podróże
RSS
wtorek, 18 czerwca 2013
07.07.2012 r., Kagbeni, Nepal

Ranek po raz pierwszy od kilku dni przywitał nas deszczem. Potem przez moment słońce próbowało przepalić chmury, ale te nim minęło południe odniosły zdecydowane zwycięstwo. Dzisiaj postanowiliśmy zapuścić się w pierwsze kilometry Mustangu. W ostatnich latach nieco złagodzone przepisy pozwalają przejść po moście przez rzekę i dojść do najbliższej wioski Tiri skąd można zajrzeć w głąb doliny. Mustang podobnie jak cały region po północnej stronnie Annapurny geograficznie jest skrawkiem tybetańskiego płaskowyżu. Równie łatwo dostrzec etniczne i kulturowe pokrewieństwem z położonym na północy sąsiadem. Mustang zamieszkuje niewielki lud o nazwie Lo lub Lopa. Od nich także do niedawna alternatywną nazwą krainy było Królestwo Lo. W dawnych czasach mieszkańcy bogacili na pośrednictwie w handlu z Tybetem i długo utrzymywali swoja niezależność lub autonomię. Po zamknięciu granicy przez Chiny popadli w wielką biedę i dopiero turystyka pozwoliła im znacznie poprawić swój byt. Królestwo Lo pod koniec XVIII wieku znalazło się w granicach Nepalu, ale aż do 2008 roku zachowało pewną niezależność kiedy to ostatecznie zniesiono w nim monarchię.

Rzekę przeszliśmy przez most linowy.

 

Zaraz za nim zatrzymaliśmy się by zrobić parę zdjęć, ale przepłoszyła nas niewielka lawina kamieni spadająca ze stromego zbocza. Idąc ścieżką nad prawym brzegiem rzeki dość szybko dotarliśmy do Tiri. Nie zatrzymując się powędrowaliśmy dalej łagodnie sfałdowanym trawersem może ze dwa kilometry w głąb doliny. Po przeciwnej stronie rzeki widzieliśmy niewielka karawanę jucznych zwierząt i grupę turystów podążających w stronę Lo Manthang, stolicy Mustangu. Trek i zwiedzanie dawnego Królestwa Lo wiąże się z niemałymi kosztami. Trzeba mieć obowiązkowo wynajętego przewodnika i wykupiony permit, który kosztuje 500 USD od osoby i jest ważny przez 10 dni. Za każdy dodatkowy dzień pobytu trzeba zapłacić po 50 USD.

 

Wróciliśmy do Tiri. Najpierw zwiedziliśmy gompę położoną nad wioską. Oprowadzał nas po niej miejscowy lama. Nasze złośliwe oczy wypatrzyły w rogu klasztornego dziedzińca na kupce śmieci spory stosik pustych butelek po apple brandy i nepalskim rumie…. Wesołe jest życie mnicha…

Potem wróciliśmy do wsi, trochę się po niej pokręciliśmy, a że jak inne nie była zbyt rozległa już po pół godzinie zajrzeliśmy do jej wszystkich kątów. Dzień we wsi skończyliśmy lunchem w domku z napisem „restaurant”. Nazwa nadana może nieco na wyrost – to był jeden stoliczek w maleńkim patio przy domowej kuchni z widokiem na łóżko - ale gospodarze byli przemili. Na wstępie uraczyli na świeżym… pop cornem. Na zamówioną zupę przyszyło trochę czekać, ale czas wykorzystaliśmy na oglądanie dość przemyślnej konstrukcji tego domu…

Tagi: Kagbeni
16:14, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
06.07.2012 r., Kagbeni, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 2800 m npm, czas wędrówki: 4h.

Pogoda znowu zbuntowała się. Niebo zakleiła gruba warstwa szarych chmur zamykają widok na wysokie góry.

Zdecydowana większość turystów po wkroczeniu do Mukitnath nie może się oprzeć pokusie i rezygnuje z kontynuowania treku wybierając dalszą podróż jeepem do Jomsom i busikami do końca trasy. Przelatują przez piękną doliny Muktinath Khola i Kali Gandaki jak burza w dwa dni. Nie wiem skąd bierze się ten przymus wsiadania do pojazdów. Może z braku czasu, a może przejście przez Thorung La wyczerpuje zasoby entuzjazmu i nasyca już wystarczająco radością bycia w górach… W ten sposób większość, pewnie więcej niż 90%, poprzestaje na zrobieniu może 1/3 trasy Annapurna Circuit. Wielka szkoda bo moim zdaniem najpiękniejsza jej część zaczyna się od Upper Pisang a kończy się w okolicach Kalopani (poniżej Tukuche). Jadąc od Muktinath traci się tak naprawdę połowie tej przepięknej trasy. A zysk w sensie czasu to może 2-3 dni…

Odcinek pomiędzy Jharkot i Kagbeni jest krótki i super łatwy. Idzie się doliną wzdłuż drogi, którą niestety co jakiś czas przemykają jeepy. Można ją przejść w 1,5 - 2 godziny, ale my wlekliśmy się powoli ciesząc się, mimo chmurnej aury, wspaniałymi widokami i w różnych miejscach tracąc sporo czasu z aparatem w ręku licząc zupełnie niesłusznie, że może słońce pojawi się choćby na kilka sekund.

 

W mijanej wsi Khingar trwały przygotowania do kolejnego wesela. A informował o tym plakat szukający natchnienia w… Szekspirze.

 

Po drodze spotkaliśmy pielgrzyma-ascetę wędrującego ze świętego Muktinath. Potem spotkaliśmy go w Kagbeni przed sklepem, gdzie zaopatrywał się w fajki - raczej mało ascetyczną używkę….

 

„Kak” po tybetańsku znaczy „przeszkoda”, a „beni” miejsce gdzie łączą się dwie rzeki. Kagbeni wioska leżącą na styku Kali Gandaki i Muktinath Khola. A dawniej na rozgałęzieniu dwóch ważnych szlaków karawan. Główny wiódł z Nepalu doliną Kali Gandaki do Tybetu. Drugi prowadzący z zachodu z Dolpo przez Mustang łączył się właśnie tutaj z drogą do Tybetu.

Kagbeni przywitało nas zmienione. Kolejny cios w nasze wspomnienia. Niegdyś przede wejściem do wioski mijało się sporych rozmiarów ogrodzoną łąkę, która pełniła rolę „parkingu” dla karawan. Tutaj zatrzymując na postój, po zdjęciu juków, zostawiano yaki. Widok dziesiątków tych zwierząt, tłumu poganiaczy, handlarzy, tobołów robił wielkie wrażenie. Jakby wehikuł czasu cofnął nas w epokę Jedwabnego Szlaku… Teraz w miejsce kudłatych zwierząt wyrosła minidzielnica nowych lodge’y i hoteli. Czasy karawan i handlu zastąpił czas zorganizowanej turystyki. Kagbeni to brama wjazdowa do coraz mniej tajemniczego, ale nadal bardzo atrakcyjnego dla ludzi zachodu Mustangu…

Na szczęście stara cześć Kagbeni jak dotąd uratowała się przed rewolucją pustaków i blachy falistej. I nadal jak przed laty cieszy swoim widokiem …..

 

Zatrzymaliśmy w dość popularnym Red House Lodge. Nie zaskoczyło nas to, że byliśmy jedynymi jego lokatorami. Pewnie dlatego dostaliśmy najlepszy pokój. Lodge jest zaopatrzona w solarny grzejnik wody najnowszej generacji 3G. Nie wiem do końca na czym polega jej technologia, ale w praktyce oznacza to, że nawet w pochmurne dni dostarcza ciepłą wodę. W lodge także bardzo dobrze gotują. Wieczorem zjedliśmy wyśmienity dal bath, a potem uraczyliśmy popularnym w dolinie Kali Gandaki trunkami. Ja zamówiłem apple brandy, a Agnieszka apple cider. Oba napoje okazały się paskudne. Mój umiarkowanie, a Agnieszki w stopniu znacznym…

 

Tagi: Kagbeni
16:12, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
05.07.2012 r., Jharkot, Nepal

Jeżeli w „cieniu Annapurny” ktoś spodziewa się idealnej pogody, takiej jaka jest z końcem października i następnych miesiącach, to trochę rozczarowuje się.  Od rana niebo w większej części pokrywały chmury, a odległe szczyty nie były widoczne. Czasami wyłaniało się słońce. Dzisiaj wymyśliliśmy sobie trasę po pobliskich wioskach lezących po drugiej stronie Muktinath Khola -  Jhong, Chongur i Putak. Wioski leża na uboczu głównego szlaku trekkingowego i turyści tutaj rzadziej zaglądają. W dwóch pierwszych nawet są jakieś lodge. W trzeciej mieszkańcy zdawali się być zaskoczeni naszą wizyta. Do najbliższa z nich idzie się niespełna pół godziny. Jhong jest rozłożona u stóp niewielkiego wzgórza, na szczycie którego zbudowano dość sporą gompę.

 

Na dziedzińcu gompy stróżowało dwóch małych chłopców. Jeden z nich pełnił rolę odźwiernego i za 200 rupii uchylił nam wrota świątyni. Opłatę wpisał do księgi więc pewnie nie zasiliła jego kieszeni.

Mnichów z gompy gdzieś poniosło bo nie spotkaliśmy ani jednego. Jednak znajdujące się tyłu świątyni skromne mieszkania wskazywały i suszące się pranie sugerowało, że była ich nadal całkiem spora gromadka. 

 Po przejściu mostem linowym przez niewielką rzeczkę trafiliśmy do następnej wioski. Pisownia jej nazwy jest zagadką. Pojawia się ona w tylu wersjach, że trudno wskazać prawdziwą. Najbardziej cudaczną znaleźliśmy na betonowym słupku mostu.

 

Chongur w jednej dziedzinie jest dość nietypową wioską. Mieszkańcy zdobią ściany swoich domów trójkolorowym pasami czym wyróżniają się pośród innych osad doliny.

 

Na koniec przyszliśmy do Putak. Wioski nie ciągnącej żadnych zysków z turystki… Mieszkańcy zajmują się rolnictwem i hodowlą. Egzystencję wiodą raczej dość biedną. Wejścia do starych domów często zdobią magiczne ołtarzyki, mające chronić ich mieszkańców, a korzeniami sięgające jeszcze do wierzeń poprzedzających buddyzm. Jeśli ktoś chce zobaczyć jak kiedyś toczyło się życie w himalajskich dolinach warto pofatygować się do tej wsi.

 

16:06, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 czerwca 2013
04.07.2012 r., Jharkot, Nepal

Dzień odpoczynku poświęciliśmy na włóczeniu się po Jharkot i okolicy. Trochę szukaliśmy naszych wspomnień sprzed kilkunastu lat. Parę kroków od hotelu, w którym obecnie się zatrzymaliśmy, znajduje się lodge’a Prakash gdzie niegdyś spaliśmy. Wtedy zapamiętaliśmy go jak bardzo miłe i przyjazne miejsce. Chętnie szukalibyśmy tutaj pokoju, ale podobnie jak wiele innych i ta lodge’a poza sezonem była zamknięta.

Jharkot przez te lata nie wiele się zmieniło zachowując swój bardzo stary wygład domów, wąskich brukowanych kamiennymi płytami uliczek. Bardziej nowoczesny świat oczywiście i tutaj dotarł. Prawie każdy ma telefon komórkowy, a gdzieniegdzie w zaułkach można zobaczyć parkujący motocykl. Nowym i niestety brzydkim akcentem był wybudowany obok gompy budynek„city hall”. Rodzaj wielkiej świetlicy czy małej hali gdzie mieszkańcy mogli grodzić się na spotkania. Taki rodzaj koszarowo-pustakowej architektury.

Wieś jak wszystkie inne nie jest zbyt wielkich rozmiarów więc da się ja obejść i obejrzeć w godzinę.

 

Kiedyś trzeba było do Jharkot maszerować na nogach lub konno przez wiele dni. Pamiętam nasz pierwszy trek. Busem można było wówczas podjechać albo do Nayapul – wtedy właśnie stąd zaczęliśmy 13 lat temu naszą wędrówkę. Albo z Beni o dzień drogi od Tatopani – skąd wracaliśmy do Pokhary i obecnie także planowaliśmy tam zakończyć naszą trasę. Wokół Annapurny nie było ani kilometra drogi przejezdnej dla pojazdów mechanicznych. Towary transportowały zwierzęta juczne albo tragarze. Na całym szlaku wymijało się niezliczone karawany osłów, mułów i przede wszystkim yaków. Często musieliśmy schodzić ze ścieżki aby przepuścić te szerokorogie i dość złośliwe zwierzaki. Nie wyobrażałem sobie tej trasy bez ich widoku. Toteż teraz dla mnie wielkim i niemiłym zaskoczeniem było to, że nie spotkaliśmy ani jednego yaka. Gdzie one się podziały?....  Wówczas idąc do Muktinath w 6 dniu marszu minęliśmy Jomsom i od tej miejscowości prawie zamarł ruch turystów. Spotkaliśmy niemal wyłącznie i to rzadko tubylców i karawany. Mieliśmy wrażenie, że dotarliśmy na kraniec świata. Takie uczucie już nie wróci. Przynajmniej w rejonie Annapurny. Choć tutaj jest nadal pięknie i  bez wątpienia jeszcze długo będzie to jedna z najwspanialszych przygód. to jednak już nie wróci ten przedziwny czar tamtego treku. Takiego totalnego zatapiania się w odległy czas, w przeszłość. Teraz na niemal każdym kroku można zauważyć, że współczesność przesączyła się do każdego zakamarka tego świata.

Teraz wystarczy mieć motocykl lub wsiąść do transportowego jeepa, a z dowolnym miejscem można porozumieć jak wszędzie – przez komórkę…

 

Zajrzeliśmy do gompy. Także tutaj nastąpiły zmiany. Wywiało mnichów choć jakiś pojedynczy człowiek w czerwonej szacie przemknął przez dziedziniec. Rankiem i wieczorem trąbki już nie wzywają na puję.

W gompie dowiedzieliśmy się, że dzisiaj po południu we wsi odbędzie się wesele. Duża gratka. Obszar pomiędzy przełęczą Thorung na wschodzie, a Mustangiem na zachodzie i krainą Thak-sat-sae na południu doliny Kali Gandaki zamieszkuje ludek bez nazwy. Mówi się o nich, że są z Barangaun co w miejscowym języku oznacza dwanaście wsi. Ludzie z Dwunastu Wsi. Ich domostwa leżą po obu stronach rzeczki Muktinath (Muktinath Khola). Mimo braku nazwy mieszkańcy tej niedużej doliny mieli swoje własne zwyczaje i piękne stroje choć na co dzień ubierają się jak wszyscy Nepalczycy.

Uroczystości weselne zaczęły się w domu pana młodego gdzie na poczęstunku zgromadziła się najbliższa, ale całkiem liczna rodzina.

 

Z okolicznych wiosek luźnymi grupami nadciągali weselni goście. Panie poubierały się w tradycyjne stroje: długie najczęściej ciemnej barwy suknie bez rękawów, przepasane w tali  kolorowymi, prążkowanymi taśmami. Do tego rodzaj fartuszków w barwne pasy, czasem rodzaj pelerynek. Na szyjach miały zawieszone sznury z wielkimi turkusami. Turkusowe wisiory często zdobiły także uszy, a niektóre uczestniczki weselnego orszaku miały także głowy ozdobione tymi kamieniami. Panowie byli odziani mniej barwnie. Najczęściej w białe koszule o długich rękawach, bufiaste spodnie, niekiedy na wierz mieli narzucony długi płaszcz. Co zamożniejsi przystroili głowy kapeluszami o szerokich rondach trochę jak z westernów. Jednak zdecydowana większość z nich nie zadbała o jakiś szczególny strój i poprzestała na chińskiej tandecie. To da się zauważyć w różnych częściach świata, że panie chętniej hołdują tradycyjnym strojom, a panowie częściej porzucają je dla zwykłych jeansów lub dresów i polarów lub t-shirtów.

 

Potem weselnicy udali się do położonego na skraju wsi domu panny młodej, a my zasadziliśmy się w pobliżu mani wall’u, który wydał się nam najlepszym miejscem do oglądania dalszego ciągu uroczystości. I rzeczywiście wkrótce nadciągnął barwny orszak. Część wraz z parą nowożeńców podążyła konno, inni pieszo… Panna młoda była dość szczelnie opatulona szalem więc trudno było dostrzec nawet odrobinę twarzy. Pan młody miał na głowie wielki czerwony kapelusz z frędzlami, ubrany był w złoto-brązową tunikę, z pod której wystawały płócienne… trampki. Różne są wizje szyku. A może zwyczajnie był zbyt biedny aby kupić sobie porządne buty… Sprawiał wrażenie lekko przestraszonego i zagubionego.

 

Przed city hollem czekał komitet powitalny…

 

…a w środku impreza. Niespecjalnie zaproszeni wleźliśmy do środka w nadziei na zrobienie paru fotek. Szybko też dostaliśmy poczęstunek. Na jednorazowych tackach ze srebrnej folii spoczywała porcja pokrojonego w drobne kawałki ciemnego, prawie czarnego pieczonego mięsa, ryż i jakieś warzywa. Mięso – chyba z yaka - okazało się twarde jak rzemień. Na początku trochę daliśmy małą plamę. W sali były rozłożone maty poprzedzielane niebyt dużymi drewnianym belkami. Przysiedliśmy na jednej z nich. Ale zaraz jeden z mistrzów ceremonii delikatnie poprosił nas byśmy raczej usiedli ma matach, a nie na… stole. Bo belki pełniły taką właśnie rolę… Nieładnie jest w gościnie posadzić tyłek na stole…

 

Państwo młodzi zasiedli w głębi sali. Głównym elementem uroczystości był niekończący się, wielogodzinny korowód gości składających życzenia i jednakowe dary – misy z ryżem wyścielone banknotami.

 

Po złożeniu życzeń na szyi obu nowożeńców zawieszano białe, utkane z cienkiego materiału szale. Wkrótce uginali się pod ich ciężarem.

 

A kiedy ostatni gość uczynił należny hołd i ostatni miska powędrował do wspólnego skarbczyka rozpoczęła się prawdziwa impreza i hulanka. Czyli dyskoteka. Taka jak wszędzie na świecie na wsi. Trochę przaśnego rocka, trochę lokalnej odmiany disco polo, a wszystko z domieszką Bollywood…

Noc poślubną nowożeńcy spędzili po sąsiedzku w naszym hoteliku…

piątek, 14 czerwca 2013
03.07.2012 r., Jharkot, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 3550 m npm, czas wędrówki: 8h 40 min.

Wczoraj poszliśmy spać dość wcześnie, może ok. 8. W pokoju było niewiele ponad zero stopni, ale było po kilka koców więc mieliśmy czym uzupełnić nasze lekkie śpiwory. Jednak byliśmy dość mocno wyziębieni po długich godzinach spędzonych w jadalni więc dodatkowo ubraliśmy się "na cebulkę". Z początku spało się nam całkiem dobrze, ale okazało się, że nasz niewielki pokoik jest nadzwyczaj szczelny. Najpierw zrobiło się dość ciepło więc co jakiś czas budziliśmy się i zdejmowaliśmy kolejne warstwy ubrań. A ok. północy zrobiło się bardzo duszno. Agnieszka wstała i otwarła drzwi. Po intensywnym wietrzeniu znowu mogliśmy spać. Dopiero przed czwartą rano obudziły nas głosy Izraelczyków, którzy postanowili wymaszerować jeszcze przed świtem. Nie spieszyliśmy wygrzewając się ciepłych pieleszach. Pozostali grzebali się jeszcze bardziej. Kiedy jedliśmy śniadanie Czesi dopiero zaczynali gotować ryż na swoim kocherze. Mimo to po może godzinie już nas przegonili.

Z lodge'y wyszliśmy przed szóstą. Pogoda była nienajlepsza, mgła, chmury... Na szczęście deszcz tym razem nam odpuścił. Czasami na moment pojawiały się prześwity błękitnego nieba. Wysokość dawało o sobie znać. Przy 5000 m powietrze jest już znacznie rozrzedzone i zawiera tylko 1/3 tej ilości tlenu, która jest dostępna nad brzegiem morza. Dobra aklimatyzacja - a to akurat przez ostatnie dni skutecznie sobie zaaplikowaliśmy - łagodzi skutki wysokości i w znacznym stopniu chroni przed chorobą wysokogórską. Na poprzednich trekach w Khumbu i w Ladakhu doświadczyliśmy jej łagodnej postaci więc wiedzieliśmy, że może nieźle sponiewierać. Teraz wspinaliśmy się wolnym krokiem. Mimo to co kilkadziesiąt kroków traciliśmy oddech, a serce zaczynało bić w przyspieszonym tempie i musieliśmy na chwilę zatrzymywać się.

 

Po ok. 2,5 godzinie doszliśmy do przełęczy Thorung (5416 m). Na przełęczy stoi kamienny teahouse, ale poza sezonem jest na głucho zamknięty. W jej najwyższym punkcie wznosi się niewielki kopczyk kamieni z tablicą obwieszoną modlitewnymi flagami. Z łagodnego łuku przełęczy można się ciszyć wspaniałymi widokami jednak mgłą zredukowała nasz świat do kilkuset metrów?

 

Posiedzieliśmy na Thorung La chyba z godzinę. Trochę by nacieszyć się najwyższym punktem naszej trasy, a trochę w nadziei, że poprawi się pogoda. Ale niebo dzisiaj nie miało nad nami litości. Ruszyliśmy w dół. Przed nami było prawie 5 godzin drogi i ponad 1800 m różnicy w poziomach. Tak długie złażenie jest mocno męczące. Pod koniec czuliśmy ból w kolanach. Przyjemniejszym momentem było to, że wkrótce sukcesywnie się zaczęliśmy rozbierać. Szybko traciliśmy wysokość i robiło się coraz cieplej.

 

 Utrzymywała się gęsta mgła i czasami pojawiający się ludzie wygładali dość nierealnie.

Po drodze minęliśmy Izraelczyków. Niemłoda pani wyraźnie straciła siły i każdy kolejny krok przysparzał jej wiele kłopotów... Niedaleko Muktinath nadal niewidocznego we mgle pojawił się dziwny zygzak drogi w bardzo podstawowym etapie budowy. Właściwie ledwie zarys niż prawdziwie istniejący trakt. Ale zapewne za kilka lat sforsuje Thorung La, połączy obie doliny i nieodwołalnie zakończy epokę treków. Przynajmniej w dotychczasowym kształcie. Tak już w znacznym stopniu stało się w Kali Gandaki na odcinku od Tatopani to Jomsom. Kto w przyszłości będzie chciał włazić z plecakiem na przełęcz kiedy obok smrodzić będą z rur wydechowych jeepy i autobusy?...

 

Niespełna godzinę drogi przed Muktinath zatrzymaliśmy się w teahouse na mały posiłek - zupa, herbata... Zasłona mgły rozdarła się i pokazał się nam pyszny widok na dolinę.

 

Już przy końcu zejścia kolejna zmiana nastrojów. Zobaczyliśmy Muktinath, a raczej leżącą obok świątyni Muktinath wieś Ranipauwa, w którym planowaliśmy się zatrzymać. Być może nawet na dwa dni. Miejscowość, w której 12 lat wcześniej zakończyliśmy nasz poprzedni trek idąc doliną Kali Gandaki. Miejsce to zapamiętaliśmy jako kameralne skupisko małych lodge'y. To była właściwie jedna trochę westernowa uliczka. Teraz Muktinath-Ranipauwa zamieniło się w przedziwne, chaotyczne i niezwykle paskudne "miasteczko" z nawet kilkupiętrowymi brzydkimi hotelami (głównie dla pielgrzymów).

 

Mimo zmęczenia zdecydowaliśmy się pójść dalej do położonej o ok. pół godziny marszu wsi Jharkot. W niej także kiedyś nocowaliśmy i wynieśliśmy jak najlepsze wspomnienia. Tym razem nie rozczarowaliśmy się.

 

Zatrzymaliśmy w lodge'y o dumnej nazwie Hotel Plaza. Całkiem zresztą przyzwoitej. Czekała nas kąpiel pod prysznicem zasilanym ciepłą wodą z prawdziwego gazowego piecyka i duża porcja spaghetti. Zazwyczaj na treku jedliśmy lokalna kuchnie, ale czasami ogarniała na przemożna ochota na zjedzenie czegoś "naszego".

 

02.07.2012 r., Thorung High Camp, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 4850 m npm, czas wędrówki: 5h 25 min.

Ranek przywitał nas ponurą, wilgotną szarzyzną. Wszystko było spowite gęstą mgłą, zimnem i siąpiącą mżawką. Wyszliśmy trochę później w nadziei, że poprawi się pogoda, ale tym razem zawiedliśmy się.

 

Po niespełna trzech godzinach niezbyt wymagającej drogi dotarliśmy do Thorung Phedi (4440 m). Tworzy je skupisko kilku lodge’y i domów leżących u podstawy ostro wspinającego się górskiego zbocza.

 

W lodowatej jadalni jednej z lodge’y zjedliśmy jakiś skromny posiłek i trochę odpoczęliśmy. Zimno jednak wkrótce wygnało nas w dalszą drogę. W sezonie w jadalni pali się w piecu i jest całkiem przyjemnie, ale teraz kiedy turystów zagląda niewielu, właścicielowi nie opłaca się tracić cennego opału. Podejście do high campu nie jest zbyt długie, ale za to dość strome. Również wysokość już wyraźnie spowalnia ruchy. Cel osiągnęliśmy niespiesznym krokiem po ok. 1,5 godzinie. Można było przejść ten odcinek szybciej, ale jakoś nie spieszyło się nam do kolejnej zimnej jadalni.

Lodge’a High Camp Thorung La to niewielki budynek jadalni z przylegającym zapleczem,- stojący po sąsiedzku długi baraczek z pokojami, których drzwi wychodzą na zewnątrz. Mniej więcej po środku pomiędzy obu budynkami stoją pomieszczenia toalety. Warunki bardzo proste. Zgodnie z przewidywaniami w lodge,y było paskudnie zimno. W jadalni zaskoczył nas prawie „tłum” turystów. Oprócz wcześniej poznanych Czechów, była czwórka młodych facetów z Europy Zachodniej, którzy wczoraj z powodu fatalnych warunków pogodowych nie zdecydowali się na przejście przełęczy. Wkrótce dobiła również czwórka Izraelczyków. Dotąd takiego zgromadzenia jeszcze nie widzieliśmy. Cały tuzin!...

Izraelczyk próbował negocjować z właścicielem by ten zapalił w „kozie” stojącej po środku sali, ale  nic nie wskórał. Zaczynam tęsknić za tropikami. Pocieszam się, że jutro w Muktinath będzie znacznie cieplej.


01.07.2012 r., Yak Kharka, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 4150 m npm, czas wędrówki: 6h 10 min.

Przez ostatnich kilka dni już przyzwyczailiśmy do ładnej pogody. A tu niespodzianka. Przez cały dzień królowały chmury z nielicznymii chwilami prześwitującego słońca. A pod wieczór pojawił się drobny deszcz.

Zerwaliśmy się z łóżek dość wcześnie i Khangsar opuściliśmy koło 7. Postanowiliśmy pójść na skróty przez piętrzące się nad wsią wzniesienie. Dłuższa i łatwiejsza droga wymagała zejścia do miejsca w pobliżu Manganu, a to wydłużało trasę o ok. godzinę… Wspięliśmy się na podzielone murkami niewielkie łąki i… trochę się pogubiliśmy. Gdzieś w chaszczach przepadła nasza ścieżka. Jak na złość mimo niewielkiej odległości od Khangsar w pobliżu nie było żywej duszy. To przydarzyło się nam pierwszy raz na tym treku. Zeszło nam dobrych kilkadziesiąt minut nim wyplątaliśmy się z labiryntu kamienny murków i zielska. W końcu trafiliśmy na właściwą ścieżkę. A przynajmniej wyraźnie i świeże ślady butów wskazywały, że niedawno ktoś tędy wędrował w tym samy co my kierunku. Idą tym tropem osiągnęliśmy wierzchołek wzniesienia skąd rozpościerał się piękny widok na krzyżujące się doliny.

 

Chwilę zastanawialiśmy się na wyborem dalszej trasy. Mogliśmy kontynuować wędrówkę lewym trawersem doliny, który wydawał się dość łatwy. Wadą tego rozwiązania był mały drewniany mostek, przez który zgodnie z mapą powinniśmy w pewnym momencie przekroczyć rzekę. Jednak za diabła nie mogliśmy go dostrzec z naszego szczytu. Albo woda go zniosła albo był zbyt mały by być widoczny z tak dużej odległości. Drugi wariant oznaczał ostre zejście w dół do widocznego niedaleko mostu linowego, a potem konieczność wspinania się w górę. Wpadliśmy na chytre rozwiązanie. Agnieszka zrobiła fotkę teleobiektywem w głąb doliny w kierunku gdzie winien być drewniany mostek. A potem na ekraniku aparatu zrobiliśmy duże powiększenie. I zobaczyliśmy nasz mostek!...

Dalsza wędrówka potwierdziła, że dokonaliśmy dobrego wyboru. Ścieżka była niespecjalnie wymagająca. Za drewnianym mostkiem rozciągały się rozległe łaki, na których trawę wyżerało setki kudłatych baranów.

Wkrótce potem osiągnęliśmy Yak Kharkę – skupisko kilku lodge’y. Zatrzymaliśmy się na nocleg (Gangapurna Hotel), której właścicielka jakoś nie była zachwycona naszym widokiem. Tak jakbyśmy ją oderwali od dużo ważniejszych prac. Na szczęście w kuchni znalazło się kilka wiader gorącej wody do umycia się. A lodge’a w sumie nie była zła. Znowu zapowiadało się, że będziemy sami. Gdzieś tam mignęli nam Czesi, ale pognali dalej… Jednak siedząc we dwójkę wielkiej jadalni zobaczyliśmy niespodziewanych gości. Cała czwórka turystów, Izraelczyków. Dwójka w dość zacnym wieku pomiędzy 50 a 60 lat. On wyłączony, szybko zatopił się w swojej książce. Ona zaś była jego przeciwieństwem, rozmowna i chętna do nawiązywania kontaktów. Towarzyszyła im dwójka młodszych jedno pokolenie ludzi – syn lub córka z partnerem – bardzo sobą zajętych. Przez następne dwa dni mijaliśmy się ze sobą i trochę gadali.

15:23, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
30.06.2012 r., Khangsar, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 3730 m npm, czas wędrówki: 3h 50 min.

Zejście w dół jak zwykle zajmuje zdecydowanie więcej czasu. Wydawało się nam, że szliśmy dość prędko, ale prawdziwą szybkość pokazali Czesi, którzy przelecieli koło nas jak meteory. Dziewczyny nie było widać zza jej bagażu. Z dala wyglądał jak plecak w spódnicy.

W drodze spotkaliśmy tylko jednego tubylca. Szedł wolno w przeciwnym kierunku w pustkowie dźwigając na barkach ogromne belki.

 

Do Khangsar dotarliśmy w samo południe. Wioska w przeważającej części zachowała swój odporny na pustkowo-blaszane nowinki wygląd choć może nie miała w sobie takiego uroku jaka Braga.

Nasza lodge’a robiła sympatyczne wrażenie. Na nasze dobre humory na pewno wpłynął pierwszy od trzech dni ciepły prysznic.

 

29.06.2012 r., Tilicho Base Camp, Nepal

Rano poczułem się znacznie lepiej niż poprzedniego dnia. Agnieszka wykazywała zdecydowanie dobra formę. Po wczesnym śniadaniu z jednym lekko wypakowanym plecakiem wyruszyliśmy zobaczyć jezioro Tilicho. Mieliśmy do wejścia w górę prawie tysiąc metrów. Z minimalnym obciążeniem szło się nam bardzo dobrze. Nie musieliśmy się spieszyć. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na dłuższe chwile by gapić się na bajeczne widoki i chłonąc niezwykłą ciszę. Aż do jeziora nikogo nie spotkaliśmy. Zupełne pustkowie.

 

 

Po czterech godzinach wolnej i niezbyt męczącej wspinaczki zobaczyliśmy błękitne lustro jeziora, do którego schodziły miejscami pokryte językami lodowców zbocza gór. Słońce operowało mocno i parę razy rozlegał się potężnych huk spadającej lawiny. Przekroczyliśmy minimalnie 5000 m wysokości (tafla jeziora leży na wysokości 4950 m). Aklimatyzacja poprzednich dni dała dobre rezultaty. Nie odczuwaliśmy skutków wysokości poza oczywistą zadyszką i szybkim męczeniem się.

 

W pobliżu jeziora wznosiła się niewielka kamienna chata, a przed nią wokół małego żółtego namiociku zasiadało przedziwne towarzystwo.

Trójka Rosjan, ich przewodnik i dwóch czy trzech tragarz, jakiś tubylec gotujący herbatę i wreszcie para młodych Czechów. Rosjanie byli dość nietypowo ubrani. Jeden miał skórzana kurtkę jak motocyklista. Inni także swoim ubiorem sugerowali jakby zupełną przypadkowość sytuacji, w której się znaleźli. Jeden z nich coś gwałtownie gadał do wielkiego telefonu satelitarnego. Z drugim próbowaliśmy porozmawiać zaciekawieni ich nietypowym wyglądem. Dowiedzieliśmy się tylko, że bardzo spieszą się do Jomsom bo tam mają samolot, ale nie mogą się zdecydować czy iść surowym szlakiem przez masyw Annapurny, czy też wrócić i przejść łatwiejszą, ale znacznie dłuższą trasą przez Thorung La. Równie dziwna była para Czechów. Ona w długiej spódnicy i absurdalnym kapeluszu, żywiołowa, przepełniona energią. On wycofany, z wyraźnie mistyczo-medytacyjnym odchyleniem. Oboje byli obciążeni monstrualnymi plecakami. Jak później dowiedzieliśmy się wędrowali po Azji już ponad pół roku. Nepal był ich ostatnim przystankiem. Już prawie nie mieli kasy. Jeszcze w Indiach kupili pokaźne zapasy jedzenia, głównie ryżu – stąd rozmiary ich plecaków – mieli namiot i starali się przeżyć bez wydawania pieniędzy. Teraz przeszli do Tilicho z Jomsom, a więc odwrotnie niż zamyślali to zrobić Rosjanie. I zrobili to na poły nieświadomie. Nie mieli mapy, przewodnika, a z Jomsom ruszylii ścieżką wskazana przez jakiego przypadkowego tubylca. Potem nocowali gdzieś w swoim namiocie, a teraz dotarli do jeziora Tilicho. Do kamiennej chatki przeszli jego południowym brzegiem na co przewodnik Rosjan powiedział, że są stuknięci bo tamtędy nikt nie chodzi. Lawiny, lodowce i inne straszne przeszkody. Oni nie wiedzieli albo tego nie zauważyli. Potem jeszcze ich spotykaliśmy bo zdecydowali się przejść przez przełęcz Thorung i wrócić do Jamsom. Zasuwali ze swoimi gigantycznymi plecakami jak małe samochodziki. Wieczorem rozbijali namiocik, a w kocherze gotowali ryż i chińskie zupki…

Rosjanie nie mogli podjąć żadnej decyzji, bez przerwy konferowali z kimś przez telefon satelitarny i w końcu zostali nad jeziorem na kolejną noc. Już w drodze powrotnej dogonił nas ich przewodnik i dał na kartę z prośbą by przekazać ją chłopakom z lodge’y. Więc kiedy późnym już popołudniem dotarliśmy do base campu niezwłocznie spełniliśmy naszą misję posłańców. Kartka wlała niespodziewaną energię w ekipę obsługi. Zaczęli gorączkowo pakować toboły z żywnością, w których poczesne miejsce zajmował spory zapas piwa. Wkrótce koń objuczony zapasami prowadzony przez najmłodszego z chłopców już o zmierzchu wyruszył do obozu Rosjan.

10:17, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
28.06.2012 r., Tilicho Base Camp, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 4150 m npm, czas wędrówki: 7h 30 min.

Dzień okazał się – przynajmniej dla mnie – trudniejszy niż spodziewałem się. Plan był prosty i zakładał łagodny przemarsz. Mieliśmy skręcić przy rozwidleniu dolin obok wsi Khangsar na zachód, minąć wieś i po jakiś 4 godzina osiągnąć skupisko kilku lodge w Shre Kharka. Miała nas czekać spokojna wędrówka trawersem bez zdobywania wysokości. Czas na oglądanie pięknych widoków – za plecami ostro wypiętrzającego się masyw Manaslu, a przed nami spowitą śniegiem Wielką Barierę, która tworzy barykadę nie do przekroczenia dla zdobywców Annapurny I (8091 m). Wiosną 1950 roku znany francuski alpinista Maurice Herzog wraz ze swoją ekipą przez dwa miesiące beznadziejnie szukał dostępu do Annapurny. W poszukiwaniach drogi opierał się na niezbyt dokładnych indyjskich wojskowych mapach. W maju ich zapasy jedzenie były już u kresu. Próby zakupu w Manang czegokolwiek nadającego się do jedzenia zakończyło się porażką. Miejscowi byli tak biedni, że nic nie mogli odstąpić. Ale Herzog dowiedział się, że po drugie strony masywu od doliny rzeki Gandaki można się dostać aż do podnóża głównego szczytu Annapurny. Tak uczynił i w czerwcu jak pierwszy człowiek na Ziemi zdobył ośmiotysięcznik. Jednak musiał zapłacić Annapurnie bolesny haracz. W drodze powrotnej zgubił rękawice i stracił odmrożone palce rąk.

Nie mieliśmy zamiaru kontynuować marszu aż do base campu. Kawałek za Shre Kharka, może na godzinę przed base campem ciągnie się obszar rozległych osuwisk. Zbocze staje się luźne, pokryte warstwą pyłu i drobnego żwiru. Przy przekraczaniu osuwisk zaleca się dużą ostrożność bo z góry często spadają kamienie. W przewodniku autor napisał, że zagrożenie potęguje się wraz z upływem dnia i doradzał by tędy przejść raczej wczesnym rankiem. W Manangu też nas trochę podkręcili opowiadając, że miesiąc wcześniej właśnie w tym miejscu zginął turysta rażony spadającym kamieniem.

Ranek na krótko był spowity chmurami, które szybko roztopiły się w słońcu. Jednak powietrze nie było tak przejrzyste jak wczoraj.  Szczyty były otoczone prawie niewidoczną mgiełką, która rozmydlała ich kontury.

Niezbyt daleko od Manang przekroczyliśmy rzekę po moście linowym i weszliśmy w dolinę prowadzącą do jeziora Tilicho.

 

Dzisiaj jakoś nie czułem się najlepiej. Trochę przeziębiłem, kichałem, a nos i zatoki miałem przytkane. Oddychanie przez usta utrudniało mi marsz. Jednak nie planowaliśmy dalekiej trasy więc wyruszyliśmy w dobrych nastrojach. Shre Kharka osiągtneliśmy zgodnie z planem wczesnym popołudniem. Jakie było nasze zaskoczenie kiedy zobaczyliśmy, że wszystkie lodge są na głucho zamknięte. W jednej znaleźliśmy kurek z wodą na zewnątrz. W innej w końcu drzwi otworzyła nam dwójka miejscowych. Jednak stanowczo odmówili udzielenia nam gościny. Zapewne dlatego, że sami wkrótce mieli wrócić w dół doliny. Ledwo uprosiliśmy ich o herbatę i sprzedanie kilku paczek herbatników.

Nie mając specjalnie innego wyjścia ruszyliśmy w stronę base campu. Po mniej więcej półtorej godzinie od Shre Kharka doszliśmy do osuwisk. Tablica zatknięta na skraju ścieżki ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Na wszelki wypadek ruszyliśmy w solidnych odstępach uważnie przypatrując się górnej części stoku. Przeprawa zajęła nam około godziny i na szczęście nie przyniosła żadnych niespodzianek. Poza jedną mała i trochę niesamowita przygodą. Agnieszka czekała na mnie już przy końcu osuwisk kiedy z niewidocznego z mojego miejsca po środku zbocza zakrętu ścieżki od strony base campu pojawił się spanikowany koń. Śnieżnobiały, niczym zjawa galopował wprost na mnie. Z pewnym trudem po grząskim żwirze wspiąłem się parę metrów wyżej ustępując miejsca tej dziwnej szarży… Wszystko odbyło się tak nagle, że nikt z nas nawet nie zdążył wyciągnąć aparatu…

 

Potem był jeszcze kawałek trasy po falującej ścieżce i w końcu otworzyła się przed nami niewielka kotlina  pogrążona w głębokim cieniu. Nieco przytulna do górskiego zbocza tkwiła tam pojedyncza lodge’a. Przez prawie całą drogę począwszy od wsi Khangsar, poza jednym samotnym jeźdźcem, którego wierzchowiec później wykonał na nas szarżę, nikogo więcej nie spotkaliśmy. Nie mieliśmy wiec kogo zapytać czy lodge w base campie jest czynna. Zbliżaliśmy się do budynku, a zupełny brak ruchu trochę nas niepokoił.

 

Na szczęście w środku tkwiła ekipa kilku młodych ludzi. Dostaliśmy bardzo prosty pokój z wielkim szparami w kamiennych ścianach , przez które wiało zimne powietrze. Na dole budynku były kibelek, a umyć można było się pod chmurką w strumieniu lub korzystając z niewielkiej gumowej rury z kurkiem, która wodę zresztą też czerpała ze strumienia… W środku lodge’y była prymitywna kuchni i surowa jadalnia. Specjalnie nie byliśmy tym zaskoczeni bo parę lat temu na treku w rejonie Everestu mieliśmy podobne warunki i to w znacznie surowszym klimacie.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7