podróże
RSS
środa, 04 sierpnia 2010
27 lipca 2010, Manado, Sulawesi

Ampana to malenka prowincjonalna dziura, do ktorej trafilismy tylko z racji kursujacego stad na Togean promu. Zatrzymalismy sie w calkiem przyzwoitym hotelu OASIS. Jednak wieczorem nasze doznania muzyczne zostaly wzbogacone o dlugi spektakl karaoke z oddalonej o 15 metrow od okien naszego pokoju knajpy. Przez dlugich kilka godzin kolejni ochotnicy wyli i jeczeli do wtoru podobnie brzmiacych melodii. Bylismy na tyle zmeczeni przejazdami z ostatnich dni, ze te niepokojace dzwieki nie zrobily na nas specjalnego wrazenia. Bardziej egzotyczne bylo poszukiwanie piwa. Kilku lokalsow wskazywalo nam jakas mityczna knajpe, ale nie potrafilismy jej odnalezc wiec w pewnej desperacji wkroczylismy do przypadkowego sklepu. Tam zapytalismy starsza Chinke, sprzedawczynie i pewnie wlascicielke w jednej osobie, czy moze nie handluje tym trunkiem? Odpowiedz zabrzmiala jakos tak znajomo - nie, ale moze da sie cos zrobic... Za ile da sie cos zrobic?... Za 30 tysiecy rupii (ok. 3,5 USD). Troche droga, ale karaoke trzeba bylo czym przeplukac. Skosnooka sprzedawczyni wygrzebala pod jakimis szmatami schowek z kilkoma, niestety mocno cieplymi, butelkami Bintanga.

Przeprawa na Togean nie byla zbyt dluga, trwala moze ze 4 godziny. Prom to byla drewniana krypa. Taka troche chalpnicza konstrukacja, ale zawiozla nas do celu. W Wakai znalezlismy lodke na Pulau Kadidiri. Na wyspie sa obok siebie usytuowane na dosc skormnej plazy trzy resorty. Pierwszy i najtanszy to Lestari. Tutaj w optymistycznym planie mielismy znalezc sobie mila chatke nad brzegiem morza. Bungalowow bylo cztery, do tego jeszcze trzy dwojki we wspolnym baraczku i zero wolnych miejsc. A wlasciwie to nawet nie zero, a minus 5. Bo tyle osob spalo na werandzie i w jakims pomieszczeniu gospodarczym w oczekiwaniu, ze zwolni sie jakis bungalow lub pokoj. Porazka. Poszlismy do sasiedniego Black Merlina, ale i tam nie bylo duzo lepiej. Trzeci resort - Kadidiri Paradise - mial wolne miejsca w wypasnych bungalowach za rownie wypasne ceny. Nie na nasza kieszen. Wrocilismy do Lestari i tam dostalismy "szanse". Moglismy nocowac w obskurnym pomieszczeniu zajmowanym przez obsluge, a za dwa dni mialo sie cos zwolnic...

I byc moze doczekalibysmy sie jakiegos bungalow, ale... Wieczorem w jadalni na werandzie pare metrow od naszego "pokoju" zgromadzili sie ludzie z naszego resortu i goscinnie z sasiednich... Rozpoczela sie mega impreza. Jej filarem byl czarnorynkowy arak - slaby bimber pedzony z jakis palm albo ryzu. Jego jedyna zaleta byla wyjatkowo niska cena, adekwatna do smaku. Organoleptycznie rozpoznawalny cocktail o skladzie: plyn o lekkim posmaku sliwowicy zmieszany ze zmywaczem do paznokci...

Na drugi dzien wieczorem powtorka. Tyle, ze z podwojna dawka araku. Trzeciego dnia nie czekajac na wolny bungalow i dalszy burzliwy rozwoj imprezowego zycia zwinelismy sie w poszukiwaniu miejsca, ktore bardziej odpowiadaloby naszym zmitologizowanym wyobrazeniom o tropikalnym raju (a w kazdym razie czegos co przypominaloby mile miejsca widziane przez nas w poprzednich latach). I znalezlismy takie miejsce... Na sasiedniej wyspie Malenge.

Zaczelo sie nienajlepiej. Po dwu godzinnym rejsie lodzia motorowa dotarlismy do wsi Malenge. Przywitala nas troche obskurna przystan z rownie malo ciekawym hotelem. Ale potem bylu juz optymistycznie. Ktos powiedzial, ze po drugiej stronie wyspy jest malenki resort (3 bungalowy i czwarty w budowie). Poplynelismy tam. Byla nieduza zatoczka, piekna plaza, strzeliste palmy, przybrzezna piekna rafa. Miejsce odludne, ciche i... jak z pocztowki. I najwazniejsze - jeden wolny bungalow. W sasiednich dwoch zatrzymala sie mloda para Holendrow i Amerykanka. Do tego starsza Indonezyjka w niewielkiej chacie-kuchni, ktora zajela sie gotowaniem, mlody wlasciel resortu i jego pomocnik. To byla cala nasza plazowa "spolecznosc" na kolejne cztery super dni...

 

 

 

 

 

 

13:11, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »