podróże
RSS
poniedziałek, 10 czerwca 2013
27.06.2012 r., Manang, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 3650 m npm, czas wędrówki: 0h 30 min.

Najkrótszy odcinek. Po drodze mijamy długi mani wall i szkołę. Przed jej wejściem kręciła się gromadka małych dzieci, a prawie każde z nich miało pod nosem gluta wiszącego jak klejnot…

 

W Manang szczycącym się wielką ilością hoteli i lodge’y nie mamy problemu z wyborem. Podobnie jak wcześniej czynny był tylko jeden z nich (Hotel Tilicho). „Dyżurny” jak śmiała się Agnieszka. Jest ogromnych rozmiarów, a my snuliśmy się w nim jak samotne duchy. Wieczorem mielismy kłopot, który kąt wybrać w wielkiej, pustej jadalni...

 

Dostaliśmy także przywoity pokój z dużymi oknami...

Po zrzuceniu bagaży wspięliśmy się stromą ścieżką do położonej o 400 metrów wyżej maleńkiej Praken gompy. Właściwie  pustelni bo przez większość roku rezyduje tutaj samotny mnich. Starzec ma ponoć 96 lat, a pustelnię zamieszkuje prawie od półwiecza. Od jakiegoś czasu mieszka z nim jego dużo młodsza bo zaledwie 64-letnia siostrzenica (?), która gotuje, sprząta i trochę opiekuje się wiekowym mnichem. Gompa jest maleńka . Ma niewielką część mieszkalną i równie niedużą sakralna komnatę, do której wspina się po kamiennych schodkach. Naszą wizytę mnich przyjął z zadowoleniem. Jak się okazało po części podyktowanym merkantylnymi względami. Na „audiencji” pobłogosławił nas w intencji szczęśliwego przejścia przez Thorung La. Potem przed nosami pomachał nam skarbonką, a na koncie zaproponował sprzedaż buddyjskiego różańca z plastykowych kulek. Pogmeraliśmy w mini sklepiku na ołtarzyku i coś tam wybraliśmy za 500 rupii. Mimo tego handlowego akcentu wizyta była bardzo sympatyczna i ciekawa

 

Resztę dnia spędziliśmy na włóczeniu się po starej części Managu i jego wiejskich okolicach.

 

26.06.2013 r., Braga, Nepal

Dzień lenistwa. Cieszymy się wspaniałą pogodą. Wprawdzie ranek przywitał nas szarością chmur, ale te szybko rozlazły się pozostawiając po sobie wspomnienie w postaci białych kłaków cumulusów.

Większość dnia spędziliśmy na łażeniu po starej części wioski. Po tej części przełęczy Thorung to najlepiej zakonserwowana w tradycji wioska. Same stare zabudowania. Poza wodociągiem w postaci cięknącego kurka w pobliżu mani wall'u, zwisającymi przewodami elektrycznymi i gdzieniegdzie telewizyjnym antenami zdobiącymi dachy wioska zachowała w całości tradycyjną zabudowę. Wędrowanie po stromych uliczka wioski to jak podróż w czasie. Czasami zatrzymywaliśmy się by pogapić się na zajęcia nielicznych już mieszkańców. Niestety podobnie jak w Ghyaru czy w Ngawal spora część domów jest opuszczona i popadająca w ruinę.

 

Najcenniejszym zabytkiem w Braga jest stara gompa zbudowana na krańcu wioski w jej najwyższym punkcie. Nie ma już w niej na stałe mieszkających mnichów. Spotkaliśmy tylko jednego, który tutaj czasami przyjeżdża aż z Katmandu dla odprawienia pujy. Gompa jest zamknięta, a klucze do niej od wielu pokoleń przechowywane są w rodzinie Lobsang mieszkającej obok klasztoru. Zgodnie z instrukcją chłopców z naszej lodge stanęliśmy przed gompą i Agnieszka głośno zakrzyknęła: Mr Lobsang! Po chwili z pobliskiego domu wyłonił się starszy, uczynny pan i otworzył nam wrota świątyni. We wnętrzu zachował się nieskażonym „nowinkami” wystrój, którego ozdobą jest piękna i unikatową kolekcja figur. Niektóre z nich mają ponoć ponad 500 lat. Ściany zdobi wspaniała polichromia, a jedną z nich zapełniała biblioteka.

 

Zdecydowanie była to najciekawsza gompa na całej trasie, a może nawet Nepalu.  Przynajmniej pośród tych klasztorów, które dane było nam zobaczyć. Zaskoczyło nas, że zachowała się tak dobrym stanie. W większości przypadków zawartość wiejskich klasztorów została niestety rozszabrowana lub sprzedana kolekcjonerom. Od wielu lat w Europie i po drugiej stronie Atlantyku panuje moda na starocie z egzotycznych krajów. Popyt na nie wyssał zasoby tych krajów. W wielu miejscach widzieliśmy skutki takich działań. Oskubane czorteny i mani wall’e, wnętrza świątyń w miejsce "skomercjaliowanego" rekodzieła wypełnione plastykową tandetą. Parę lat temu w dolinie Khumbu trafiliśmy na małą gompę, gdzie kiedyś ściany pokrywały naklejone płócienne tanki i wizerunki Buddy. Została prawie w całości ogołocona. Widać było jeszcze ślady po ostrych narzędziach, którymi odrywano czy wycinano malunki. Tym większa chwała dla rodziny Lobsangów, że potrafią tak pilnie i uczciwie strzec zawartości swojej świątyni. Przy wyjściu wręczylismypanu Lobsangowi niewielki datek. W sezonie za jej zwiedzanie są stałe opłaty.

Z dachu gompy rozciąga się piękny widok na dolinę i wyrywko wyłaniające się z zasłony cumulusów szczyty Annapurny.

Większość turystów idących tych szlakiem omija Bragę i zatrzymuje się w niezbyt dalekim, dużym Manganu. I w sumie już tutaj nie wraca. A to wielka szkoda bo Braga jest jedną z najciekawszych miejscowości szlaku.

Tagi: Braga Lobsang
10:39, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 czerwca 2013
25.06.2013 r., Braga, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 3460 m npm, czas wędrówki: 8h 40 min.

Dzisiaj mieliśmy wyjątkowo piękny odcinek trasy. Idziemy prawie cały dzień trawersem po prawej stronie doliny. Towarzyszy nam wreszcie bardzo dobra słoneczna pogoda z niewielkim dodatkiem kłębiastych chmur utrzymuje się przez prawie cały dzień. Czyżby zadziałał osławiony cień Annapurny? Wreszcie mamy wspaniałe widoki na okoliczne wielkie szczyty choć tylko na zachodnią stronę. Leżący na wschodzie Pisang Peak nadal ukryty jest w gęstych obłoków. Pierwsza część szlaku była łatwa. Dróżka łagodnie falowała prawie bez zmiany wysokości.

 

Wkrótce doszliśmy do jedynego trudniejszego momentu drogi – wijącej się licznym zygzakami ścieżki wiodącej do położone o ok. 500 m wyżej wioski Ghyaru. Dość ostre podejście. U jego stóp rozpościerał długi na kilkadziesiąt metrów piękny mani wall. Długi, kamienny mur to charakterystyczny obiekt dla Nepalu. Pojawia się także w innych buddyjskich krainach Himalajów. Zazwyczaj jest zbudowany na skraju wioski, rzadziej w jej obrębie. Skonstruowany z grubo ciosanych kamieni, czasami z regularnymi wieżyczkami z charakterystycznymi szeregami młynków modlitewnych. Miejscowi kładą na murze lub opierają o jego ściany kamienne płyty, często okrągłego kształtu, z religijnym inskrypcjami. Niekiedy szczyt muru zdobią je czaszki zwierząt. We wnękach kamiennej ściany układane są różne religijne wota. Dawniej były to drewniane deski z pięknymi wizerunkami Buddy, czasami gliniane figurki. Teraz zostały po nich już głównie puste kamienie, a malowidła i figurki pewnie zawędrowały do domów turystów i kolekcjonerów. Mani Wall w Ghyaru miał więcej szczęścia…

 

Zmieniając te kilkaset metrów w pionie nieźle się zasapaliśmy. Ghyaru jest niewielką wioseczką uczepioną górskiego zbocza. Domki z ledwo ciosanych kamieni wspinają się nad sobą niczym meksykańskie pueblo. Ich ściany zdobią okiennice z rzeźbionym framugami, a na dachach powiewały wypłowiałe flagi modlitewne. Wąskie uliczki brukowane są nieregularnymi kamiennymi płytami. Wioska nie uległa inwazji „nowinek” z doliny, czyli architektury pustaków i falistej blachy. Zachowała swój tradycyjny pełen uroku wygląd. Jednak w oczy bije ubóstwo i prostota granicząca z prymitywizmem. Widać, że ludzie wiedli tutaj ciężkie życie. Przy głównej uliczce zobaczyliśmy niewielki mani wall. Tkwiły w nim młynki modlitewne zrobione ze starych puszek co najlepiej świadczyło o możliwościach finansowych mieszkańców.

 

Wioska jest prawie wyludniona, wiele domów sprawia wrażenie , że są opuszczone. Teraz spora część jej mieszkańców przeniosła się do Manganu lub do większych miast.

Zrobiliśmy sobie przerwę na skromny lunch w teahouse’ie  - na stole pojawiła się gęsta zupa warzywna i cytrynowa herbata.

 

I w drogę… W południe dzień zrobił się bardzo gorący. Idziemy w krótkich rękawach i z odpiętymi nogawkami.

Po drodze widzieliśmy leżący w dole doliny płaski kształt lotniska w Humde (Hongde). Właściwie polowego lotniska. To dzieło rąk przedsiębiorczych mieszkańców zamieszkujących tę część doliny. Manangbowie, lud od których wzięła nazwę nieformalna stolica – Manang. Jednym z bardziej nietypowych obyczajów Manangbów jest poliandria. Kobieta Manangba może mieć kilku mężów… Rysy twarzy członków tego ludu wskazują na ich bliski związek z Tybetem. 

 

Manangbowie kiedyś byli bardzo biedni, żyjący z hodowli kóz i yaków. Potem zajęli się na wielką skalę przemytem i handlem. Kilkanaście lat temu sami wybudowali niewielki pas startowy, z którego zaczęły kursować awionetki z kontrabandą. Coś co tam wozili musiało im przynosić niezłe dochody. Teraz jednak główną siłą lokalnej gospodarki jest turystyka.

Kolejnym przystankiem była wieś Ngawal. Tak jak poprzedniczka i ta miejscowość zachowała w większej swej część dawny wygląd. Choć pojawiło się tutaj kilka nowych lodge’y.

Późnym popołudniem zaczęliśmy schodzić z trawersu w dolinę do miejscowości Braga. Składa się ona jakby z dwóch części. Nowszej położonej wzdłuż głównego traktu, składającej się z kilkunastu budynków, głównie lodge. I leżąca z boku przyklejona do zbocza stara Braga ze schodkowo pnącymi się kamiennym domkami.

 

W Braga nie mieliśmy kłopotu z wyborem lodge’y. Tylko jedna z nich – Hotel New Yak – była otwarta, a reszta na głucho zamknięta. Nie ma sezonu. A  w tej samotnej i wielkiej lodge’y znowu byliśmy jedynymi gośćmi…. Dostaliśmy przyjemny, narożny pokój z dwoma wielkimi oknami i niezłymi widokami. Tuż obok mieliśmy dostęp do wspólnej łazienki z ciepłą wodą…

 

Lodge’ę prowadziła ekipa młodych chłopców, których szef – na oko dwudziestopięcio latek – był jednocześnie kucharzem. Całkiem dobrym co sprawdziliśmy następnego dnia zamawiając po raz pierwszy na obiad niemiejscową potrawę. Zatęskniliśmy za spaghetti. Wybór okazał się trafny…

24.06.2012 r., Upper Pisang, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 3350 m npm, czas wędrówki: 6h.

Prawie całą noc intensywnie padało. Jednak ranek powitał nas nieziemsko piękną pogodą. Ostre słońce, które błyskawicznie ogrzało powietrze, lazur nieba i olśniewające śnieżną bielą wierzchołki gór. Szybko wywiesiliśmy na wszystkich możliwych sznurkach i balustradkach nasze mokre ciuchy, z których zaczęła buchać para jak spod żelazka. Po śniadaniu poszliśmy trochę się powłóczyć po wiosce aby nacieszyć się pogoda i dać szansę naszym rzeczom na solidne wyschnięcie . Nie zabrało to zbyt wiele czasu. Po niespełna godzinie były już suche jak pieprz. Na poprzednich trekach zauważyłem, że w kolejnych dniach szybko redukują się nasze potrzeby, a niewielkie przyjemności i sukcesy dają sporo radości. Jak na przykład wysuszenie kilku par skarpet i majtek…

 

Dobra pogoda panowało do wczesnych godzin popołudniowych, a potem niebo znowu zasnuło się chmurami, ale po raz pierwszy deszcz nam odpuścił.

Dzisiaj zyskaliśmy w pionie kolejnych 680 m i weszliśmy w strefę gdzie niektórzy mogą już odczuwać pierwsze skutki wysokości. I faktycznie szło mi się jakoś gorzej, szybko męczyłem się. Ale może to jakiś taki mały kryzys po kilku dniach wędrówki. Pojutrze w Braga i Manang robimy przerwę aklimatyzacyjną więc będziemy się trochę leniuchować.

Z Chame wyszliśmy późno. Było już po godzinie 9. W drodze minęliśmy kolejną brygadę robotników ryjących drogę w skalnym zboczu. Pracę wykonywali skrajnie prymitywnym metodami. Pod skałami układali wielkie kłody suchego drzewa i podpalali je. Kiedy kamień nagrzany ogniem zaczynał pękać młotami i kilofami łupali go na mniejsze kawałki. I tak żmudnym wysiłkiem tworzyli kolejne metry wąskiego traktu

 

Za wioską Dhikur  Pokhari opuściliśmy tradycyjny szlak, który wiedzie dołem doliny i powędrowaliśmy alternatywną do niego ścieżką. Wiedzie on prawym trawersem doliny (lub jak kto woli lewnym brzegiem rzeki…). Rozciąga się z niej świetny widok na pobliskie masywy Annapurny II i IV, a także góry Pisang i kilku innych pomniejszych szczytów. Dla nas widoki były ułamkowe bo większość nieba i szczytów spowijały chmury. Jednak w pogodzie coś się zmieniło. Chmury nie były już taką grubą warstwą szarej waty. Widać, że zrobiły się cieńsze, pojaśniały, a momentami wśród nich zaczęły pojawiać się błękitne wyrwy.

 

Po niezbyt długie wspinaczce osiągnęliśmy nasz dzisiejszy cel – wieś Upper Pisang. W przeciwieństwie do swej imienniczki w dolinie zachowała ona bardziej tradycyjny charakter. Kamienne domki z pięknymi drewnianym okiennicami.

 

W wiosce są trzy albo cztery lodge. Największa z nich i zarazem najnowsza była na głucho zamknięta. Najdalej położono, tuż koło czynnego klasztoru, nie wyglądała zbyt zachęcająco. Zatrzymaliśmy się w środkowej lodge’y o obiecującej nazwie Annapurna Hotel. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do pustki na szlaku więc nie było dla nas zaskoczeniem, że w wiosce byliśmy jedynymi gośćmi. Właściciel tak się ucieszył na nasz widok, że zaoferował nam pokój za darmo.

Wieczorem niebo przetarło się odsłaniając ośnieżone szczyty.

 

11:41, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
23.06.2012 r., Chame, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 2670 m npm, czas wędrówki: 6h 45 min.

Mamy mały kryzys. Jutro skończy mi się zapas bielizny i skarpet. Agnieszka jest w podobnej sytuacji. A to dopiero 4 dzień treku. Codziennie wieczorem robimy małe pranioe, ale nic nie chce schnąć. Zwyczajem poprzednich treków w dzień mokre rzeczy przypinam klipsami na wierzch plecaka, ale nie przynosi to rezultatów. Zresztą z reguły po 2- 3 godzinach marszu zaczyna padać deszcz i wszystkie mokre rzeczy trzeba chować. Efekt jest taki, że i zawartość plecaka staje się wilgotna. Wszystko zaczyna zalatywać takim zapaszkiem pleśni i zgniłości. Póki jesteśmy nisko nie stanowi to jeszcze problemu. Można założyć i mokre ciuchy. Ale wyżej spodziewamy, że będzie chłodniej więc może nie być zbyt miło. Przydałoby się trochę słońca.

Ranek przywitał nas kilkom chwilami przyjemnego słoneczka, ale nie trwało to zbyt długo. O 10 było już całkowite zachmurzenie, a o 11 zaczął mżyć deszcz. Amerykanie pozbierali się dość szybko. My wyszliśmy z lodge’y godzinę później, ale dość szybko ich dogoniliśmy i wkrótce zostawiliśmy za sobą. Pierwsza część dzisiejszego szlaku wiodła po prawie płaskiej, ledwie sfałdowanej ścieżce więc była łagodna i przyjemna. Dopiero przed wioską Danakyu po przejściu drewnianego mostku dróżka ostro wystartował w stronę nieba. Jednak po sforsowaniu ok. 350 metrów różnicy poziomu szlak znowu nabrał łagodności.

Mijane wioski nie zachwycają jakaś szczególną urodą. Większość domów jest nowa, a z tradycyjnej architektury nie zachowało się zbyt wiele. Dominują pustaki i blacha falista. Na szczęście dolina jest na tyle ładna, że nowe budynki nie zdołały jej zeszpecić. Tę część Marsynagdi, aż po dystrykt Manang, zamieszkują Gurungowie. Lud trudniący się głównie rolnictwem i hodowlą zwierząt. Kiedyś posiadali duże stada owiec, które jesienią przepędzali na niziny Teraju. Aby stada nie przemieszały się mieli zwyczaj malowani grzbietów owiec w różne barwy (poniżej zdjęcie z naszego treku z 1999 roku).

  

Gurungowie mieszkają także w dolinie Kali Gandaki po drugiej stronie masywu Annapurny. To właśnie spośród nich oraz ich sąsiadów z ludów Magara, Chhetrija,Thakala i bardziej odległych Arunów rekrutowano żołnierzy do słynnych brytyjskich regimentów Gurkhów. Swoją nazwę wywodzą od miasteczka Gorkha gdzie mieścił się pierwszy punkt werbunkowy.

Chame osiągnęliśmy dość wcześnie, może ok. 15. Wioska nie leży jeszcze zbyt wysoko (2670 m), ale pod wieczór zrobiło się bardzo chłodno. Pewnie było nie więcej niż 10 stopni. Z plecaków wyciągnęliśmy większość ciepłych ciuchów. Trochę to nas zaskoczyło. Spodziewaliśmy się takiej temperatury znacznie wyżej, raczej w okolicach 4000 m.

Lodge’a, w której się zatrzymaliśmy (Hotel Manaslu View), okazała się dość syfiasta. Wahaliśmy się czy tutaj się zatrzymać, ale przekonał nas widok piecyka gazowego i wizja ciepłej kąpieli. Właściciel ochoczo nas zapewniał, że piecyk działa tylko on musi go uruchomić. Szybko okazało się, że jest tylko wiszącą na ścianie atrapą. Jednak brakło nam już determinacji by zmienić lokum. Zadowoliliśmy się letnią wodą z wiadra.

22.06.2012 r., Dharapani, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 1870 m npm, czas wędrówki: 7h 40 min.

Rzęsisty deszcz lał cało noc. Ustał dopiero po siódmej. Do wczesnego popołudnia nie padało, ale było bardzo pochmurnie. Potem znowu zaczęło kapać i przelotne deszcze towarzyszyły nam przez resztę dnia.

Tego dnia po raz pierwszy po drugiej stronie rzeko zobaczyliśmy karawany jucznych mułów. I sporo tragarzy targających niewiarygodne ciężary. Kilku z nich taszczyło gigantyczne płachty falistej blachy. Wyraźna oznaka, że droga  i samochody zostały już za nami.

Kilka razy przechodziliśmy przez rzekę po sporej długości wiszących linowych mostach. Pomyśleć, że dzieciństwie miałem lęk wysokości i pewnie nie dałbym rady wejść na taką chyboczącą się kładkę. A teraz nie robi ona na mnie kompletnie żadnego – poza estetycznym – wrażenia…

 

W paru miejscach widzieliśmy brygady robotników uporczywie ryjące w zboczu góry kolejne fragmenty przyszłej drogi. Pierwsze ekipy miały jeszcze jakiś bardziej nowoczesny sprzęt budowlany. Nawet pojawiła się pojedyncza koparka, pneumatyczne młoty. Jednak im dalej tym większy prymitywizm wyposażenia. Młoty, kilowy i łopaty… Czasami dynamit.

 

Po niespełna godzinie weszliśmy do wioski Chyamche gdzie napotkaliśmy pierwszą zorganizowaną grupę turystów z przewodnikiem i tragarzami. Ósemka podekscytowanych Amerykanów na komendą przewodnika ruszyła gęsiego. Zbrojna w trekowe kijki daleko przypominała ogromną stonogę…

Za Chyamche a przed wioską Tal wreszcie trochę poczuliśmy górki. Tutaj dzisiaj zdobywaliśmy wysokość. Potem dolina mocno się zwęziła, chwilami bardziej przypominając wąwóz. Górskie zbocza nabrały stromizny pionowo schodząc do rzeki, ale ścieżka, którą wędrowaliśmy była dość szeroka i całkiem wygodna.

W jednym miejscu kaskady wody spływające na ścieżkę niczym wodospad utworzyły przeszkodę nie do ominięcia. Nie było wyboru. Ubraliśmy kurtki, zdjęliśmy buty, a plecaki zakryliśmy przeciwdeszczowymi ochraniaczami. I truchtem przy krawędzi ścieżki omijając główny nurt wodospadziku przebiegliśmy na jego drugą stronę. Trochę przybyło nam wilgoci…

Do Dharapani doszliśmy po godzinie 16. Tutaj krzyżuje się szlak prowadzący z Gorkha wokół Manaslu. Zatrzymaliśmy się w dużej i kompletnie pustej lodge’y – Hotel Eco Holiday. Jednej z kilku stojących obok siebie na tej wioskowej uliczce. Pod prysznicem była zimna woda, ale pani przyniosła nam po wiaderku ciepłej wody. Odświeżeni rozsiedliśmy się w jadalni z widokiem na drogę. Jedliśmy naszą kolację – pyszny dal bath – kiedy za oknem zobaczyliśmy nadciągającą Amerykanów. Pierwszy szedł przewodnik, który zatrzymał się przed wejściem do naszej lodg’y i ręką wskazał na jej okna. No tak, w całej wiosce są same puste guesthouse’y, jest ich mnóstwo, a oni musieli trafić akurat do naszego… Człowiek to terytorialne zwierzę. Dwie godziny siedzenia w jadalni, a już poczuliśmy się prawie jej właścicielami. Oczywiście najbardziej uradowana była gospodyni. A nam nie pozostało nic innego jak kontynuowanie partyjki Scrabli i ukradkowe podglądanie niespodziewanych gości… Wśród nich rejvwodziły trzy silne, dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Zaś outsiderami było dwóch facetów. Jedne młodszy, drugi w okolicy 45 lat i o sporej tuszy. Ten był hamulcowym całej ekipy. Ze swoim towarzyszem przyszedł jako ostatni i wyglądał na mocno zmęczonego. Grupa wytwarzała ogromny harmider i zamieszanie. Najpierw długo i głośno zamawiali różne potrawy. Dziwili się, że nie ma świeżego soku z pomarańczy… Potem złorzeczyli, że tak długo muszą czekać na jedzenie choć widzieli, że samotna gospodyni uwija się w kuchni jak w ukropie. Na uwagę przewodnika, że byłoby praktyczniej gdyby wszyscy zamówili mniej więcej jednolite potrawy, zareagowali wzruszeniem ramion. Potem było narzekanie na brak ciepłej wody, a na koniec wieczoru jedna z dziewczyn ukręciła energooszczędną żarówkę. W jadalni były dwie takie drogie lampki. Co jakiś czas wraz ze spadkiem napięcia trochę traciły moc i przgasały. Dziewczyna uznała, że to efekty „nie dokręcenia” więc złapała za bańkę i… za moment miała ją  w reku oddzieloną od nasady… Na zakończenie szerzącego się spustoszenia kompletnie zatkali kibel. Mimo wiszącej kartki z wielkim napisem zawierającym prośbę o nie wrzucanie papieru do muszli klozetowej Amerykanie wpakowali tam chyba kilka zużytych jego rolek. Rankiem pomieszczenie zamieniło się w szambo.

21.06.2012 r., Jagat, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 1300 m npm, czas wędrówki: 7h.

W nocy budziło nas bębnienie potężnej i długiej ulewy, ale ranek przywitał nas w miarę dobrą pogodą. W oddali na kilkadziesiąt minut wychylił się potężny, ośnieżony masyw Manaslu. Co jakiś czas wyłaziło zamglone słońce i taka w miarę poprawna pogoda przetrwała do wczesnych godzin popołudniowych. Po południu zaczął mżyć drobny deszcz, który potem przekształcił się w solidną ulewę trwającą ponad godzinę. Do wieczora utrzymywała się przelotna mżawka. Opady nie łagodziły wysokiej temperatury. W drodze ubraliśmy kurtki przeciwdeszczowe, ale było tak ciepło, że szybko zaczęliśmy się w nich potężnie pocić. Chwilami nie wiedziałem czy pod kurtką nie byłem bardziej mokry od własnego potu niż na zewnątrz od deszczu. I działo się tak mimo tego, że kurtki są ostatnimi najlepszymi osiągnięciami w dziedzinie „oddychającej” odzieży. Agnieszka w końcu poddała się i wyciągnęła tradycyjny parasol…

Pierwszych parę kilometrów do wsie Bahundanda podjechaliśmy ciężarówką. Chcieliśmy w miarę szybko wydostać z niższej części treku. Zgodnie z tym co czytaliśmy w monsunie najbardziej dokuczliwe jest pierwszy fragment tego treku, mnie więcej do Manang. Potem ma zadziałać efekt „cienia Annapurny". Ciężkie chmury monsunowe mają zatrzymywać się na południowych stokach rozległego masywu tego ośmiotysięcznika. Po jego północnej stronie powinna być lepsza aura.

Jazda ciężarówką nie była zbyt przyjemne. Kołysała się niczym wielbłąd, nieustannie podskakiwała na wybojach – droga składała się chyba wyłącznie z dziur -   a samochód okropnie rzęził od wysiłku. I jechał niewiele szybciej niż wloką się karawany jucznych zwierząt. Opuszczaliśmy go z wielką ulga. Samochodem następny raz mieliśmy jechać dopiero za trzy tygodnie.

 

Dolina szybko się zwęziła, a od południa spowił ją cień gęstych chmur. Zrobiło się mgliście i nawet całkiem ładnie. Chwilami jak z japońskich grafik… Jednocześnie utrzymywała się wysoka temperatura. Powietrze było bardzo gorące i parne. Ciągle jesteśmy dość nisko, zawieszeni pomiędzy 840 a 1300 metrów nad poziomem morza. W dolinie króluje tropikalna przyroda. Górskie zbocza porasta gęsty las, a niżej, bliżej rzeki ludzie uprawiają ryż na tarasowych poletka.

Na trasie nie spotykaliśmy zbyt wielu ludzi. A jeżeli już to najczęściej byli to tubylców. Trochę robotników drogowych żmudnie ryjących zbocze góry, czasami przeszedł tragarz. Jeden z bardziej malowniczych obwieszony był kilkunastu klatkami z domowym ptactwem. Taki chodzący kurnik. Zwróciłem uwagę na nieobecność długich karawan jucznych zwierząt. Ten nieodłączny, codzienny widok z poprzednich treków. Widać, że prymitywna droga i powolny ruch ciężarówek jednak dość skutecznie rozprawił się z tym archaicznym, ale tak malowniczym elementem nepalskich gór.

 

W drodze podziwialiśmy akrobatyczne zdolności nepalskich kierowców. Droga jest bardzo wąska. Właściwie na szerokość jednego samochodu i w przeważających fragmentach jest zawieszona nad wielometrowym urwiskiem. Co jakiś czas dochodzi do czołowego spotkania pojazdów nadjeżdżających z przeciwnych stron i wtedy zaczyna się balet skomplikowanych manewrów. Niekiedy musieli także zmagać się osuwiskami kamieni blokującymi przejazd. Dobrze to ogląda się z pozycji pieszego, nieco mniej pasażera tkwiącego wewnątrz samochodu.

 

Prawie w ogóle nie napotkaliśmy turystów. Jedynie raz z dystansu dostrzegliśmy jakąś parę z zadziwiająco małymi plecakami. Potem już ich nie widzieliśmy.

Do naszego kolejnego nocnego przystanku – wsi Jagat – doszliśmy po godzinie 16. Zatrzymaliśmy się w sympatycznej lodge’y o dumnej, acz niewiele mającej wspólnego z Himalajami nazwie Mount Blanc. Prowadzili go dobrzy, gościnni ludzie… Lodge’a wybijała się w wśród innych domków malowanym na czerwono tynkiem podzielonym kreską imitującą cegły…

 

11:14, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
20.06.2012 r., Bhulbhule, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 840 m npm.

Zerwaliśmy się z łóżek przed świtem. Zgarnęliśmy nasze bagaże i w recepcji zapłaciliśmy za  trzy noclegi. Zostawiliśmy także na przechowanie małe miejskie plecaki wyładowane zbędnymi rzeczami. Do miejsca skąd miał odjechać nasz bus poszliśmy na piechotę. Trzeba było przejść przez cały Thamel aż w okolice nowego Pałacu Królewskiego (obecnie po upadku monarchii mieści się tam muzeum). W sumie nie jest to daleko, może z 15 minut spokojnego marszu. W drodze złapała nas intensywna ulew. Na szczęście pod ręką mieliśmy niezbędne wyposażenia górskiego i nizinnego trampa wędrującego w monsunie, czyli… parasole.

Nasz pojazd, niezbyt wypełniony pasażerami, wyjechał prawie punktualnie – parę minut po godzinie siódmej. Trochę trwało wyplątywanie się z wąskich uliczek. W końcu po godzinie stolica Nepalu została za nami, a z nią również pochmurna, deszczowa aura. Pojawiło się jakieś zamglone słońce  W drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na długi postój w przydrożnej restauracji, aby wreszcie o 12:30 dojechać do Dumre – niedużej miejscowości może 50 km przed Pokharą skąd odgałęzia się szosa w stronę Besisahar. Miejsca gdzie dawniej tradycyjnie rozpoczynał się trek wokół Annapurny. Po kilku minutach znaleźliśmy busik, który miał nas tam zawieźć. Ten odcinek jazdy zabrał nam ze dwie godziny.

Z Besisahar droga, w pierwszej fazie asfaltowa, a potem juz o naturalnej nawierzchni, wiedzie do Bhulbhule. W poszukiwanie kolejnego środka transportu przeszliśmy ulicą  trochę pod górę może ze 200 metrów i tutaj złapaliśmy kolejny busik. O godzinie 16 byliśmy u celu pierwszego dnia. W Bhulbhule skończyła się w miarę normalna droga i dalej w głąb doliny rzeki Marsyangdi, aż do miejscowości Chamje  (Chymache), prowadzi jeszcze coś w rodzaju traktu przejezdnego dla jeepów i ciężarówek. W dalszej części doliny w różnym stopni zaawansowane kontynuowane były również prace budowlane i pewnie wkrótce będzie można drogą dojechać do Manang. Droga jest bardzo prymitywna podobnie jak metoda, którą powstaje. Ryta prostymi narzędziami w górskim zboczu, bez utwardzania nawierzchni i bez żadnych zabezpieczeń. Nie ma także umocnień więc każdy większy deszcz mocno dewastuje ten owoc nepalskich trudów. Jazda po tym trakcie jest udręką, a tempo jest niewiele większe od pieszego marszu. Przekonaliśmy się o tym na drugie dzień podjeżdżając jeszcze parę kilometrów do wsi Bahudanda.

W Bhulbhule wysiedliśmy niedaleko pierwszego checkpointu na treku. Budka była pusta więc nie mieliśmy szansy zarejestrować naszego wejścia na teren parku Annapurna. Obok checkpointu nad rzeką rozciąga się spory most linowy. Po drugie stronie można znaleźć kilka lodge oferujących tanie noclegi i wyżywienie. Zatrzymaliśmy się w jednej z pierwszych (Arjun Hotel) z zewnątrz wyglądającej całkiem przyzwoicie. W  środku były bardzo skromnie wyposażone pokoje – dwa proste wyrka bez przykrycia. Mieliśmy własne śpiwory więc nie stanowiło to problemu, a jak się w nocy okazało i te były zbędne. Było ciepło, wilgotno i duszno. Proste prysznice i toalety znajdowały się na zewnątrz. Na dachu był solarny zbiornik wody, ale z braku słońca ciepłej wody nie było. Gospodarz zagrzał nam po wiadrze wody i to zupełnie wystarczyło.

Wieczór zakończyliśmy porcjami dal bathu.

19 czerwca 2013 r., Katmandu, Nepal

Dzień w przeważającej części pochmurny, tylko w południe pojawiło się trochę zamglonego słońca. Rano kupiliśmy na jutro bilety na autobus do Dumre – to miejscowość na drodze do Pokhary. Kilka następnych godzin spędziliśmy w Bodnath, buddyjskiej świątyni, której centralną cześć zajmuje jedna z największych na świecie stup. Obok świątynie żyje znacząca grupa uchodźców tybetańskich. W sąsiednich uliczka mają swoje domy i liczne kramy z dewocjonaliami i pamiątkami.

Dominująca wielka biała kopuła stupy, pokryta szafranowymi bryzgami, jest mocna wciśnięta w krąg niewysokich domków.

 

  

Wokół niej krąży niekończący się korowód pielgrzymów i mnichów.

 

Przy schodkach prowadzących na taras kopuły przycupnęła trzyosobowa gromadka starych mnichów i beż żenady skubała pieniądze od wiernych pobratymców i niewiernych turystów, a odmowę niektórych przyjmowała złością i mało braterskimi komentarzami. Pazernych mnichów ominęliśmy łukiem, a ja korzystając z ich chwilowego skupienia się jakimś cudzym portfelu strzeliłem teleobiektywem fotkę:

 

Trafiliśmy akurat na „odświeżanie” stupy. Grupa robotników polewała śnieżnobiałą wielką kopułę stupy kubłami rozcieńczonej żółtej farby…

 

 

Po południu z Bodnath pojechaliśmy do Gokarna. To maleńka miejscowość leżąca na skraju Katmandu. Znajduje się tutaj niezbyt duża, ale bardzo piękna drewniana świątynia Siwy z XVI wieku. Świetny przykład newarskiej sztuki.

Próbowaliśmy też zajrzeć do klasztoru Copan. Jednak jego wnętrza pilnuje zamknięta brama, a wejść można tylko na zaproszenie kogoś rezydującego wewnątrz murów. W Copan organizowane są dla obcokrajowców krótkie kilkudniowe pobyt . Medytacje, udział w modlitwach, transcendentalne przeżyci, czyli coś skrojonego na użytek wiecznie spieszących się turystów. Taki buddyzm w super pigułce, krótkie dotknięcie, a potem można się chwalić całe życie – byłem w klasztorze…

Na Thamel wróciliśmy wieczorem. Resztę wieczoru spędziliśmy prozaicznie - na przepakowaniu plecaków. Ostateczne sortowanie i bezlitosne wywalanie wszelkich zbędnych klamotów, które powędrują do hotelowej przechowalni…

10:49, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
18 czerwca 2012 r., Katmandu, Nepal

Nasz Khangsar GH był zachwalany jako cichy i spokojny. Faktycznie leży w maleńkim zaułku, który zdaje się gwarantować taki komfort. Jednak w nocy solidnie hałasowali - chyba w sąsiedniej knajpie - więc spanie mieliśmy raczej kiepskie. Ranek przywitał nas ulewnym deszczem, ale wkrótce przebiło się słońce. A potem było w kratkę. W południe znowu niebo zaniosło się chmurami, przez może godzinę padał deszcze, a przed wieczorem słońce powróciło. Zaskoczyło nas, że nie jest bardzo gorąco. Spodziewaliśmy się dusznej parnej aury, a choć powietrze było dość wilgotne to temperatura nie była zbyt wysoka. W dzień oscylowała najczęściej w granicach 24-26 stopni, a w nocy ok. 19-22 stopni.

Dzień zaplanowaliśmy na załatwianie spraw związanych z trekiem. Nie zajęło nam to zbyt wiele czasu. Zaczęliśmy od finansów. Kasę przywieźliśmy w amerykańskiej gotówce. Na treku nie spodziewaliśmy się bankomatów więc całą operację należało wykonać na początku. Przelecieliśmy kilka kantorów na Thamelu. Zaglądnęliśmy także do banku. W kantorach przy wymianie mniejszej gotówki raczej targowanie nie przynosi efektów. Przy większej kwocie kurs wymiany podlega negocjacjom. Upatrzyliśmy sobie jeden kantor i uzyskaliśmy cenę o 2 rupie wyższy od wywieszonego na tablicy (z 88 na 90 rupii). Cały nasz zapas dolarów zmienił właściciela.

Potem przyszyła kolej na formalności, czyli TIMS (Trekking Information Management System) oraz ACAP - Annapurna Conservation Area Permit. Pierwszy kosztuje 20 USD (1800 rupii), a drugi 2000 rupii od osoby. Obie pozycje załatwiliśmy w Tourism Service Center obok Ratna Parku (naprzeciw City Hall). Z Thamelu na piechotę spacerowym krokiem zajmuje to ok. 20-30 minut. Załatwianie obu dokumentów, łącznie z wypełnieniem formularzy, zajęło nam ok. pół godziny. Inna rzecz, że byliśmy poza sezonem więc w biurze prócz nas i urzędników nikogo więcej nie było.

Wczesnym południem finansowo-biurowe sprawy mieliśmy za sobą i pozostało cieszyć się wolnym czasem, czyli luźnym szwendaniem się po starym Katmandu. Trochę w poszukiwaniu dawnych wspomnień i smaków… Durban Sq. nie zmienił się. Zabytki może są trochę gorszym stanie niż parę lat temu. Pewnie przez wzmożony ruch pojazdów, które niemiłosiernie brzęczą i smrodzą.

 

Ale urok miejsca pozostał. Zachwyca niezwykła architektura i snycerski kunszt Newarów, ludu zamieszkującego Dolinę Katmandu. Charakterystyczną cechą wyróżniającą dawne budynki są ich okna. Wspaniale rzeźbione framugi i okiennice.

 

 

 

Durbur Sq. jak dawniej pełni różne funkcje. Można się pomodlić w jednej w wielu stojących tutaj świątyń…

Poczytać…

 

Ponudzić się….

 

A późnym popołudniem plac zamienia się w targowisko owoców i warzyw…

 

W Katmandu władzę próbują toczyć walkę ze złymi nawykami, brudem i zanieczyszczeniami….

 

  

[Ale raczej średnio im to wychodzi…..

 

Thamelu największą przykrość sprawiło nam zniknięcie naszej ulubionej knajpki. Jeszcze w samolocie cieszyliśmy się na czekające nas tam obżarstwo. Odkryliśmy ją poprzednim razem – na dziedzińcu domu może 200 metrów od German Bakery i sklepu z nożami kukri. Serwowali w niej świetną lokalną kuchnię, także tybetańską i hinduską. 7 lat temu łaziliśmy tam prawie codziennie na śniadania i obiady. Teraz początkowo wydawało nam się, że nie możemy trafić do właściwej bramy wejściowej. Sytuacja jak ze snu. Pamiętasz, że w tym miejscu było wejście, a napotykasz mur. W końcu znaleźliśmy właściwą bramę. Na dziedzińcu, tam gdzie niegdyś w ogrodowym otoczeniu stały stoliki z parasolami, teraz oczy kłuła wielka dziura w ziemi… Obok cegły, rusztowania… Plac budowy. Powstawał kolejny hotel. Poczuliśmy się jak sieroty. Tego popołudnia i wieczorem nie mogliśmy zdecydować się na żadną knajpkę, a tam gdzie w końcu usiedliśmy w ogóle nam nie smakowało…

Po zmroku z ciekawości zajrzeliśmy do kilku sklepów ze sprzętem – tutaj nic się nie zmieniło. Spory wybór w miarę tanich podróbek i droższych oryginałów. Na koniec odwiedziliśmy księgarnie w poszukiwaniu mapy treku. Wybór może zaspokoić najbardziej kapryśnego klienta. Mapy są bardzo dobre i w sporym wyborze. Oczywiście wyszliśmy z nowy egzemplarzem NEPA MAPS – Annapurna.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7