podróże
RSS
sobota, 02 lipca 2011
01-02.07.2011, Sri Lanka, Polonnaruwa – Kandy

Wieczor. Calkiem mila temperatura. Ozywcza bryza znad pobliskiego jeziora. Pare godzin temu przyjechalismy do Kandy, miasta polozonego bardziej na poludniu wyspy, otoczonego niewysokimi gorami. Prawdziwa ulga po upalnych dniach . Wlasnie zjedlismy pozny obiad w muzulmanskiej knajpce. Agnieszka – Chicken Kabul Roti, siekane warzywa z kurczkakiem zwiniete w cienki placek. Taki wielgasny nalesnik. O dziwo lagodny w smaku i bardzo pyszny. Ja zaserwowalem sobie chicken curry plus potato curry i roti (cienkie placki przypominajace nieco ciasto nalesnikowe). Juz pierwszy kes zaplonal w mojej buzi zywym ogniem! Ale pozniej bylo co raz lepiej. Teraz juz tylko tli sie w zoladku malym dogasajacym ogniskiem…

Wczoraj pojechalismy do parku narodowego Kaudella na “safari”. Wyjazd poprzedzily ostre, acz malo dla nas owocne negocjacje (targowalismy sie jak dzikusy, ale praktycznie nic nie urwalismy…). Wjechalismy z Polonnaruwy starym, wysluzonym japonskim jeepem (40 lat sluzby!) i po godzinie przekroczylismy granice parku. Od tego momentu towarzyszyl nam przewdnik przydzielony z parku. Brezentowy dach jeepa zostal zwiniety i wyprostowani, zbrojni naszymi aparatami ruszylismy bezdrozami parku w poszukiwaniu dzikich sloni. Jechalismy wzdluz brzegu rozleglego jeziora ploszac setki ptakow. Z wiekszych zwierzta spotkalismy jednie najzupelnie udomowione bawoly… Mijal czas, a nas troche ogranialo zwatpienie. W koncu jednak nasz przewodnik palcem pokazal w zaroslach pierwszego olbrzyma. Stanelismy. Z pomiedzy drzew calkiem blisko nas pojawil sie sporych rozmiarow samiec, a po chwili jego kumpel… Potem napotkalismy kolejnego samca, po kilkuset metrach gromadke czterech sloni, az wreszcie po nastepnym kilometrze wielkie stado ok. 45-50 zwierzat glownie samic i malych sloniatek.. Stalismy obok nich (“obok” czyli jakies 100 metrow) i gapilismy sie jako wolno czlapia w strone jeziora, pochalpuja sie woda, Fantastyczny widok.

 

 

 

 


 

 

Dzisiaj pozegnalismy Polonnaruwe. Ranek rozpoczelismy od hotelowego sniadania, ktore po trzech dniach jedzenia tego samego juz troche nam bokiem wychodzi. Potem pojechalismy do swiatyni w Aukana. Miejsce troche “nie po drodze” i dociera tam niewielu turystow. My droge pokonalismy najpierw pociagiem (2 godziny), a potem tuk-tukiem (3 kolowa motoriksza). Troche to zajelo czasu, aleI bylo warto. Swiatynia to wlasciwie tylko jeden posag stojacego Buddy. Za to  imponujacy rozmiarami - 23 metry wysokosci.

 


 

 


A potem bus i poznym popoludniem dojechalismy do Kandy. Zatrzymamy sie tutaj 2-3 dni

15:56, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 czerwca 2011
28-30 czerwca, Sri Lanka, Dambulla, Sigiriya, Polonnaruwa

Tempo naszej podrozy zdecydowanie wyprzedza moje blogowe mozliwosci. Przedwczoraj byla Dambulla, wczoraj Sigiriya, a dzisiaj Polonnaruwa. Komus mowia cos te nazwy?... Raczej nie. Kazda z nich to miescina bez znaczenia. Ciekawymi czyni je spadek przeszlosci. W Dambulli to 5 pieczar w buddyjskim klasztorze wypelnionych figurami i sciennymi malowidlami.

W Sigiryi z plaskiej przestrzeni wylania sie stumetrowa stroma skala troche przypominajaca ksztaltem paczek. Historia jak z szekspirowskich dramatow. Syn watpliwego pochodzenia zabija ojca-krola i zasiada na tronie. Prawowity nastepca tronu, przyrodni brat, ucieka do Indii. Uzurpator obawiajac sie zemsty na niedostepnej skale buduje bajowy zamek-fortece. Pelen niezwyklych rozwiazan technicznych. Na szczycie powstal palace krolewski z cysternami gromadzacymi wode, wspanialym basenem, fontannami i ogrodami.  Po latach jednak zemsta sie dokonala… A skale we wladanie przejeli buddyjscy mnisi. I zyli sobie tam calkiem wygodnie nieszczegolnie chyba holdujac ascezie…

Na skale wdrapuje sie po bardzo licznych stopniach. W ostatnich dniach to taka nasza mania. Nic tylko lazimy po schodach.  Codziennie pokonujemy ich setki (tysiace…?). Przeliczeniowo to dziesiatki pieter. A pomiedzy umownymi pietrami spotykaja nas niespodzianki – a to solidny posag Buddy, a to piekna dagoba. Wiec na Sigiriya wejscie wiedzie najpierw po licznych kamiennych schodkach, potem zakreconych azurowych metalowych schodach, potem po przyklejonej wzdluz sciany dlugiej kladce i znowu azurowymi metalowymi schodami tym razem ostro w gore. Troche niepokojace dla ludzi cierpiacych na lek wysokosci… Miejsce jest niezwykle ciekawe. W moim prywatnym rankingu na solidna czworke z plusem (piatka to np. Angkor, Taj Mahal, Bhaktapur i pare innych miejsc…).

Ze skaly zlezlismy zaraz po poludniu i wystarczylo nam czasy by pojechac do niezbyt odleglej Polonnaruwy. Sri Lanka ma te zalete (rzecz jasna wsrod innych), ze odleglosci nie sa zbyt wielkie. Przejazd dwoma autobusami zabral nam tylko poltorej godziny...

W Polonnaruwie czekaly na nas kolejne ruiny…  Jestesmy swirki zeby tak sami z siebie, z nie przymuszonej woli w najgorszy upal szwendac sie po kupach kamorow. Czasami tak mysle, ze z nam cos... A zreszta mniejsza z tym.

Wyladowalismy w caklkiem przyjemnym guesthousie o milej nazwie Manel (prawie jak menel). Czysto, milo i prawie bez innych lokatorow. Wieczorem zaatakowaly nas nieprzeliczone chmary moskitow. Dalismy odpor smarujac sie obficie autanem i uruchamiajac nasza tajna bron – elektrofumigator. Cos takiego malego wlaczanego do kontaktu co wydziela niewyczuwalna dla nas won, a zupelnie dezorganizuje moskitowa armie. Po niej ustaly zorganizowane dzialania, a nieliczne ocalone moskity przeszly do dzialan partyzanckich (czasami jak podnioslo sie klape plecaka, albo wzielo wiszacy recznik to zrywala sie mala chmurka moskitow, ale to juz zupelny luzik).

Ignorujac ataki moskitow wieczorem zasiedlismy w ogrodzie by skonfrontowac smak naszej lotniskowej zdobyczy – o czym jeszcze nie wspomnialem – z niewielka buteleczka zabrana  w ostatniej chwili z domu. Teraz o zdobyczy... Siedzelismy sobie  na lotnisku w Kijowie  na krzeselkach  przy naszej bramce czekajac na wejscie do samolotu. Obok nas siedziala jakas pani, ktore po kolejny komunikacie wzywajacym paszerow na poklad samolotu lecacego do Warszawym nagle zerwala sie i pognala do bramki by zniknac po drugiej stronie... A po niej zostal niewielkich rozmiarow plastykowa torebka z napisem duty free. Bomba?... Raczej nie.... Ostroznie zajrzelismy, a w srodku... Dwie male “bombki” Johnny Walkera (po 50 ml) i nieco wieksza buteleczka Bailleys (375 ml). To drugie nosilo tez podtytul “Irish cream” (malo zachecjace…). Nie majac szansy na zwrot zguby prawowitej wlascicielce (ona juz fruuuu do Warszawy) zaopiekowalismy sie sierotkami. Johnny Walker polegl juz w najbardziej muzulmanskiej z muzulmanskich linii lotniczych – na pokladzie samolotu Air Arabia. “Irish cream” skonsumowalismy nastepnego dnia – dla mnie to slodkie paskudztwo, ale Agnieszka mowi, ze OK. O tajemniczym trunku z wczorajszego wieczora moze kiedys indziej…

Ruiny Polonnaruwy zwiedzalismy dzisiaj – chyba nie ma zaskoczenia – na rowerach. W polowie  zlapalem gume i reszta trasy pokonalem popychachaj moj pojazd. Dzieki temu mimo, ze zaczelismy wczesnie rano zwiedzanie skonczylismy poznym popludniem.  Sloneczko prawie nas upieklo…

 U gory Dambulla

 A to Sigiriya

 

 

 

 

 

 

 

 

  I nizej Polonnaruwa...

  

 

 

 

 

 

 

 muzulmanskie dziewczeta na szkolne wycieczce

 nieudana proba naprawy dziurawej opony

 ... to starozytyny kibelek...

 a to nasz obiad

wtorek, 28 czerwca 2011
26 - 27 czerwca 2011, Sri Lanka, Anuradhapura - Mihintale

Wlasnie skasowalem sobie - jak juz to sprawdzilem - caly rozlegly wpis... Chyba z godzine pisaniny. Zniechecajace...

Zatem teraz w wielkim skrocie. Anuradhapura to takie zywczajne azjatyckie miasteczko, z chaosem Byle jak skleconych domkow, bez zawracania sobie glowy geomteria i estetyka. Jedyne co je wyroznia to przeszlosc. Dwa i pol tysia lat temu stala tu wielka metroplia - palace, swiatynie… Oswiecony wladca wprowadzil buddyzm. W czasach kiedy z puszczy wylazl Mieszko ze swoja druzynka budowac panstwo – z cejlonskiej dzungli wypelzly bandy zbirow i odeslaly Anuradhapure do historii. A potem w XIX wieku pewien Angol odnalazl ruiny w dzungli w dalekiej konsekwencji doprowadzjac do naszego tutaj przyjazdu.

Ruiny Anurdhapury zajmuja rozlegly obszar wiec wpadlismy na pomysl by posluzyc sie rowerami. Pomysl zacny – wolnosc wyboru celu, niespodzianki poplatanych drog, wreszcie radosc z zsiadania z roweru na zakonczenia dnia – ale troche kontrowersyjny w tym klimacie. Sporo wody z nas odparowalo.

Nie bede nikogo zanudzal opisem zwiedzanych miejsc. Same ruiny sa srednio spektakularne. Niekonczaca sie siatka zarysow fundametow… Za to imponujace sa bez watpienia dagoby – najwieksza z nich rozmiarami niewiele ustepuje egipskim piramidom. A po drodze kilka sanktuariow buddyzmu, gdzie dzialo sie wiele interesujac rzeczy.

Agniszka wkleila kilka zdjec:

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj odwiedzilismy buddyjska swiatynie w Mihintale. Rozlozona na kilku kamiennych wierzcholkach szczyci sie liczba 1800 stopni schodow, ktore trzeba pokonac wedrujac po roznych czesciach sanktuarium.

Piekne dagoby, wspanialy bialy posag Buddy w tradycyjnej pozie. Tlum cejlonskich pielgrzymow mieszajcy sie z wycieczkami szkolnej mlodziezy… Miejsce bardzo klimatyczne. Starwilismy tam kilka godzin i wrocilismy z obolalymi stopami. Buddyjska swiatynia ma niewiele pomieszczen, wszystko dzieje sie na zewnatrz w otarwtej przestrzeni. Pilegrzmi chodza wokol dagoby, zatrzymuja sie w swietych punktach lub przed posagmi Buddy i oddaja sie modlitwom. Na otwartej przestrzeni i w pelnym sloncu. I na bosaka. Nas tez obejmuje obowiazek golych stop. Wiec opanowalismy sztuke slalomu po skrawkach cienia. Ale i tak nasze stopy byly prawie usmazone…

 

 

Jutro opuszczamy Anuradhapure i z krotkim przystankiem w Dhambulli (kolejna swiatynia!) jedziemy do Sigirii. Tutaj jutro czeka nas setki (a moze wiecej?...) stopni, bolace stopy i buddyjskie emocje.

sobota, 25 czerwca 2011
25 czerwca 2011, Sri Lanka, Anuradhapura

Trudno uwierzyc, ze rok minal i znwu jestesmy w podrozy. Agnieszka wlasnie oglosila swiatu, czyli naszym bliskim, ze moj blog startuje. Wiec czas cos napisac Tyle na ile pozwoli skormne wyposazenie miejscowej kafejki internetowej (tylko 4 komputery, ale i tak kojeki nie ma).

Z Krakowa wylecielismy w czwartek dwa dni temu. Po krotkim locie pierwszy przystanek - Kijow. Wszystko dobrze nam szlo do chwili kiedy stanelismy pod budynkiem, w ktorym mial byc nasz hostel (internetowa rezerwacja). Wielki dom (6 pieter) stol, ale ani sladu hostelu. Krecilismy sie wokol anagazujac do pomocy coraz liczniejsza grupe przechodniow. Bze rezulatu. Jeden z nich swoim GPS nawet ustalil, ze hostel jest w promieniu 100 metrow od miejsca, w ktorym stoimy... Ale jakos go nie bylo widac. W koncu jakis przytomnu Kijowianin wprowadzil na w zakamary podworka na tylach szpital i tam w ukrytej bramie znalezlismy nasze schronienie. Po drodze do szczescia jeszcze zadzwonilismy do sasiadki hostelu bo ten dzieli wspolnymi drzwiami swoje lokum z innym mieszkaniem. Wiec zaliczylimsy drobny opieprz od wkurzonej pani, do ktorej pewnie dzwonia przez pomylke wszyscy przyszyli mieszkancy hostelu. I pare slow nagany od wlascicielki hostelu, ze czytac nie umiemy (tu dyskretnie pokazalem palcem Agnieszke) bo przeciez wyraznie naklejone kartki glosza, ktory czyj dzownek.... Rzeczywiscie dzownek sasiadki byl otoczony groznymi napisami, ze pod zadnym pozorem.... Summa summarum hostel okazal sie przyjemny, czystym i dobrze polozony miejscem, a rozgadana i mila wlascicielka, Rosjanka z Nowosybirska, swietnie sobie radzila w komunikowaniu sie z roznojezyczna zbieranina lokatorow jedynie przy uzyciu swego rodzimego jezyka.

Dzien szybko przelecial, glownie na zwiedzaniu imponujacej Lawy Peczerskiej i wieczornym szwendaniu sie po Chreszcziatiku.

Z Kijowa wylecielismy w piatek po poludniu i nastepnego dnia w nocy wyladowalismy na lotnisku niedaleko Kolombo. Nasz dalszy plan byl prosty. Bez zatrzymywania sie pojechac do Annadhapury, stolicy jednego z dawnych miejscowych krolestw. Ryzykownie planowalismy, ze po wylodowaniu o 3:30 pojedziemy do Kolombo na dworzec kolejowy skad w o 5:45 odjezdzac mial pociag. Prawie nam sie udala. Braklo paru minut. Za to trafilismy na bus miejscowej komunikacji takze zmierzajacy do tego miasta. Bze zastanowienia wsiedlismy do niego. Bus byl przykrojony na potrzebym miejscowych ludzi - wiec niski, z fotelikami waskimi jak dla krasnoludkow, z trzema siedzeniami w rzedzie z jednej strony, z dwoma z drugiej i miniaturowym przejsciem po srodku. I do tego z tlumem pasazerow znacznie przekraczajacym mozliwosci tego pojazdu. Mnie przypadlo eksponowane pierwsze miejsce w pierwszym rzedzie. Kazdy kto wsiadl po drodze wsparl sie na mym co raz bardziej obwislym ramieniu, czasami skorzystal z moich kolan jako podrecznej poleczki na bagaz, czasami usilowal sie na stale przytulic... Z czasem stawalem sie co raz mniejszy i bardziej sprasowanym. Kulminacja nastapila kiedy oparla sie o mnie mila niewiasta. Solidny biust w koronkowej, bialej bluzecze zawisl na wysokosci moich oczu w niebezpiecznej odleglosci kilku centymetrow od okularow. I przy kazdym podskoku pojazdu - mimo moich wysilkow cichego toreadora - atakowal moj lewy oczodol... Jakos to przezylem, a okulary ocalaly. Agnieszka siedzaca trzy rzedy do tylu tez nie miala lepiej. Wsperala ramieniem spiacego sasiada bronic resztki niezaleznosci swojego fotelika przed naporem tlumu. Po 5,5 godzinie jazdy mocno wymieci dojechalismy do celu. Teraz na pewno juz bedzie z gorki... Same przyjemnosci. Jutro wsiadamy na rowery  i zwiedzamy kamory, ruin i taki tam rozne miejscowe swietosci. Czyli robimy to co najbardziej lubimy...

15:55, jacekstefanski
Link Komentarze (5) »
koniec lipca 2010, Bunaken, Sulawesi

W zeszlym roku zapal do konczenia opisu podrozy w ostatnich dniach zdecydowanie mnie opuscil. Wiec slow pare dla uzupelnienia. Po opuszczeniu Togean Isl. - calonocny rejs bajecznym,drewnianym i skrzpiacym promem to powinna byc osobno historia - pojechalismy do Manado (miasto bez pomyslu na siebie...). A na drugi dzien w strugach deszczu przeplynelismy na Bunaken. Na promie poznalismy (to raczej ona sie z nami poznala) Sylwie, ktora z mezem? kochankiem? przyjaciele? Wlochem wspolnie prowadzi resort o nazwie Raja Laut. Dzialaja od paru miesiecy wiec i ceny mieli absolutnie promocyjne. A nam trafil sie najbardziej luksusowym bungalow jaki pamietam. Opychajac sie swietnym jedzeniem z domieszka kuchni wloskiej spedzilimsy tam dwa fajne dni. Sama wyspa jest taka sobie, ale ma piekna rafe. I dla tego kawalka podwodnego swiata warto byla sie tam targac przez pol Sulawesi...

15:02, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 sierpnia 2010
27 lipca 2010, Manado, Sulawesi

Ampana to malenka prowincjonalna dziura, do ktorej trafilismy tylko z racji kursujacego stad na Togean promu. Zatrzymalismy sie w calkiem przyzwoitym hotelu OASIS. Jednak wieczorem nasze doznania muzyczne zostaly wzbogacone o dlugi spektakl karaoke z oddalonej o 15 metrow od okien naszego pokoju knajpy. Przez dlugich kilka godzin kolejni ochotnicy wyli i jeczeli do wtoru podobnie brzmiacych melodii. Bylismy na tyle zmeczeni przejazdami z ostatnich dni, ze te niepokojace dzwieki nie zrobily na nas specjalnego wrazenia. Bardziej egzotyczne bylo poszukiwanie piwa. Kilku lokalsow wskazywalo nam jakas mityczna knajpe, ale nie potrafilismy jej odnalezc wiec w pewnej desperacji wkroczylismy do przypadkowego sklepu. Tam zapytalismy starsza Chinke, sprzedawczynie i pewnie wlascicielke w jednej osobie, czy moze nie handluje tym trunkiem? Odpowiedz zabrzmiala jakos tak znajomo - nie, ale moze da sie cos zrobic... Za ile da sie cos zrobic?... Za 30 tysiecy rupii (ok. 3,5 USD). Troche droga, ale karaoke trzeba bylo czym przeplukac. Skosnooka sprzedawczyni wygrzebala pod jakimis szmatami schowek z kilkoma, niestety mocno cieplymi, butelkami Bintanga.

Przeprawa na Togean nie byla zbyt dluga, trwala moze ze 4 godziny. Prom to byla drewniana krypa. Taka troche chalpnicza konstrukacja, ale zawiozla nas do celu. W Wakai znalezlismy lodke na Pulau Kadidiri. Na wyspie sa obok siebie usytuowane na dosc skormnej plazy trzy resorty. Pierwszy i najtanszy to Lestari. Tutaj w optymistycznym planie mielismy znalezc sobie mila chatke nad brzegiem morza. Bungalowow bylo cztery, do tego jeszcze trzy dwojki we wspolnym baraczku i zero wolnych miejsc. A wlasciwie to nawet nie zero, a minus 5. Bo tyle osob spalo na werandzie i w jakims pomieszczeniu gospodarczym w oczekiwaniu, ze zwolni sie jakis bungalow lub pokoj. Porazka. Poszlismy do sasiedniego Black Merlina, ale i tam nie bylo duzo lepiej. Trzeci resort - Kadidiri Paradise - mial wolne miejsca w wypasnych bungalowach za rownie wypasne ceny. Nie na nasza kieszen. Wrocilismy do Lestari i tam dostalismy "szanse". Moglismy nocowac w obskurnym pomieszczeniu zajmowanym przez obsluge, a za dwa dni mialo sie cos zwolnic...

I byc moze doczekalibysmy sie jakiegos bungalow, ale... Wieczorem w jadalni na werandzie pare metrow od naszego "pokoju" zgromadzili sie ludzie z naszego resortu i goscinnie z sasiednich... Rozpoczela sie mega impreza. Jej filarem byl czarnorynkowy arak - slaby bimber pedzony z jakis palm albo ryzu. Jego jedyna zaleta byla wyjatkowo niska cena, adekwatna do smaku. Organoleptycznie rozpoznawalny cocktail o skladzie: plyn o lekkim posmaku sliwowicy zmieszany ze zmywaczem do paznokci...

Na drugi dzien wieczorem powtorka. Tyle, ze z podwojna dawka araku. Trzeciego dnia nie czekajac na wolny bungalow i dalszy burzliwy rozwoj imprezowego zycia zwinelismy sie w poszukiwaniu miejsca, ktore bardziej odpowiadaloby naszym zmitologizowanym wyobrazeniom o tropikalnym raju (a w kazdym razie czegos co przypominaloby mile miejsca widziane przez nas w poprzednich latach). I znalezlismy takie miejsce... Na sasiedniej wyspie Malenge.

Zaczelo sie nienajlepiej. Po dwu godzinnym rejsie lodzia motorowa dotarlismy do wsi Malenge. Przywitala nas troche obskurna przystan z rownie malo ciekawym hotelem. Ale potem bylu juz optymistycznie. Ktos powiedzial, ze po drugiej stronie wyspy jest malenki resort (3 bungalowy i czwarty w budowie). Poplynelismy tam. Byla nieduza zatoczka, piekna plaza, strzeliste palmy, przybrzezna piekna rafa. Miejsce odludne, ciche i... jak z pocztowki. I najwazniejsze - jeden wolny bungalow. W sasiednich dwoch zatrzymala sie mloda para Holendrow i Amerykanka. Do tego starsza Indonezyjka w niewielkiej chacie-kuchni, ktora zajela sie gotowaniem, mlody wlasciel resortu i jego pomocnik. To byla cala nasza plazowa "spolecznosc" na kolejne cztery super dni...

 

 

 

 

 

 

13:11, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 lipca 2010
19 lipca 2010, Ampana, Sulawesi

Wczoraj wyjechalismy z Rantepao na polnoc Sulawesi do Poso. To przystanek w naszej dwudniowej drodze na wyspy Togean. Nasz sredniej wielkosci bus - wiekszy pewnie nie zmiescilby sie na tutajeszej drodze - wlokl sie raczej wolno. Mimo, ze byla to niedziela i ruch byl niewielki. Moze troche przez pogode. Niebo bylo calkowicie zawleczone chmurami i co chwile tryskala gwaltowana ulewa. Widoki byly pierwsza klasa, mroczne zasnute chmurami i klebami mgly gory, ale sama droga dosc szkaradna. Waska, miejscami podmyta deszczami, topornie wyciosana w bardzo stromych zboczach gor. Same zakrety i skomplikowane zawijasy. Po poludniu ulewa zamienila sie w oberwanie chmury. Z nieba laly sie fontanny wody, kaskady splywaly po zboczach gor, a asfalt drogi zamienil sie w dno rzeki... Ale jakos jechalismy. Na kierowcy fantazje pogody nie robily zadnego wrazenia. Czas probowal pasazerom umilac muzyka i obrazem, takim indonezyjskim popem. Jeszcze mniej strawnym od naszego disco polo. Sluchasz i glowa robi ci sie jak akordeon - rozciagnieta i wypelniona lomotem. Straszne TRIO AMBISIS - trzech okraglutkich facetow z zelowanymi wlosami - po dwu godzinach spiewania - w moim przekonaniu tego samego utworu - wywiercilo nam dziury w korze mozgowej. Tuz po polnocy, po 16,5 godzinach jazdy, wymieci i pozbawieni zdolnosci slyszenia dojechalismy do Poso. Kierowca naszego busa zawiozl nasz z wlasnej i nieprzymuszonej woli pod drzwi hotelu oddalonego o 5 km od dworca autobusowego. Wybaczylismy mu zabawe w DJ. No moze poza TRIO AMBISIS...

Dzisiaj juz przejazdowy luzik. Tylko 6 godzin minibusem do Ampany, malenkiego portu skad jutro chcemy poplynac na jedna z wysp archipelagu Togean. Martwi nas troche pogoda. Po poludniu dogonily nas chmury i deszcz.

Na Togean nie ma internetu wiec zamilkne na jakis tydzien.

11:53, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 lipca 2010
15-17 lipca 2010, minitrek, Tana Toraja, Sulawesi

Pogoda w Tana Toraja nas nie piesci… Przewodnik mowil, ze to jeszcze koncowka pory monsunowej, ktora potrwa w slabnocej formie do schylku lipca. To slabnaca forma nie dotyczyla naszego dwudniowego treku. Wczoraj ranek przywital nas ciezkimi chmurami choc na szczescie deszcz nie padal.  Jeszcze…

Zabralismy nasze male plecaczki, w ktorych planowalismy zabrac asolutnie niezbedne rzeczy, ale jakos tak calkiem nam sie wypachaly. Ile to czlowiek potrzebuje na 2 dni i jedna noc!. Pojechalismy “kijangiem” – to taka odmiana lokalna krzyzowka mikrobusa z jeepem. Kijang zabiera na siedmiu miejscach w porywach 10-11 osob. W drodze pierwsza zabawna przygoda. Drozka, ktora jechalismy, ma dwa waskie pasma. Z trudem mijaly sie na niej dwa pojazdy. Jak z przeciwka nadjezdala jakas  ciezarowka to nasz jeep musial zjezdzac na pobocze. W pewnym momencie zrobil sie spory korek. Cala masa pojazdow na naszym pasie zatrzymala sie z wlaczonymi swiatlami awaryjnami, a z ich wnetrza wylonil sie tlum odsietnie, pieknie ubranych ludzi. Slub! W nosie mieli, ze calkowicie zakorkowali droge. Jedyna zreszta w tej oklolicy. Nasz kierowca przyjal to ze stoickim zrozumienie. Wyprawiajac przedziwne akrobacje w pelnej wspolpracy z innymi pojazdami udaalo sie wymanewrowac korek.

Po godzinie bylismy na miejscu. Rozpoczelismy nasza wedrowke. Szlak wiodl przez gestwe niewysokich gor. Wlazilismy I zlazilismy stromymi, sliskimi zboczami, przemykalismy po tarasowych polach ryzowych, a nasze buty i lydki stopniow upodabnialy sie do koloru ziemi. Przewodnik zgrabnie smigal  po waskich na jedna stope sciezynach, a my zbrojni w solidne kije troche czlapalismy probuja rozpoznac co jest sciezka, a co dziro wypelniona blotem. Ale z naszej trojki tylko przewodnik zaliczyl poslizg i kapiel w ryzowisku.

Nagroda byly niesamowite widoki. Przed zmierzchem doszlismy do niewielkiej wioski. Ledwie pare domkow. Zatrzymalismy u dosc biednej rodziny. Nie bylo pradu elektryczne. Po zmroku ciemnosci rozswietlala prosta lampa oliwna - puszka i knot z bambusa. Spalismy w wspolnej czesci chaty. Nam odstapiono materac i dwie plandeki do przykrycia. Dziadek i dwojka malych dzieci owinela sie swoimi sarongami i przytulona zalegla po sasiedzku w kacie. Mielismy nasze cienkie bawelniane spiworki wiec jedna z planedek, mimo protestow, odstapilismy naszym wspolspaczom.

Nim wzeszlo slonce, jeszcze w zupelnych ciemnosciach, w chacie zaczal sie ruch. Starsi mieszkancy starali sie byc cicho, ale tupot calkiem licznych dzieciecych stopek brzmial jak budzik. Jakos udalo sie dodrzemac do switu.

Poranna toaleta obok beczki z deszczowka. Prawdziwym wyzwaniem byl wychodek, do ktorego prowadzilo kilka gliniastych stopni wycietych w sciezce. Rodzaj szalasu o wysokosci moze 1,4 metra, w ktorym rzeba bylo znalesc niewielki otwor wyciety w klepisku...

Noc konczyla sie ulewnym deszczem. Minal swit i wczesny poranek, a z nieba dalej lecialy strugi wody. Po sniadaniu troche jeszcze odczekalismy, ale o dziewiatej zbrojni w plaszcze przeciwdeszczowe wyruszylismy zmagac sie z woda i blotem... Okolo poludnia deszcz ustal, a potem pojawily sie nawet sladowe przeblyski slonca, ale tylko na chwile...

Gory i pola ryzowe parujace mgla, dosc niezwykle barwy pol ryzowych, bambusowych gajow i wiosek tego chmurnego dnia razem tworzyly klimat, ktorego wczesniej nigdy nie widzielismy. Bylo ciekawie, bylo ladnie i troche inaczej.

Po powrocie do Rantepao ulice obok naszego hotelu zamknieto dla pojazdow. W jednym  domu smierc zebrala czarnych zalobnikow na nocne czuwanie przy zmarlym, a w drugim  kilkadziesiat metrow dalej wesele wylalo sie na asfalt ulicy armia krzesel, stolikow i barwnie ubranych gosci. Smutek odejscia i radosc nowego zycia.

Pojutrze wyruszamy na wyspy Togean. W poszukiwaniu slonca i rafy koralowej...

Pare fotek z treku

a tak bylo na treku, prawie szczawnickie klimaty :) Buty zmienily kolor na "muddy", ale i tak uwazam, ze pola ryzowe maja swoj niepowtarzalny urok, niezaleznie od pogody...

nasz przewodnik i ja

tarasy ryzowe

chata zdobna w bawole rogi. Ilosc ozancza range we wsi

w pracy...

13:23, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 lipca 2010
14 lipca 2010, Rantepao, Sulawesi

Dzien przywital nas chmurami i przelotnymi opadami... Postanowilismy obejrzec ostatni dzien ceremoni pogrzebowej. Wczesniej jednak odwiedzilismy wies Lando z niezwyklymi jaskiniami pelniacymi role naturalnych krytp. Ostatni dzien ceremoni pogrzebowej przebiegal dosc konwencjonalnie - ksiadz poprowadzil czesc religijna, potem byly przemowienia czlonkow rodziny, przyjaciol. Dziwne rzeczy zaczely sie kiedy zalobnicy opuscili wiejski dom. Na czele pochodu niesiono na kratownicy z bambusa trumne. Tragarzami bylo kilkunastu mlodych mezczyzn. Niespodziewanie dla nas zaczeli wywijac cala ta trumienna konstrukcje. Raz ja podnosili, raz opuszczali. Czasmi gwaltownie podrzucali, to znowu biegli albo raptownie sie zatrzymywali. Towarzyszyly temu smiechy, zartobliwe przepychanki, ochlapywanie sie woda i blotem... Trwalo to az do momentu zlozenia trumny w krypcie. Taki dziwny obyczaj. Jak ktos tlumaczyl mialo to przepedzic zle duchy, ktore gromadza sie przy zmarlym.

Po poludniu umowilismy sie z naszym "poniedzialkowym" przewodnikiem na dwudniowy trek. Jutro wyruszamy. Tym razem caly koszt treku placimy po jego zakonczeniu wiec bez obawy, ze przewodnik nam gdzies przepadnie... Zreszta juz zauwazylismy, ze w tej krainie ludzie sa nadzywczaj uczciwi. Jesli podaja cene w sklepie czy w busiku to nie mnoza jej przez rozmiar buta...

Nizej zdjecia z wczorajszej naszej wedrowki po okolicznych wioskach.

Wies Palawa z tradycyjnymi domami Toraja. Na plachtach przed domami suszy sie ryz. Tutaj nie ma wyraznego podzialu jak w Polsce na okresy zasiewow, uprawy i zniw. Dzieje sie to jednoczesnie. Na jednych polach sadza ryz, na innych go zbieraja...

Pola ryzowe, a na pierwszym planie miniaturowe stogi skoszonego ryzu.

Na uprawy ryzu wykorzystuje sie kazdy skrawek ziemi, takze ten na stokach gdzie buduje sie tarasowe pola.

To sanktuarium z megalitami we wsi Bori. Miejsce uroczystych ceremoni pogrzebowych.

To co bawoly lubia najbardziej...

wtorek, 13 lipca 2010
13 lipca 2010, Rantepao, Tana Toraja, Sulawesi

W niedziele opuscilismy Papue Zachodnia. Samolot przetransportowal nas z dwugodzinnym opoznieniem, a Makasar - najwieksze miasto na Sulawezi - przywitalo nas ciezkimi, ciemnymi chmurami i ulewnym deszczem. Zniechecilo nas to do pozostania w tym miescie i zdecydowalismy sie na nocny przejazd do Rantepao w centrum Tana Toraja. To pewnie najciekawsze miejsce na tej wyspie. W gorzystej krainie plemie Toraja stworzylo wlasna unikatowa kulture. Budowali i nadal je konstruuja wielkie pieknie zdobione chaty na palach z charakterystycznymi podkreconymi dachami. Wszystko kreci sie wokol bawolow, ktory znajduje swoje wcielenie w symbolice plemiennej.

Bawol jest podstawa miejscowej gospodarki, a do niedawana ilosci posiadanych zwierzat decydowala o pozycji i statusie majatkowym. Charakterystycznym elementem kultury Torajow sa rozbudowane ceremonie pogrzebowe. Przygotowania do nich trwaja sporo czasu, czasami wiele tygodni, a nawet miesiecy. Range pogrzebu ocenia sie po ilosci bawolow przeznaczonych na rzez w trakcie ceremoni.

Do Rantepao dojechalismy rankiem w strugach przelotnego deszczu. Na szczescie opady wkrotce ustaly.  Zainstalowalismy sie w sympatycznym i przede wszystkim o wiele tanszym niz w Papui hotelu IRAMA. Pierwsza informacja jaka dostalismy byla wiesc, ze w niedalekiej wsi Lemo dzisiaj rozpoczynaja sie trzydniowe ceremonie pogrzebowe, do ktorej przygotowania trwaly przez miesiac. Informacje dostalismy w pakiecie z przewodnikiem. Zreszta jak sie okazalo calkiem milym i rzetelnym. Targi, targi… Cena zostala ustalona i w dwie godziny po przyjezdzie juz podazalismy z naszym nowym przewodnikiem. Najpierw na wielkie targowisko w Bolu pod Rantepao, ktore odbywa sie co szesc dni. Targowisko rzeczywiscie duze i ludne ze wszystkim co wazne do zycia. Stosy warzyw, owocow, ryb, ubran i takich tam roznosci. Takze sporo kramow z aromatycznie pachnaca, mielona na miejscu kawa. Trafilismy takze tam gdzie handlowano kogutami szkolonym do walki.

Odrebna i chyba najciekwasza czesc targowiska stanowilo miejsce przeznaczone na handel bawolami. Dziesiatki,  a moze nawet setki zwierzat. Tlumy facetow ogladajacych zwierzeta. Czasami dobijajacych targu. Wszystko w gestym blocie zmiesznamy ze sloma, w powietrzu przesyconym ostrym odorem. A w srodku my przemykajacy za naszym przewodnikiem w naszych sandalkach, ktore coraz bardziej upodabnialy sie do brozowomulistego, "aromatycznego" podloza.

 

Obok bawolego targowiska byla odrebna czesc, gdzie handlowano swiniami. Miejsce wzbudzajace litosc. Biedne stworzenia byly skrepowane jak paczki w pozycji lezacej przywiazane bokiem do rodzaju bambusowego nosidla. Ciasne wiezy uniemozliwaly jakikolwiek ruch. I tak czekaly na odmiane lub kres swojego losu - w upale i bez wody - przez wiele godzin.

Przedpoludniem dotarlismy na miejsce ceremoni pogrzebowej. Wiejski dom z dziedzinicem. Obok zadaszone tarasy z bambusa zbudowane specjalnie na dzisiejsza uroczystosc.

Uczestnicy pogrzebu przychodzli ubrani na czarno. Nas przywitala corka zmarlej. Przyjela od nas obowiazkowy prezent – w naszym przypadku raczej drobny, bo byl to karton papierosow - i posadzila na na bambusowym tarasie.

Srodek dziedzinca wylozono palmowymi lisciami i tam szlachtowano zwierzeta zlozone w darze. Pierwszy polegl bawol, a za nim liczne swinie. Zwierzta byly przynoszone przez kolejne grupy uczestnikow pogrzebu i konczyl swoj zywot za domem. Potem byly wnoszone na dziedzinie, gdzie kilku wprawnych rzeznikow cwiartowalo je na drobne czesci.... Przewodnik spytal czy chcemy zobaczyc jak zabiajaja swinie, ale jakos nie mielismy na to ochoty...

Zostalismy poczestowani kawa i ciasteczkami, ktore pochlonelismy w kilka sekund bo po przyjezdzie do Rantepao nie zdarzylismy zjesc sniadania. Po poludniu dostalismy kolejny poczestunek - ryz i kawalek pieczonej swinki. Aga zjadla bez smaku, ja dyskretnie pozbylem sie swinskiej czesci poczestunku...

Na dole jedna z uczestniczek ceremonii.

W drugim dniu pogrzebu zostana zabite i zjedzone bawoly. W trzecim dniu  trumna zostanie przeniesiona do wiejskiego sanktuarium. Wydrazonych w skale kryptach. Wazni i najbogatsi zmarli sa zaszycani drewnianym figurami tau tau ustawianym na balkonach sanktuarium.

To bylo wczoraj... A dzisiaj wloczylismy sie po okolicznych wioskach cieszac sie pieknymi widokami pol ryzowych.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7