami poszedl nam calkiem sprawnie. Ale pozniej bylo coraz gorzej. Schodzenie jest czesto duzo trudniejsze od wchodzenia. W tym przypadku na 100 procent. Niekonczaca sie sciezka. Narastajacy bol kolan i miesni. Nogi zamieniajace sie w drewno. Ogrommne zmeczenie. Na ostatnich kilkuset metrach to bylo juz raczej spelzanie, a nie schodzenie… Ale radocha wielka.

Wieczorem uczcilismy “sukces” najdrozszym piwem w Malezji. Puszka po 15 ringgitow. Taka cena za pieszy transport przez dzungle.

Na drugie dzien nogi mielismy jak z drewna. Dzisiaj juz tylko bardzo bola miesnie ud i ramion.

A co poza tym?... Wczoraj kontynuowalismy nasz trek 11 km marszem przez zupelnie lagodna i pokojowa nastawiona dzungle, splywalismy po rzece, nocowalismy w dlugim domu plemienia Tambu. A dzisiaj rzeka, samochodem i na koniec busem dotarlismy do Brunei, gdzie ku naszej uldze czekaly na nas nasze plecaki!

09:35, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »