podróże
RSS
piątek, 22 lipca 2011
18-22.07.2011, Sri Lanka, Uppuveli

No i udalo mi sie nadgonic moj blog. Znowu pisze w czasie rzeczywistym (prawie…). Co z tego, ze to chyba juz ostatni wpis z tego wyjazdu. 

Po przyjedzie do Trincomalee wsiedlismy do busa w poszukiwaniu nowego lokum. Zalozenia brzegowe byly proste. Nasze spanie mialo byc oczywiscie tanie, oczywscie z widokiem na morze, najlepiej tuz przy plazy, a juz super gdyby to byl osobny bungalow. Do tego pare drobiazgow – dobre zarcie, czystosc, wlasna lazienka.

W poszukiwaniu tego idealu najpierw pojechalismy na oddalona o 17 km od Trincomalee plaze Nilaveli. Znalezlismy hotel plus calkiem pokazne bungalows w palmowym gaju w cenie 170 USD za dobe. Ledwie dziesieciokrotnie przekraczajace nasze oczekiwania. W tej sytuacji ta plaza zdecydowanie nam sie nie spodobalo. Od razu zobaczylismy mnostwo jej minusow…

Wrocilismy na blizsza miastu (ledwie 6 km) plaze Uppuveli. Rownie rozlegla jak poprzednia, ale obdarzona mnostwem zalet… W naszym nowym guesthouse’ie o milej nazwie Coconut Beach Lodge jest prawie tak jak sobie wymarzylismy. Mamy fajny pokoj z lazienka i nawet lodowke (do ktorej zdazylismy juz wstawic kilka piw), widok z werandy na plaze. I bardzo, bardzo dobre jedzenie…

Spedzilismy w Uppuveli kilka naprawde leniwych dni snujac sie po plazy, obserwujac rybakow przy pracy, taplajac sie w wodzie. Ku naszemy zaskoczeniu spotkalismy tutaj juz po raz trzeci na naszej trasie Anie i Witka z Gliwic. Poznalismy sie w Ella, a potem w nieplanowany sposob nasze drogi przeciely sie jeszcze dwukrotnie. Tak wiec towarzystwa nam nie brakuje…

A jutro o swiecie rozpoczynamy powrot. O 7 rano mamy pociag do Colombo, w ktorym powinnismy byc ok. 16 godziny. Potem czeka nas kilkugodzinna przerwa i nocny start do Kijowa z przesiadka w Sharjah. W stolicy Ukrainy powinnismy byc popludniu w niedziele by nastepnego dnia ladowac w Krakowie…

Plaza w Uppuveli

 Wspomnienie po tsunami z 2004 roku. W okolicy pozostalo wiele sladow tamtej katastrofy..

Rybacy przy polowie. Praktykuja sposb, ktory widzielismy po raz pierwszy. Lodz zarzuca w odleglosci kilkuset metrow od brzegu wielka siec. A potem niezwyklej dlugosci linami oba krance sieci sciagane sa przez rybakow na plaze. W koncu po dwoch, trzech godzinach pracy siec wylania sie wody. Pracuje przy tym ok. 20 osob, a efekt ich zbiorowego wysilku jest doprawdy mizerny. Trzy nieduze i niepelne koszyki rybnej drobnicy.

 

 

 

 

11:42, jacekstefanski
Link Komentarze (4) »
16-17.07.2011, Sri Lanka, Mirissa

Ostatni tydzien planowalismy poswiecic na zwiedzanie poludniowo-wschodniego wybrzeza, czyli plaza, lenistwo, moze troche snorkelingu, a jesli sie uda – podgladanie zolwi. Pierwszym przystankiem miala byc Mirisa. Niewielka miejscowosc z rozlegla plaza, paroma guesthuose’ami i knajpkami. Mialo byc malo ludzi, kameralnie, akurat tak jak nam bylo potrzeba po tlocznych dniach spedzonych w Katargamie. Obietnica w duzej czesci spelnila sie, z jednym, acz istotnym wyjatkiem - pogoda. Przyjechalismy wczesnym popludniem. Znalezlismy fajne miejsce do spania. Jednak obraz olowianego nieba nie nastroil nas optymizmem. A potem az do wieczora padal deszcz…

Poranek tez byl chmurny. Na chwile niebo zrobilo sie niebieskie, wyjrzalo slonece, ale o jedenastej blyskwiczna inwazja ciemnych chmur pozbawila nas resztek nadziei. Podjelismy najszybsza decyzje na tym wyjezdzie o zmianie planow. I to dosc radykalna. Postanowlismy porzucic poludniowe wybrzeze i pojechac w poprzek wyspy do polozone mniej wiecej po srodku wschodniego wybrzeza Trincomalee.

Wiec na poczatku rozklekotany bus zawiozl nas do Galle. Potem przez trzy godziny rownie roklekotanym pociagiem jechalismy do Colombo. Kolejowy tor wiodl nasz pociag wzdluz brzegu, czasami prawie przez plaze, niekiedy nie dalej niz kilka metrow od lini wody. I pewnie za oknem bylyby super piekne widoki gdybym nie szarosc deszczowej aury. W Colombo spedzilismy tylko kilka godzin i wieczorem wsiedlismy do pociagu by po dziewieciu kolejnych I mocno niewygodnych godzinach wczesnym rankiem w promienach slonca, witani bezchmurnym niebiem stanac w Trincomalee.

 

 

 

 

11:24, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2011
14-15.07.2011, Sri Lanka, Katargama

Po leniwych dniach spedzonych na plazy przyszedl czas na ogladanie pielgrzymkowej goraczki. Kataragama na co dzien to dosc senne prowincjonalne miasteczko. Na dziesiec dni poprzedzajacych lipcowa pelnie ksiezyca rokrocznie przekasztalca sie w wielkie centrum religijnego mistycyzmu. Z calego kraju wedruja strumyczki pielgrzymow by w Katargamie zlac sie wielki tlum. Cale miasto, parki, teren kilku swiatyn zamieniaja sie w ogromne koczowisko gdzie ludzie spia, jedza i oczywscie oddaja sie roznym relgijnym praktyka. Skrajna ich forma jest zadawanie sobie bolu. W rytm monotonnie mamarotanego slowa - oddania sie bogu “wybraniec” eksperymentuje na sobie skutecznosc roznych drobnych ostrzy. Najczescie przebija sobie oba policzki na wysokosci ust dluga szpila zakonczona trojzebem (symbol boga Siwy). Potem wbijaja mu w skore plecow kilka hakow, do ktorych przywiazuje sie kilkumetrowe linki. Ich konce, niczym lejce pociagowego zwierza, bierze w rece jeden z uczestnikow tej dziwnej praktyki. Inna forma jest wbicie sobie w ramiona, bark i klatke piersiowa mnostwa igiel. i obowiazkowych hakow w plecach. Tak potraktowani wybrancy zaczynaja sie oddawac rytmicznemu tancowi, w trakcie ktorego wydaja sie wpadac w rodzaj transu – choc moj sceptyczny umysl troche przeciw temu protestowal. Podejrzewalem, ze miast transu bylo to jego udawanie, bo wszyscy tak sobie to wyobrazaja. Wiec naszpilowany czlowiek wchodzi w przypisana mu role. Ale moze sie myle…

Potem czlowiek z hakami w plecach, jego “woznica”, tlumek rodziny tworzyli cos w rodzaju malego korowdu i plasajac ruszali w strone swiatyni. Towarzyszyla im kilkuosobowa, ale halasliwa kapela trebaczy i bebniarzy.

Nakluwanie sie, przebijanie i inne samookalecznie – najczescie bardzo powierzchowne i nie powodujace krwawienia – na widzu robia wrazenie. Troche krecimy glowa z niedowierzaniem, czasami odrobine scierpnie nam skora (wlasna i absolutnie nieprzebita). Ale w gruncie rzeczy to kwestia kulturowej aprobaty pewnych praktyk. U nas w Europie ludzie nagminnie dokonuja podobnych czynnsc (samookaleczen) – choc z zupelnie innych powodow - dla umieszczenia, czasami w najdziwiejszych miejscach swojego ciala, roznych ozdob – kolczykow, gwozdzi…

Poznym wieczorem w wiodacej przed swiatynia aleji odbywala sie wielka parade barwnie przebranych tancerzy, kapel, przystrojonych sloni i pewnie symboli religijnych, ale te ginely w naszych oczach w kolorowym pochodzie. I moze dlatego parada bardziej kojarzyla sie nam z brazylijskim karnawalem niz religijnym przezyciem.

Ciekawostka tego miejsca jest swoista koegzystencja trzech religii. Pielgrzymi to wyznawcy hinduizmu, a swiatynia poswiecona jest jednemu z licznych bogow hinduistycznego panteonu. Na tylach ich swiatyni jest zbudowane jest buddyjskie sanktuarium. Pielgrzymi odwiedzali oba przybytki i solidarnie oddawali hold hinduistycznym bogom i Buddzie. Nie ma w tym zreszta nic zaskakujacego bo taka praktyka funkcjonuje w sasiednich Indiach. Pikantne bylo to, ze w jednym z rogow swiatynnego prostokata wznosil sie meczet, w ktorym wyznawcy Proroka intensywnie oddawali sie swoim modlom otoczeni oceanem hinduistycznych pielgrzymow…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


poniedziałek, 18 lipca 2011
11-13.07.2011, Sri Lanka, Arungambay

Pierwszy “morski” przystanek w naszej cejlonskiej wedrowce. Po Ella w planie mielismy Kataragame i religijny festiwal odbywajacy sie w tej malej miescinie, ale monsun troche skrocil nasz pobyt w gorach i przed religijnymi emocjami wyskoczyly nam trzy dniu luzu. Wiec postanowilismy pojechac na wschodnie wybrzeze wyspy i zobaczyc plaze surferow w Arungambay. I oczywiscie pomoczyc sie troche w Oceanie Indyjskim…

 


 

Nie bede sie specjalnie rozpisywal… Miejsce ladne, pelne piasku, wody oraz ludzi biegajacych, a czasami statecznie przechadzajacymi sie wzdluz brzegu z deskami pod pacha… Niektorzy nawet wchodzili do wody… Troche takie skojarzenie z naszymi Krupowkami w zimowym sezonie, a troche moja zlosliwosc… Pewnie dlatego, ze nigdy nie probowalem stanac na czyms tak chwiejnym jak surferska deska.


 


Mielismy swoja chate na palach. Znowu dobre jedzenie – mala knajpa nie wyroznijaca sie wygladem, ale jej starszawy wlasciciel zasluguje na super pochwale. Swieza ryba z grilla w jego wykonaniu to bylo male arcydzielko. I towarzystwo Polakow. Po sasiedzku z nasza chatka mieszkal Aneta. Slowo po slowie… I mala sensacja. Aneta zasiedziala juz od wielu lat w krajach Lewantu i w Emiratach spedzila wszystkie dni od urodzenia do studiow w nieduzej miejscowosci Podhala, do ktorej my wraz z przyjaciolmi od dawna przyjezdzalismy… My moze mniej, przyjaciele bardziej intensywnie, ale Aneta – troche z perspektywy dzis juz nieistniejacego sklepu swojego ojca – zapamietala czesc naszego towrzystwa. A pewnie i my gdzies tam w polskich gorach spotkalismy ja za lada ojcowskiego sklepu. Wiec pozostaje tylko banalne: swiat jest kurduplasty…

W Arungambay wiele w wodzie sie nie nameczylismy. W brzeg uderzaly rytmicznie sporej wielkosci fale wiec o plywaniu nie bylo mowy. Pozostawala tylko zabawa w podskakiwanie jak korek. Ale bylo milo...


14:58, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
09-10.07.2011, Sri Lanka, Ella

Czas w Ella pomiedzy posilkami wypelnily nam spacery po herbacianych plantacjach i wejscie na dwa niewymagajace szczegolnego trudu wierzcholki okolicznych wzgorz…

Kawiarenki internetowe wymieraja... Przez ostatnie 10 dni nie natrafilismy na przejaw ich istnienia. Przynajmniej zywego. Czasami jedynie smetne, zakurzone szyldy zwisajace nad opuszczonymi lokalami ilustrujace dogorywajcy gatunek cyber caffe…

I to nie jest obraz cywilizacyjnego zacofania. Raczej to my nie doganiamy pedzacego cyfrowego swiata. Prawie wszedzie jest dostep do internetu. Restauracja, hostele, guesthose’y informuja o obecnosci strefy internetu w.f. Czyli aby z niego skorzystac musisz miec wlasny laptop. Albo odpowiedni telefon komorkowy. Albo inne z wielu mozliwych urzadzen…

Wiec pare slow opisu wsteczny juz zdarzen. Taki blog do tylu…

Zaplanowalismy, ze z Haputale do Elle pojedziemy pociagiem. To krotka trasa. Moze godzina z niewielkim dodatkiem minut.. Wybralismy “slow train”, czyli archaiczny sklad kilku wagonow pasazerskich i towarowych. Pasazerskich wylacznie 3 klasy.  Wjazd pociagu na stacje zapowiadal klopoty… Na zewnatrz do drzwi wagonowych doklejone bylu grupki ludzi w akrobatycznych acz swobodnych pozycjach. Megaprzepelniony pociag pelen pielgrzymow zdarzajacyh na swoje wielkie hinduistyczne swieto w Kataragamie. Jak udala sie nam dostac do wnetrza wagonow z naszymi sporymi plecakami tego sam nie wiem. Grunt, ze nie powiekszylismy ludzkich “winogron”… Co ciekawe w tym wsciekle zatlocznym, zbitym tlumie wedrowcow nie wybuchla zadna awantura. O nadepnieta noge, cialo przygwozdzone cudzym bagazem…U nas byloby spore piekielko…


 

W Elle zakotwiczylismy sie w niezbyt drogim hostelu Rawana Holiday Resort, ale – na nasze nieszczescie – slynacym z dobrej kuchni. Zaserwowalismy sobie trzy dni pysznego obzarstwa. Niestety po raz pierwszy chyba wrocimy nie zostawiajac w Azji zbednych kilogramow…

Czas w Ella pomiedzy posilkami wypelnily nam spacery po herbacianych plantacjach i wejscie na dwa niewymagajace szczegolnego trudu wierzcholki okolicznych wzgorz…

 

 


14:26, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 lipca 2011
07-08.07.2011, Sri Lanka, Haputale

Wczoraj szwendalismy sie po dawnych posiadlosciach sir Thomasa J. Liptona. Zielone morze plantacji o dziwnej geometrii. Troche przypominajacej splot tkaniny widzianej pod mikroskopem. I ludzie jak robaczki dlubiace w tej tkaninie. Stokilkadziesiat lat temu Anglicy przywiezili krzewy herbaty i dostarczyli nowowczesnej - oczywscie na tamte lata - technologii, Cejlonczycy dali ziemie (nie calkiem dobrowolnie). a Indie wniosly tania sile robocza. Rezultaty dzisiaj ogladamy w postaci malych torbeczek na sznureczku, ktore zanurzone w goracej wodzie dostarczaja przyjemnosci naszemu podniebieniu... Ubocznym efektem tych zabiegow, ale niewatpliwie estetycznie udanym, sa malownicze plantacje herbaty.

Przez wiele godzin platalismy sie pomiedzy kolejnym fragmentami upraw. Skomplikowany wzor poletek, a kazde z nich posiadalo tabliczke z informacja o swej wielkosci i historii. Poprzedzielane kamiennymi murkami, uzbrojone w labirynt schodow, sciezek, drozek, kanalow... A w tym labiryncie rozsiane gromadki tamilskich kobiet, z wielkimi workami zawieszonymi na plecach, pracowicie zrywaly jasnozielone listki herbaty. Panie niezwykle sympatyczne. Witaly nas usmiechami i pozdrowieniami hello. I zapraszaly do robienia zdjec. A w zamian prosily o... przeslanie odbitek. Wiec robilismy foty tuzinami, dziesiatkami... A w naszej kieszeni ladowaly kolejne adresy, pod ktore mialy one trafic...

Dzisiaj ranek przywital nas zabojczo piekna pogoda... Ale radosc trwala tylko do poludnia kiedy ciezkie chmury i mgly znowu pokryly herbaciana kraine. Jeszcze zdolalismy odwiedzic fabryke herbaty nalezaca do koncernu Liptona, obejrzec zadziwiajaco prosty i szybki sposob preparowania herbaty, kiedy z nieba znowu zsunely sie potoki wody... I burze z grzmotami, ktore bezposrednio przelozyly sie na samoczynne resetowanie komputera (brak pradu), co w rezultacie zmusilo mnie do kilkakrotnego ponawiania prob sporzadzenia dzisiejszego wpisu, a Agnieszke, ktora jest Autorka wszystkich zdjec, do meczacego powtarzania czynnosci wklejania fotek.

Jutro jedziemy dalej do Ella. Moze deszcz wreszcie nas porzuci...

 

 

 

 

 

 

12:40, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
środa, 06 lipca 2011
05-06.07.2011, Sri Lanka, Dalhouse - Haputale

Wczoraj wjechalismy w kraine legendarnych plantacji herbaty. Tutaj w XIX wieku posadzil pierwsze zielone krzewy, moze nie do konca osobiscie, niejaki pan Lipton. Dzisiaj najbardziej znana herbaciana marka na swiecie. Angole uznali, ze gory polozone w srodkowo-poludniowej czesci wyspy wzrocowo nadaja sie pod uprawy herbacianych krzewow. Kraina polozona jest na srednich wysokosciach 1000-1500 metrow, pelna niewysokich przypominajacych kopce wzgorz, majaca jak na te szerokosci geograficzne bardzo lagodny klimat. Wszystkie gorskie zbocza oplataja rzedy intensywnie zielonych krzewow siegajacych wysokoscia bioder czlowieka. Herbata lubi odrobine cienia wiec wsrod krzwow rosna pojedyncze drzewa. Widziane w drodze widoki sa nieprzecietnej urody. Z jedna wszakze dla nas wada. Wjechalismy w kraine wzgorz w potokach rzesistego deszczu. Juz od Kandy niebo bylo calkowicie pokryte szarymi i malo obiecujacymi chmurami. A potem zaczelo padac i padac... Czasami byl to drobny deszczyk, czasami kaskady wody. Byly tez momenty przerw - na nasze szczescie w czasie kilku przesiadek.

Najpierw wiec pojechalismy wolnym jak zolw pociagiem wybierajac dla zasady i swobody fotografowania trzecia klase. Potem z przesiadka busem dotarlismy do miejscowosci Dalhouse polozonej w samym sercu herbacianych plantacji. Jadac waska droga, taka na szerokosc jednego samochodu, co jakis czas mijalismy dosc skromny napis, ze oto jest plantacja Norwood, a to plantacja Gentil, a to inna... A pomiedzy napisami byly wielokilometrowe przerwy pokazujace rozmiary poszczegolnych posiadlosci.

Po przyjezdzie zatrzymalismy sie w bardzo sympatycznym White House. Gesthouse polozonym w gestym, kwiecistym ogrodzie z dosc tanimi bungalowami i dosc drogim jedzeniem. Wiec wszystko (dla naszej kieszeni) sie zrownowazylo. Samo Dalhouse to nieduza wioska o dwoch rolach. Na codzien miejsce zycia rodzin robotnikow (raczej robotnic) pracujacych na okolicznych plantacjach (moze zreszta tylko jednej plantacji, bo do nastepnej pewnie jest pare kilometrow...). Mieszkancy to tak zwani Tamilowie gorscy - werbowani do pracy z indyjskigo stanu Tamil Nadu. Nie do konca tozsami z Tamilami zamieszkujacymi polnocna czesc Cejlonu. Druga rola Dalhouse - ta wazniejsza - to wielkie cetrum buddyjskich pielgrzymek. Nad wioska ostro w gore wspina sie gora Adama, na szczycie ktorej znajduje sie odcisk stopy protoplasty ludzkiego rodu (stad i nazwa gory). To wersja dla jednych ludzi. Dla innych, tych ktorym buddyzm jest blizszy sercu, to jest odcisk samego Buddy...

Tak wiec by ujrzec to wglebienie w skale uczynione stopa Waznego Czlowieka rokrocznie w okresie od grudnia do maja - to jest dla tej czesci wyspy pora sucha - zjawia sie tutaj masa ludzi i wspina na szczyt gory po ulozonych malych i duzych kamiennych stopniach. A jest ich az 5200...

Korzystajac z przerwy w deszczu, a nawet paru przeblyskow slonca przed wieczorem pomaszerowalismy obejrzec pobliskie plantacje. Spotkalismy kilka Tamilek jeszcze pracujacych przy zrywaniu lisci. Na chwile zanurzylismy sie w herbaciane krzewy by z bliska zrobic zdjecia. I zaraz wrocilismy na droge - Agnieszka z dwoma pijawkami przyklejonymi do nogi, ja z czterema...

Mielismy taki ambitny plan, zeby obejrzec te wszystkie stopnie i wienczacy jest slad Stopy. Ustawilismy budzik na 2 w nocy bo w powszechnej opinii jest to wlasciwa godzina zobaczenia pierwszego ze stopni tak by ostatni piec tysiecy dwusetny ujrzec w cztery godziny pozniej o wschodzie slonca. Budzik zadzwonil, wygrzebalismy sie z pod kocow (w nocy bylo calkiem zimno!) i wystawilismy nosy na zewnatrz. Chmury czy gwiazdy? Deszcz czy zapowiedz lepszej pogody? Ciemnosc absolutna. Ani jednego swiatelka na niebie. Szelest sciekajacych po lisciach kropel i nie byla to wczesnoporanna rosa zapowiadajaca piekne slonce. Dalismy nura z powrotem do wyrka pod jeszcze cieple koce, a scigal nas glos kolejnej kaskady wody uderzajacej z nieba. Dla usprawiedliwienia ustawilismy budzik na kolejna godzine - 6 rano. Dzwiek dzwonka zmieszal sie z szumem deszczu. Nie zobaczymy odcisku w skale. Ani ostaniego z 5200 stopni. Buroszary poranek olowianych chmur i mzawki w pieknej scenerii pozbawil nas nadziei na poprawe pogody. Przynajmniej w jakims rozsadnym czasie.

Przed poludniem wyjechalismy z Dalhouse i po osmiu godzinach (znowu busy i zolwiasty pociag) dojechalismy do polozonej bardziej na poludniu i - jak mamy nadzieje - poza strefa opadow malej miescinki Haputale. Wokol herbacianych planatcji ciag dalszy, a w jutrzejszym planie szlajanie sie wsrod zielonych krzewow, wizyta w fabryczce Liptona i ogromna nadzieja, ze rano przywita nas slonce.

17:41, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
03-04.07.2011, Sri Lanka, Kandy

Dwa dni w Kandy juz wlasciwie za nami. Wczoraj wczesnie, jeszcze przed switem obudzil nas dochodzacy ze Swiatyni Zeba glos pujy. Traby, dudnienie bebnow. Puja to swieto, uroczystosc. Najwaznieszym miejscem w Kandy, a w zasadzie na calej Sri Lance, jest Swiatynia Zeba. Sanktuarium. Taka nasza Jasna Gora do kwadratu. Dawno, dawno temu u zarania buddyzmu po smierci jego tworcy pewna indyjska ksiezniczka owladnieta zalem i checia posiadania jakiejs szczegolnej pamiatki wykradla zab Buddy. Nie wiem jak weszla w jego posiadanie, ale po jakims czasie ow zab dotarl wraz z krzewicielami tej religii na Cejlon i zostal zlozony w swiatyni w Kandy. Od tego czasu tysiace pielgrzymow codziennie odwiedzaja sanktuarium by poklonic sie czastce Mistrza. Trzy razy dziennie odbywa sie puja, podczas ktorej wierni wyposazeni w dary – najczesciej sa to kwiaty lotosu, czasami jedzenie, a niekiedy wartosciowe przedmioty i solidne donacje – wedruja w ogromnej kolejce by na kilkanascie sekund poklonic sie relikwiarzowi z ocalalym zebem…  Spedzilismy tak pare godzin przygladajac sie ludziom i ich intensywnemu przezywaniu wiary…

Potem na tylach swiatyni trafilismy na proby zwiazane ze zblizajacym sie swietem Esala Perahera. To wazne zdarzenie. Uroczystosci trwaja prawie 10 dni, a ich kulimnacja jest wielka parada, ktora prowadzi bajecznie przybrany wielki slon, a za nim podarzaja barwnie ubrani tancerze, muzycy i wszystko to co ma tworzyc klimat wielkiego swieta. Kazda szkola w Kandy wystawia swoj wlasny zespol i wczoraj ogladlismy przeglad kilku z nich. Niestety swieto rozpocznie sie kiedy nas juz nie bedzie na wyspie (kulminacja w dniach 14-16 sierpnia, w czasie pelni ksiezyca).



 

 

 

 

 

 

 

Po poludniu obejrzelismy jeszcze kilka malych swiatyn hinduistyczno-buddyjskich, a potem troche platalismy sie po ulicach miasta. Pierwsze zetkniecie, w dniu przyjazdu, nie bylo najlepsze. Chaos ulicznego ruch, tlok, huk i gesta zawiesina spalin. Ale wczorajszy spacer troche poprawil nasz ocene. Moze dlatego, ze to byla niedziela i codzienna goraczka ulicy nieco opadla. 

 

 

Dzisiaj wedrowalismy po okolicach Kandy. Pojechalismy zwyklym, niemilosiernie zapchanym busem kilkanascie kilometrow od Kandy do malej swiatyni Embekka. A potem przez kilka godzin wedrowalismy wiejskimi drogami pomiedzy wsiami odwiedzajac dwie nastepne swiatynie. Fajne krajobrazy, pola ryzowe pierwsze planatacje herbaty… Ale jak to Agnieszka skomentowala – jestesmy gdzies w Azji. To slowo “gdzies” oddaje pewna smutna konstatcje. Gdybysmy trafili tu nie wiedzac w jakim kraju jestesmy to widok tego miejsca nie pozwolilby nam rozwiazac zagadki. Tak wyglada wszedzie Azja. Mijane prostokatne domki z takich samych pustakow i betony kryte  eternitem, czasami blacha falista, ludzie ubrani w chinskie t-shirty i nieokreslone portki… Takich malorozpoznawalnych miejsc jest wiele, co raz wiecej, a tych charakterstycznych co raz mniej… Ta dawniejsza Azja szybko sie kurczy…



 

 

 

 

Tagi: Embekka Kandy
14:56, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 lipca 2011
01-02.07.2011, Sri Lanka, Polonnaruwa – Kandy

Wieczor. Calkiem mila temperatura. Ozywcza bryza znad pobliskiego jeziora. Pare godzin temu przyjechalismy do Kandy, miasta polozonego bardziej na poludniu wyspy, otoczonego niewysokimi gorami. Prawdziwa ulga po upalnych dniach . Wlasnie zjedlismy pozny obiad w muzulmanskiej knajpce. Agnieszka – Chicken Kabul Roti, siekane warzywa z kurczkakiem zwiniete w cienki placek. Taki wielgasny nalesnik. O dziwo lagodny w smaku i bardzo pyszny. Ja zaserwowalem sobie chicken curry plus potato curry i roti (cienkie placki przypominajace nieco ciasto nalesnikowe). Juz pierwszy kes zaplonal w mojej buzi zywym ogniem! Ale pozniej bylo co raz lepiej. Teraz juz tylko tli sie w zoladku malym dogasajacym ogniskiem…

Wczoraj pojechalismy do parku narodowego Kaudella na “safari”. Wyjazd poprzedzily ostre, acz malo dla nas owocne negocjacje (targowalismy sie jak dzikusy, ale praktycznie nic nie urwalismy…). Wjechalismy z Polonnaruwy starym, wysluzonym japonskim jeepem (40 lat sluzby!) i po godzinie przekroczylismy granice parku. Od tego momentu towarzyszyl nam przewdnik przydzielony z parku. Brezentowy dach jeepa zostal zwiniety i wyprostowani, zbrojni naszymi aparatami ruszylismy bezdrozami parku w poszukiwaniu dzikich sloni. Jechalismy wzdluz brzegu rozleglego jeziora ploszac setki ptakow. Z wiekszych zwierzta spotkalismy jednie najzupelnie udomowione bawoly… Mijal czas, a nas troche ogranialo zwatpienie. W koncu jednak nasz przewodnik palcem pokazal w zaroslach pierwszego olbrzyma. Stanelismy. Z pomiedzy drzew calkiem blisko nas pojawil sie sporych rozmiarow samiec, a po chwili jego kumpel… Potem napotkalismy kolejnego samca, po kilkuset metrach gromadke czterech sloni, az wreszcie po nastepnym kilometrze wielkie stado ok. 45-50 zwierzat glownie samic i malych sloniatek.. Stalismy obok nich (“obok” czyli jakies 100 metrow) i gapilismy sie jako wolno czlapia w strone jeziora, pochalpuja sie woda, Fantastyczny widok.

 

 

 

 


 

 

Dzisiaj pozegnalismy Polonnaruwe. Ranek rozpoczelismy od hotelowego sniadania, ktore po trzech dniach jedzenia tego samego juz troche nam bokiem wychodzi. Potem pojechalismy do swiatyni w Aukana. Miejsce troche “nie po drodze” i dociera tam niewielu turystow. My droge pokonalismy najpierw pociagiem (2 godziny), a potem tuk-tukiem (3 kolowa motoriksza). Troche to zajelo czasu, aleI bylo warto. Swiatynia to wlasciwie tylko jeden posag stojacego Buddy. Za to  imponujacy rozmiarami - 23 metry wysokosci.

 


 

 


A potem bus i poznym popoludniem dojechalismy do Kandy. Zatrzymamy sie tutaj 2-3 dni

15:56, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »