podróże
RSS
poniedziałek, 19 lipca 2010
19 lipca 2010, Ampana, Sulawesi

Wczoraj wyjechalismy z Rantepao na polnoc Sulawesi do Poso. To przystanek w naszej dwudniowej drodze na wyspy Togean. Nasz sredniej wielkosci bus - wiekszy pewnie nie zmiescilby sie na tutajeszej drodze - wlokl sie raczej wolno. Mimo, ze byla to niedziela i ruch byl niewielki. Moze troche przez pogode. Niebo bylo calkowicie zawleczone chmurami i co chwile tryskala gwaltowana ulewa. Widoki byly pierwsza klasa, mroczne zasnute chmurami i klebami mgly gory, ale sama droga dosc szkaradna. Waska, miejscami podmyta deszczami, topornie wyciosana w bardzo stromych zboczach gor. Same zakrety i skomplikowane zawijasy. Po poludniu ulewa zamienila sie w oberwanie chmury. Z nieba laly sie fontanny wody, kaskady splywaly po zboczach gor, a asfalt drogi zamienil sie w dno rzeki... Ale jakos jechalismy. Na kierowcy fantazje pogody nie robily zadnego wrazenia. Czas probowal pasazerom umilac muzyka i obrazem, takim indonezyjskim popem. Jeszcze mniej strawnym od naszego disco polo. Sluchasz i glowa robi ci sie jak akordeon - rozciagnieta i wypelniona lomotem. Straszne TRIO AMBISIS - trzech okraglutkich facetow z zelowanymi wlosami - po dwu godzinach spiewania - w moim przekonaniu tego samego utworu - wywiercilo nam dziury w korze mozgowej. Tuz po polnocy, po 16,5 godzinach jazdy, wymieci i pozbawieni zdolnosci slyszenia dojechalismy do Poso. Kierowca naszego busa zawiozl nasz z wlasnej i nieprzymuszonej woli pod drzwi hotelu oddalonego o 5 km od dworca autobusowego. Wybaczylismy mu zabawe w DJ. No moze poza TRIO AMBISIS...

Dzisiaj juz przejazdowy luzik. Tylko 6 godzin minibusem do Ampany, malenkiego portu skad jutro chcemy poplynac na jedna z wysp archipelagu Togean. Martwi nas troche pogoda. Po poludniu dogonily nas chmury i deszcz.

Na Togean nie ma internetu wiec zamilkne na jakis tydzien.

11:53, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 lipca 2010
15-17 lipca 2010, minitrek, Tana Toraja, Sulawesi

Pogoda w Tana Toraja nas nie piesci… Przewodnik mowil, ze to jeszcze koncowka pory monsunowej, ktora potrwa w slabnocej formie do schylku lipca. To slabnaca forma nie dotyczyla naszego dwudniowego treku. Wczoraj ranek przywital nas ciezkimi chmurami choc na szczescie deszcz nie padal.  Jeszcze…

Zabralismy nasze male plecaczki, w ktorych planowalismy zabrac asolutnie niezbedne rzeczy, ale jakos tak calkiem nam sie wypachaly. Ile to czlowiek potrzebuje na 2 dni i jedna noc!. Pojechalismy “kijangiem” – to taka odmiana lokalna krzyzowka mikrobusa z jeepem. Kijang zabiera na siedmiu miejscach w porywach 10-11 osob. W drodze pierwsza zabawna przygoda. Drozka, ktora jechalismy, ma dwa waskie pasma. Z trudem mijaly sie na niej dwa pojazdy. Jak z przeciwka nadjezdala jakas  ciezarowka to nasz jeep musial zjezdzac na pobocze. W pewnym momencie zrobil sie spory korek. Cala masa pojazdow na naszym pasie zatrzymala sie z wlaczonymi swiatlami awaryjnami, a z ich wnetrza wylonil sie tlum odsietnie, pieknie ubranych ludzi. Slub! W nosie mieli, ze calkowicie zakorkowali droge. Jedyna zreszta w tej oklolicy. Nasz kierowca przyjal to ze stoickim zrozumienie. Wyprawiajac przedziwne akrobacje w pelnej wspolpracy z innymi pojazdami udaalo sie wymanewrowac korek.

Po godzinie bylismy na miejscu. Rozpoczelismy nasza wedrowke. Szlak wiodl przez gestwe niewysokich gor. Wlazilismy I zlazilismy stromymi, sliskimi zboczami, przemykalismy po tarasowych polach ryzowych, a nasze buty i lydki stopniow upodabnialy sie do koloru ziemi. Przewodnik zgrabnie smigal  po waskich na jedna stope sciezynach, a my zbrojni w solidne kije troche czlapalismy probuja rozpoznac co jest sciezka, a co dziro wypelniona blotem. Ale z naszej trojki tylko przewodnik zaliczyl poslizg i kapiel w ryzowisku.

Nagroda byly niesamowite widoki. Przed zmierzchem doszlismy do niewielkiej wioski. Ledwie pare domkow. Zatrzymalismy u dosc biednej rodziny. Nie bylo pradu elektryczne. Po zmroku ciemnosci rozswietlala prosta lampa oliwna - puszka i knot z bambusa. Spalismy w wspolnej czesci chaty. Nam odstapiono materac i dwie plandeki do przykrycia. Dziadek i dwojka malych dzieci owinela sie swoimi sarongami i przytulona zalegla po sasiedzku w kacie. Mielismy nasze cienkie bawelniane spiworki wiec jedna z planedek, mimo protestow, odstapilismy naszym wspolspaczom.

Nim wzeszlo slonce, jeszcze w zupelnych ciemnosciach, w chacie zaczal sie ruch. Starsi mieszkancy starali sie byc cicho, ale tupot calkiem licznych dzieciecych stopek brzmial jak budzik. Jakos udalo sie dodrzemac do switu.

Poranna toaleta obok beczki z deszczowka. Prawdziwym wyzwaniem byl wychodek, do ktorego prowadzilo kilka gliniastych stopni wycietych w sciezce. Rodzaj szalasu o wysokosci moze 1,4 metra, w ktorym rzeba bylo znalesc niewielki otwor wyciety w klepisku...

Noc konczyla sie ulewnym deszczem. Minal swit i wczesny poranek, a z nieba dalej lecialy strugi wody. Po sniadaniu troche jeszcze odczekalismy, ale o dziewiatej zbrojni w plaszcze przeciwdeszczowe wyruszylismy zmagac sie z woda i blotem... Okolo poludnia deszcz ustal, a potem pojawily sie nawet sladowe przeblyski slonca, ale tylko na chwile...

Gory i pola ryzowe parujace mgla, dosc niezwykle barwy pol ryzowych, bambusowych gajow i wiosek tego chmurnego dnia razem tworzyly klimat, ktorego wczesniej nigdy nie widzielismy. Bylo ciekawie, bylo ladnie i troche inaczej.

Po powrocie do Rantepao ulice obok naszego hotelu zamknieto dla pojazdow. W jednym  domu smierc zebrala czarnych zalobnikow na nocne czuwanie przy zmarlym, a w drugim  kilkadziesiat metrow dalej wesele wylalo sie na asfalt ulicy armia krzesel, stolikow i barwnie ubranych gosci. Smutek odejscia i radosc nowego zycia.

Pojutrze wyruszamy na wyspy Togean. W poszukiwaniu slonca i rafy koralowej...

Pare fotek z treku

a tak bylo na treku, prawie szczawnickie klimaty :) Buty zmienily kolor na "muddy", ale i tak uwazam, ze pola ryzowe maja swoj niepowtarzalny urok, niezaleznie od pogody...

nasz przewodnik i ja

tarasy ryzowe

chata zdobna w bawole rogi. Ilosc ozancza range we wsi

w pracy...

13:23, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 lipca 2010
14 lipca 2010, Rantepao, Sulawesi

Dzien przywital nas chmurami i przelotnymi opadami... Postanowilismy obejrzec ostatni dzien ceremoni pogrzebowej. Wczesniej jednak odwiedzilismy wies Lando z niezwyklymi jaskiniami pelniacymi role naturalnych krytp. Ostatni dzien ceremoni pogrzebowej przebiegal dosc konwencjonalnie - ksiadz poprowadzil czesc religijna, potem byly przemowienia czlonkow rodziny, przyjaciol. Dziwne rzeczy zaczely sie kiedy zalobnicy opuscili wiejski dom. Na czele pochodu niesiono na kratownicy z bambusa trumne. Tragarzami bylo kilkunastu mlodych mezczyzn. Niespodziewanie dla nas zaczeli wywijac cala ta trumienna konstrukcje. Raz ja podnosili, raz opuszczali. Czasmi gwaltownie podrzucali, to znowu biegli albo raptownie sie zatrzymywali. Towarzyszyly temu smiechy, zartobliwe przepychanki, ochlapywanie sie woda i blotem... Trwalo to az do momentu zlozenia trumny w krypcie. Taki dziwny obyczaj. Jak ktos tlumaczyl mialo to przepedzic zle duchy, ktore gromadza sie przy zmarlym.

Po poludniu umowilismy sie z naszym "poniedzialkowym" przewodnikiem na dwudniowy trek. Jutro wyruszamy. Tym razem caly koszt treku placimy po jego zakonczeniu wiec bez obawy, ze przewodnik nam gdzies przepadnie... Zreszta juz zauwazylismy, ze w tej krainie ludzie sa nadzywczaj uczciwi. Jesli podaja cene w sklepie czy w busiku to nie mnoza jej przez rozmiar buta...

Nizej zdjecia z wczorajszej naszej wedrowki po okolicznych wioskach.

Wies Palawa z tradycyjnymi domami Toraja. Na plachtach przed domami suszy sie ryz. Tutaj nie ma wyraznego podzialu jak w Polsce na okresy zasiewow, uprawy i zniw. Dzieje sie to jednoczesnie. Na jednych polach sadza ryz, na innych go zbieraja...

Pola ryzowe, a na pierwszym planie miniaturowe stogi skoszonego ryzu.

Na uprawy ryzu wykorzystuje sie kazdy skrawek ziemi, takze ten na stokach gdzie buduje sie tarasowe pola.

To sanktuarium z megalitami we wsi Bori. Miejsce uroczystych ceremoni pogrzebowych.

To co bawoly lubia najbardziej...

wtorek, 13 lipca 2010
13 lipca 2010, Rantepao, Tana Toraja, Sulawesi

W niedziele opuscilismy Papue Zachodnia. Samolot przetransportowal nas z dwugodzinnym opoznieniem, a Makasar - najwieksze miasto na Sulawezi - przywitalo nas ciezkimi, ciemnymi chmurami i ulewnym deszczem. Zniechecilo nas to do pozostania w tym miescie i zdecydowalismy sie na nocny przejazd do Rantepao w centrum Tana Toraja. To pewnie najciekawsze miejsce na tej wyspie. W gorzystej krainie plemie Toraja stworzylo wlasna unikatowa kulture. Budowali i nadal je konstruuja wielkie pieknie zdobione chaty na palach z charakterystycznymi podkreconymi dachami. Wszystko kreci sie wokol bawolow, ktory znajduje swoje wcielenie w symbolice plemiennej.

Bawol jest podstawa miejscowej gospodarki, a do niedawana ilosci posiadanych zwierzat decydowala o pozycji i statusie majatkowym. Charakterystycznym elementem kultury Torajow sa rozbudowane ceremonie pogrzebowe. Przygotowania do nich trwaja sporo czasu, czasami wiele tygodni, a nawet miesiecy. Range pogrzebu ocenia sie po ilosci bawolow przeznaczonych na rzez w trakcie ceremoni.

Do Rantepao dojechalismy rankiem w strugach przelotnego deszczu. Na szczescie opady wkrotce ustaly.  Zainstalowalismy sie w sympatycznym i przede wszystkim o wiele tanszym niz w Papui hotelu IRAMA. Pierwsza informacja jaka dostalismy byla wiesc, ze w niedalekiej wsi Lemo dzisiaj rozpoczynaja sie trzydniowe ceremonie pogrzebowe, do ktorej przygotowania trwaly przez miesiac. Informacje dostalismy w pakiecie z przewodnikiem. Zreszta jak sie okazalo calkiem milym i rzetelnym. Targi, targi… Cena zostala ustalona i w dwie godziny po przyjezdzie juz podazalismy z naszym nowym przewodnikiem. Najpierw na wielkie targowisko w Bolu pod Rantepao, ktore odbywa sie co szesc dni. Targowisko rzeczywiscie duze i ludne ze wszystkim co wazne do zycia. Stosy warzyw, owocow, ryb, ubran i takich tam roznosci. Takze sporo kramow z aromatycznie pachnaca, mielona na miejscu kawa. Trafilismy takze tam gdzie handlowano kogutami szkolonym do walki.

Odrebna i chyba najciekwasza czesc targowiska stanowilo miejsce przeznaczone na handel bawolami. Dziesiatki,  a moze nawet setki zwierzat. Tlumy facetow ogladajacych zwierzeta. Czasami dobijajacych targu. Wszystko w gestym blocie zmiesznamy ze sloma, w powietrzu przesyconym ostrym odorem. A w srodku my przemykajacy za naszym przewodnikiem w naszych sandalkach, ktore coraz bardziej upodabnialy sie do brozowomulistego, "aromatycznego" podloza.

 

Obok bawolego targowiska byla odrebna czesc, gdzie handlowano swiniami. Miejsce wzbudzajace litosc. Biedne stworzenia byly skrepowane jak paczki w pozycji lezacej przywiazane bokiem do rodzaju bambusowego nosidla. Ciasne wiezy uniemozliwaly jakikolwiek ruch. I tak czekaly na odmiane lub kres swojego losu - w upale i bez wody - przez wiele godzin.

Przedpoludniem dotarlismy na miejsce ceremoni pogrzebowej. Wiejski dom z dziedzinicem. Obok zadaszone tarasy z bambusa zbudowane specjalnie na dzisiejsza uroczystosc.

Uczestnicy pogrzebu przychodzli ubrani na czarno. Nas przywitala corka zmarlej. Przyjela od nas obowiazkowy prezent – w naszym przypadku raczej drobny, bo byl to karton papierosow - i posadzila na na bambusowym tarasie.

Srodek dziedzinca wylozono palmowymi lisciami i tam szlachtowano zwierzeta zlozone w darze. Pierwszy polegl bawol, a za nim liczne swinie. Zwierzta byly przynoszone przez kolejne grupy uczestnikow pogrzebu i konczyl swoj zywot za domem. Potem byly wnoszone na dziedzinie, gdzie kilku wprawnych rzeznikow cwiartowalo je na drobne czesci.... Przewodnik spytal czy chcemy zobaczyc jak zabiajaja swinie, ale jakos nie mielismy na to ochoty...

Zostalismy poczestowani kawa i ciasteczkami, ktore pochlonelismy w kilka sekund bo po przyjezdzie do Rantepao nie zdarzylismy zjesc sniadania. Po poludniu dostalismy kolejny poczestunek - ryz i kawalek pieczonej swinki. Aga zjadla bez smaku, ja dyskretnie pozbylem sie swinskiej czesci poczestunku...

Na dole jedna z uczestniczek ceremonii.

W drugim dniu pogrzebu zostana zabite i zjedzone bawoly. W trzecim dniu  trumna zostanie przeniesiona do wiejskiego sanktuarium. Wydrazonych w skale kryptach. Wazni i najbogatsi zmarli sa zaszycani drewnianym figurami tau tau ustawianym na balkonach sanktuarium.

To bylo wczoraj... A dzisiaj wloczylismy sie po okolicznych wioskach cieszac sie pieknymi widokami pol ryzowych.

piątek, 09 lipca 2010
9 lipca 2010, Sentani k. Jayapura, Papua

Agnieszka skarzy sie, ze to co pisze jest takie oficjalne, suche jak sprawozdanie ksiegowego. Cos jest na rzeczy… Wczoraj chcialem wrzucic w krotkim czasie duzo wiesci i wyszedl taki telegram.

No wlasnie wczoraj… Szybki zwrot akcji. Agnieszka wymeczyla na mnie wizyte na policji. Absolutnie nie ufajac skutecznosci tutejszej wladzy nie mialem na to ochoty. Jednak zona ma jest zacieta. Lepiej nie byc jej wrogiem.

Miejscowa policja dziala dosc niekonwencjonalnie. Poprzednio wysluchali naszej skargi, pokiwali glowami i obiecali przylozyc sie. Wszystko na buzie, zero pisaniny. Bo i po co. Chyba z wiary, ze wszystko i tak samo sie jakos ulozy. I tak troche sie stalo.

Znalezlismy policjanta, ktory nawet troche wladal wiadomym jezykiem. Wysluchal nas zyczliwie. Nawet cos tam pamietal z naszej poprzednie wizyty, ale nie za wiele. Teraz jednak postanowil pokazac moc miejscowej wladzy. Sciagnal szefa jakiejs organizacji przewodnikow – Justninusa Daby. A potem czynnosci poscigowe zaczal od telefonu do Martinusa. Ku pewnemu zaskoczeniu po drugiej stronie odezwal sie nasz “zbieg-przestepca”. Najpierw policjant cos mu dlugo nawrzucal, potem szef przewodnikow… Wszystko w jezyku bahasa Indonesia wiec zielonego pojecia nie mielismy o czym jest mowa. Na koncu wreczyli telefon… Agnieszce. Ta spokojnym glosem wrzucila: “oddaj draniu kase…” I poskutkowalo. Stanelo na tym, ze Martinus zgodzil sie zwrocic to co mu jeszcze zostalo. A zostalo calkiem sporo. Jednak wynikl maly problem. Martinus byl gdzies daleko i w Wamenie mial sie pojawic dopiero za trzy dni. Wtedy mielismy byc juz na Sulawezi. W tym momencie do akcji przystapil Justinus Daby. Obiecal, ze wieczorem przyjdzie do naszego hotelu i przyniesie pieniadze. Swoje wlasne. A potem odzyska je od Martinusa. Troche nam szczeki opadly. Umowilismy sie na 19-20 wieczorem. Przyznam, ze po momencie totalnego zaskoczenia przestalem wierzyc w obietnice Mr Daby. Mialby zaryzykowac calkiem spora sumke dla zupelnie obcych ludzi?... Kiedy minela 8 wieczorem, a potem 9 bylem juz pewny, ze byly to slowa na wiatr rzucone. Przed dziesiata zrobily sie jakies zamieszanie pod drzwiami naszego pokoju. Otwieram i widze pana Justinusa. Za chwile calkiem oslupialy trzymam w rece koperte z banknotami. Odzyskalismy rowno polowe pieniedzy. Dziwnie sie to kreci. Jedni kradna, inni ryzyskuja swoje pieniadze by obcym ludziom wynagrodzic strate. Dziekujemy Panu, Mr Daby.

Rankiem pozbieralismy nasze graty i w dwie minuty potem bylismy na lotnisku. To naprawde male miasteczko. Podobnie jak lotnisko. Mielismy stawic sie do odprawy o szostej rano. I przyszlismy. Podobnie jak wielu innych pasazerow. A lotnisko zamkniete na klodek. Bo to male lotnisko wiec jedna klodka wystarczy. Jednak pol godziny pozniej wrota zostaly otwarte. Pasazerski ludek wkroczyl niespiesznie i wokol okienka rejsteracji ufromowal cos na ksztalt winogrona. Trudni bylo wyczuc czy to kolejka czy tlum. Nie mialo to znaczenia. Jak okienko zostalo otwarte wszyscy nad glowami innych zaczeli wrzucac do srodka swoje bilety. Urzednik je lapal i ukladal w rowniutki szereg. Potem przepisywal nazwiska na swoja liste (albo tylko imiona – jak w naszym przypadku), cos tam naklejal i zwracal bilety. Potem przejscie przez nieczynna bramke bezpieczenstwa obok znudzonego policjanta. Mozna wniesc wszystko. Karabin maszynowy, armate, co kto sobie zamarzy. Wszystko dziala raczej jak przystanek autobusowy niz lotnisko.

W Sentani wyladowalismy przed dziewata rano. Jayapura przywitala nas lepkoupalna, wilgotna aura. Z miejsca pokrylismy potem. Witaj klimacie rownikowy.

Zatrzymalismy sie w tym samym hotelu, ale tym razem w pokoju z klima. Dawniej nie zhanbilibysmy takim wyborem…

Dzien uplynal na szwendaniu sie po okolicznych miejscowsciach. Wszystkie w zasiegu kilkunastu minut do pol godziny jazdy miejscowym bemo (pasazerskie mikrobusy jezdzace po wyznaczonych trasach). W Abepura obejrzelismy nieduze muzeum etnograficzne z calkiem przyzwoitymi zbiorami, w innej miejscowosci zajrzelismy do sklepikow z miejscowym papuaskim rekodzielem (bez efektow, ale i bez rozczarowania bo w Wamenie kupilismy kilka drobiazgow. W kazdym razie mamy dodatkowy bagaz…). Na koniec dnia postanowilismy poznac – wstyd przyznac – smak miejscowej pizzy w… Pizza Hut. Calkiem niezla choc pewnie zadziwilaby Wlochow.

Jutro mamy zamiar wreszcie wyspac sie, czyli nie zrywac sie w okolicy szostej rano (jedenasta wieczorem czasu polskiego).

Agnieszka wkleila troche zdjec. Tyle ile dalo sie przez dwie godziny pracy miejscowego internet…

czwartek, 08 lipca 2010
8 lipca 2010, Wamena, Papua

Mielismy troche zakrecone te ostatnie dni… 1 lipca mial sie rozpoczac nasz trek. Niby wszystko bylo ustalone. Nawet spisalismy rodzaj kontraktu. Jednak gdzies blad zostal popelniony. Zgodzilismy sie dac naszemu przewodnikowi zaliczke w wysokosci 30% ustalonych kosztow treku, czyli ok. 250 USD. Na drugi dzien rano Martinus,nasz przewodnik, zjawil sie o ustalonej porze w towarzystwie dwoch tragarzy. Powiedzial, ze musi jeszcze dograc sprawy z naszym powrotem z Yali samolotem misjonarzy i dogoni nas juz na trasie. Nie bardzo nam sie to spodobalo, ale po jalowej dyskusji uleglismy. I jak na razie tyle widzielismy naszego przewodnika. Martinus dal noge. Pojechalismy z naszym tragarzami – jeden troche mowil po angielsku – wynajetym samochodem do punktu startu treku. Po drodze jeszcze zahaczylismy o targowisko gdzie porterzy mieli zrobic zakupy zwynosci na cale dziewiec dni. Cos tam pokupowali i wrocili z takim sizalowym workiem. Calkiem zreszta ciezkim.

Potem dojechalismy do zerwanego mostu, przeszlismy na drugo strone rzeki i tutaj ten “troche anglojezyczny” powiedzial, ze dzwonil na jego komorke Martninus. Powiedzial, ze poczul sie zle i nie pojawi sie na treku. Kazal takze tragarzom zeby poszli dalej z nami... Nie bede opisywal dalszych perypetii tego dnia bo szkoda na to czasu. W kazdym razie wrocilismy do Wameny. Jeszcze tego samego dnia zglosilismy na policji to przykre zdarzenie.

W Wamenie z braku miejsca w poprzednim hotelu i innych podobnych przybytkach wyladowalismy w dosc paskudnej norze. Obiekt: Syiah Rial Makmur. Pokoj: dwojka z lazienka (tylko formalnie). Sciany - czesciowo pokryte muralami i napisami oddajacymi emocjonalne stany gosci, a czesciowo plamami niewiadomego pochodzenia (pewnie organicznymi). Drzwi wejsciowe - amatorska konstrukcja - pozbawione zamka. Wyposazenie - dwie drewniane rozchwiane prycze, materace pamiętające pewnie obecnosc Holendrow (kolonialną, a nie hotelową), przescieradla byc moze siegajace epoki filmu niemego. Zapach sugerowal, ze były prane, ale ich szarosc tudziez rdzawe plamy uniemozliwialy jednoznaczne rozstrzygniecie... Lazienka - cementowe mandi z woda pokryta zielonkawa rzesa co wskazywalo na pewna niechec poprzednich gosci hotelowych do ablucji. Do polewania sluzyly resztki plastykowego naczynia, ktore osadem sugerowalo, ze kiedys moglo byc urzadzeniem wielofunkcyjnym (nocnik?...). A do tego element folklorystyczny - grupa tubylcow stale okupujacych kilka dziurawych foteli w "recepcji" i rowno narabanych przez cała dobe. Skadinad ludzi calkiem sympatycznych i majacych wole dzielenia sie z bliznimi swoim stanem posiadania. A ze nic nie mieli to raczej oczekiwali od nas rewanzu. Nasza odmowe przyjmowali ze zrozumieniem i bez zlosci.

Dzien byl bardzo trudny. Stracilismy sporo pieniedzy, kilka dni i bylismy w punkcie wyjscia. Na drugi dzien z rana szarpani roznym sprzecznymi pomyslami przechodzilismy kolo lotniska i wlezlismy na poznanego juz po spotkaniu z Martinusem innego przewodnika – Sadraka Asso. Jego nazwisko nie bylo mi obce. Na podrozniczym forum bylo polecane jak osoba, ktorej mozna zaufac. Kolejna runda negocjacji i po moze godzienie mielismy zawarty uklad. Odpuscilismy sobie juz dlugi trek do Yali. Postanowilismy isc na 6 dni do blizszej krainy plemienia Dani. Ich wioski sa rozrzucone kilkanascie kilometrow od Wameny w dolinie rzeki Balien i kilku jej mniejszych doplywach. Cene za trek w moim przekonaniu ustalismy dosc dobra. Zreszta Sadrak okazal sie calkiem rzeczowy. Troche zaiskrzylo przy kwestii zaliczki, ale tutaj bylismy juz twardzi i Sadrak to rozumial.

Ostatecznie po tych perypetiach nastepnego dnia (2 lipca) ruszylismy na trek. I wszystko przebiegalo juz prawie dobrze. O tym "prawie" za chwile. Ze strony naszego przewodnika i jego dwoch tragarzy bylo wszystko w porzadku.Wedrowalismy przepieknymi dolinami rzeki Balien i Muggi. Ogladalismy papuaskie wioski. Wiele z nich jest bardzo malowniczo polozonych na stokach gorskich na niewielkich plateau. Zazwyczaj nie sa zbyt duze – kilka, kilkanascie chat. Nowszej zabudowy typu “byle jakie materialy budowlane plus blacha falista” na razie niezbyt wiele. Jezeli pojawialy sie to glownie w postacie wiejskich kosciolkow misjonarskich. Misjonarze roznych chrzescijanskich odlamow sa od 50 lat w nieustannej ofensywie i w rezultacie chyba wszyscy Papuasi zostali juz nawoceni. Niektorzy pewnie po wiele razy...


Mieszkancy dolin sa bardzo biedni. Utrzymuja sie z prymitywnego rolnictwa. Na stokach gor wypalaja niewielkie poletka, ktore po paru latach wyjalowione porzucaja. Uprawiaja glownie slodkie ziemniaki, troche warzyw. Hoduja swinie, ktore sa podstawa ich egzystencji i miernikiem zamoznosci. Ich dieta jest barzdo uboga. I wlasciwie jest to gospdarka prawie calkowcie autarkiczna. Nie maja zbyt wiele nadwyzek do sprzedania na wolnym rynku. A w swoich chatach nie maja praktycznie zadnych sprzetow i rzeczy. W jednej z wiosek nocowalismy w domu wiejskiego nauczyciela. Caly jego majatek, rzeczy osobiste miescily sie w takim w foliowej reklamowce zawieszonej na gwozdziu na scianie...

Gula gula znaczy w bahasa slodkie, slodycze albo cukierki. Zgodnie z sugestiami przewodnika mielismy spory zapas gula gula czym pewnie nie przyczynilismy sie do poprawy stanu uzebienia w dolinie.

Ludzie spotkani w naszej drodze byli przyjazni i seredczni. Istnieje zwyczaj, ze z kazdym napotkanym czlowiekie wymieniasz uscisk dloni. Wiec codziennie sciskalismy sie dziesiatki razy. Moglbym zostac politykiem. Juz mam zaliczona praktyke...

Istnial zwyczaj praktykowany gownie przez kobiety - juz na szczescie zarzucony - ze po smierci kogos bliskiego na znak zaloby ucinalo sie kawalek wlasnego palca. Jesli ktos mial duzo bliskich, a sam zyl dostatecznie dlugo to mial przerabane. Jak pani na zdjeciu, ktora stracila wiekszosc ze swoich pieciu palcow.

Starzy mezczyzni Dani – juz bardzo nieliczni – nadal ubieraja sie w sposob tradycyjny. Czyli raczej niewiele ubieraja na siebie. Tylko to cos dlugiego co nazywa sie "koteka". Skromne i oszczedne odzienie.

Pisalem wczesniej, ze bylo prawie dobrze bo... W trzecim dniu wieczorem Sadrak powiedzial nam, ze wybuchl konflikt pomiedzy roznymi klanami plemienia Dani. Byly ofiary smiertelne tych porachunkow. Generalnie linia podzialu wrogich stron byla wyznaczona nurtem rzeki Balien. Prawobrzezni przeciw lewobrzeznym. Nasz przewodnik i tragarze byli z tych drugich - lewobrzeznych. Powiedzial nam, ze nie moga isc na druga strone gdzie mielismy dreptac w czwartm i piatym dniu naszego treku. Zapewnial nas, ze ta vendetta to wewnetrzna sprawa Dani i nam nic nie grozi. To, ze naprawde boja sie spostrzeglismy nastepnego dnia. Jesli ktos nadchodzil z przeciwka to robili sie czujni, przystawali, przygladali sie wzajemnie z daleka... Zmniejszyl sie tez poziom wczesniej poznanej wylewnosci. Czulo sie niepewnosc i niepokoj.

A wyzej poznana przez nas rodzina, ktora szykuje sie do kolacji wokol pieca, a raczej stosu goracych kamieni. Pan domu na nasza czesc i przede wszystki w nadziei na pieniadze za fotke wsadzil sobie kosc w nos!

Mimo tych kilku nieplanowanych zdarzen trek byl dobra przygoda. Jutro wracamy do Jayapury, gdzie spedzimy jeszcze dwa dni. A niedziele lecimy na Sulawesi.