podróże
RSS
niedziela, 26 lipca 2009
Kraków, 26 lipca

W domku. Zwariowany powrót zajął nam 38 godzin. Air Asią z Kota Kinabalu do Singapuru, Emirates Airlines z Singapuru do Monachium z dwoma miedzylądowaniami w Colombo i Dubaju, wreszcie Lufthansa z Monachium do Krakowa. Skomplikowane i męczące. I to byłoby na tyle. Koniec pisaniny.

20:58, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
środa, 22 lipca 2009
Kota Kinabalu, 22 lipca

Coraz blizej do domu...

Za dwa dni odlatujemy w droge powrotna. Jak zawsze podroz blyskawicznie zleciala. Dopiero pakowalismy plecaki…

Po opuszczeniu rajskiej wyspy Mabul pojechalismy zobaczyc – widac nie moze sie nam znudzic – dzungle nad rzeka Kinabatangan. Nie udalo sie nam zdobyc miejsc w najbardziej popularnym (i pewnie pieknym) campie u Uncle Tana (skad u nich ten familiarny sposob nazywania swoich fabryczek do obdziernia turystow z mamony? Bylismy juz u jednego “wujka” Changa, a o maly wlos trafilibysmy do nastepnego skosnookiego “wujka”…). Pojechalismy wiec do malenkiej wioski Sukau lezacej blizej cywilizacji. Wczesniejszy przejazd busem z Semporny do Sandakan i potem do Sukau (cala wschodnia czesc Borneo) byl troche przygnebiajacy. Wszedzie dzungla zostala wycieta, a jej miejsce zajely niekonczace sie szeregi palm olejowych. Na zdjeciu wyglada to malowniczo – taki dywan zieleni – ale niech to nie myli. To cmentarz pierwotnej przyrody. Przemyslowa produkcja na wielka skale. Dzungla zostala spacyfikowana i zepchnieta do rezerwatow.

W Sukau zamieszkalismy w przepieknym drewnianym domu na palach, ozdoba ktorego byla wielka weranda. Siedzielismy wieczorami popijac resztki filipinskiego, przemytniczego rumu i sluchajac odglosow pobliskiej dzungli. W dzien plywalismy lodzia podgladaja przybrzezno-nadrzewne zycie. Glownie malpiszony. W koncu udalo sie nam spotkac przedziwne proboscisy. Sporych rozmiarow malpy o wielkich brzuchach i zamyslonych twarzach, o urodzie ktorych stanowia wielkie i zabawne nosy (Aga twierdzi, ze podobne do mojego, ale ja wiem, ze to nieprawda!).

Mglisty poranek nad Kinabatangan

Zafrasowany proboscis. Wyglada jakby rozwazal cos fundamentalnego.

A to inny "nochal". Raczej trudno je fotografowac bo siedza w listowiu. A na widok lodzi maja zwyczaj odwracac sie tylem. Mamy wiec spora kolekcje tlustych zadkow z ogonami.

I jeszcze jeden...

A to jaszczurka o niezlych parametrach.

I troche mniejszy egzemplarz

Makak smakosz

Rodzinka

Nie jestem grozny, tylko ziewam... Uzebienie budzi szacunek.

I drobny przedstawciel fauny

Nastepnym przystankiem po Sukau by park narodowy Mt. Kinabalu. Najwyzszy szczyt pomiedzy Himalajami i Nowa Gwinea. Prawie 4100 metrow w drodze do nieba. Gora przywitala nas chlodem jak Zakopane. Moze zreszta tak tylko nam sie wydawalo po ostatnich rekordach temperatury? (Nie mamy termometru, ale w Sandakanie bylo chyba powyzej 40 stopni). Zatrzymalismy sie w milym hostelu polozonym na wysokosci 1500 m. Od razu pobieglismy do office’u Parku zapytac czy sa wolne miejsca na wejscie na szczyt. Liczba osob, ktorzy kazdego dnia moga wejsc na gore jest ograniczona. Tak jak pesymistycznie przypuszczalismy limit jest zarezerowany na wiele dni do przodu. Nie bylo szansy. Musielismy pocieszyc sie szwendaniem po nizej polozonych trasch. Poznym popoludniem skutecznie przegnala nas stamtad potezna ulewa. Troche rozczarowani, zmoczeni i odrobine zmarznieci (!) postanowlismy ewakuowac sie nastepnego dnia (to dzisiaj) do “cieplych krajow”, czyli do Kota Kinabalu. Miasta na wybrzezu i naszego ostatniego przystanku przed powrotem.

Czekajac na busik w poblizu bramy Parku zlapalismy okazje do Kota Kinabalu. W drodze mily kierowca powiedzial, ze jest Pakistanczykiem. Ma dwie zony i mnostwo dzieciakow. Zeby bylo ciekawiej jedna polowica mieszka na Borneo, a druga w Pakistanie. Z kazda spedza na przemian kolejny rok. I jak powiedzial z usmiechem – wszyscy sa szczesliwi… Hmm…

Mt. Kinabalu

Jutro ostatni caly dzien dla nas. Jedziemy na pobliska wysepke Mamutik jeszcze troche po snorkowac. Podobno jest tam calkiem fajna rafa koralowa. Takie pozegnanie z cieplymi (bardzo!) wodami morz poludniowych.

Kasiu, jedzenie jest super. Chyba nigdy na wyjazdach tak nie zarlismy! Borneo malezyjskie jest kosmpolityczne. Tutaj sa obecne wszystkie nacje Azji (i ich kuchnie). Wiec zaleznie od humoru jemy albo po chinsku, albo po indyjsku (pysznie!), albo tajsku, malajsku, a nawet lewantynsku. Do tego mnostwo ryb. No i oczywiscie owoce. Dzisiaj bylismy na pobliskim targu warzywno-owocowym. Duzym – taki Kleparz razy kilka. Na straganach mozna kupic porcjowane owoce podane na styropianowej tacce. Za jednego ringgita. Wiec mlocimy tacke za tacka. Pycha. Bedzie nam tego brakowalo.

10:37, jacekstefanski
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 lipca 2009
Mabul, 17 lipca

Slodkie szesc dni... Szybko przelecialo.

Szesc dni temu poplynelismy szybko lodzia z Semporny na wyspe Mabul. Poczatek byl z malymi przygodami. Silny wiatr wzburzyl morze. Pedzaca matorowka wbijala sie w fale wyrzucajac fontany wody prosto na nasze glowy i zlozone na dnie plecaki. Po godzinie szalonej jazdy dobilismy do pomostu Uncle Changa kompletnie przmoczeni i rozchwiani kolysaniem.

Resort Uncle Changa - tak nazywa sie grupka stojacych na palach wbitnych w morskie dno drewnianych pawilonow (“pawilonow” to okreslenie dla marzycieli, dla sceptykow bardziej pasuje slowo “baraczkow”...). Wszystko polaczone pomostami. A pod spodem woda. Rankiem moze metr pod deskami podlog, po wieczornym odplywie o poltora metra nizej. Warunki raczej proste (inni moze woleliby uzyc okreslenia “spartanskie”, ale to mocno przesadzone). Pokoje sa skromnie umeblowane w zbite z desek wyrko i kilka gwozdzi w scianie. Domki Wujka Changa glownie zaludniaja nurkujacy i w mniejszosci snorkele (to my). Poza tym troche zwyklych turystow, ktorzy nie wiadomo co robia. Pojawiaja sie takze stateczni rodzice obarczenie malymi dziecmi. Jedni wpadaja na dzien, dwa, inni na troche dluzej. Sa tacy, ktorym wyspa przestawia cos w mozgu i potem walcza o kazdy dodatkowy dzien byle tylko troche przedluzyc tutaj pobyt. Ilosc miejsc jest niewielka, a chetnych sporo. Ludzie bookuja miejsca z wielotygodniowym wyprzedzeniem. My mielismy troche szczescia. Pojawila sie luka, a my na nia trafilismy. Na kilka bardzo fajnych dni w pieknym miejscu. Takim, ktore zasluguje na osobna polke w biblioteczce naszych wspomnien.

Czesc wyspy zajmuje wioska rybacka - “miasto dzieci”. Takie bylo pierwsze skojarzenie kiedy przeszlismy kilkanascie metrow pomostami i wkroczylismy w labirynt domkow i chat na palach. W plataninie drozek i sciezek zobaczylismy dziesiatki biegajacych, bawiacych sie, a czasami nic nierobiacych dzieci. Wydawalo sie, ze na kazdego doroslego przypadalo z tuzin smykow. Skad tyle dzieciakow? Aparat fotograficzny dzialal na nie magnetyzujaco. Na jego widok zaraz zbiegala sie gromadka dzieciakow. Przepychala sie przed obiektyw. "Pikczer", "pikczer"... A potem "luk", "luk"... I radosc ogladania na ekraniku aparatu Agnieszki.

 

 

 

A wokol wyspy - to po co tutaj sie przyjezdza – plaza z koralowego piasku, palmy i rafy.

 

 

Szybko wbilismy sie w codzienna rutyne. Po sniadaniu elita w gumowych garniturkach, piankowych kamizelkach, zbrojna w tlenowe butle i maski wsiadala do lodzi, a z nimi ich master diversi i ruszala na podboj glebin. Inni (my), skromne snoorkle, dzierzac tylko maski, fajki i pletwy rozbiegala sie na pomosty i plaze. A czasami przyklejalismy sie do lodzi z nurkami by zobaczyc dalej polozone rafy. Bajkowy podwodny swiat. Potem obiadek i znowu do wody. A wieczorem przesiadywanie na pomostach nad przemycanym filipinskim rumem. Dlugie pogaduchy i wypatrywanie wielkich morskich zolwi, ktore przyplywaly tuz tuz pod nasze chatki.

Jak to na dluzszych przystankach nowe znajomosci. Powstala calkiem spora ekipa niezwykle sympatycznych rodakow z kosmopolitycznymi konotacjami.

W poniedzialek poplynelismy na plycizne Kapalai. Wokol niej pierscien rafy. Lodz wyrzucila nas do wody. Nurkowie zanurzyli sie, a my snulismy sie pomiedzy koralowcami, ukwialami, lawicamu malych i wiekszych ryb. Agnieszka wypatrzyla wielkiego zolwia, ktory majestatycznie wioslowal kilka metrow pod nami. Dlugo plynalem nad nim, a on troche nizej, troche wyzej, az wreszcie przepadl w glebinach.

U Uncle Changa na najwiekszym pomoscie jest jadalnia. Wsrod stalych bywalcow gromadka rozkapryszonych kotow. Przedwczoraj poznym wieczorem (bardzo, ale to bardzo poznym - wiadomo, filipinski rum i dobra kompania) dwa koty niespodziewanie postanowily zamieszkac z nami w pokoju. Zostaly weksmitowane choc bardzo protestowaly. A potem zerwala sie potezna wichura, niebo otwarlo wrota wodospadu. Wszystko ozylo, domki sie ruszaly, chwialy, trzeszczaly...

Tej nocy historia powtorzyla sie. Wieczorem przez uchylone drzwi wsliznal sie do pokoju kot i przycupnal pod lozkiem. Jak one to wyczywuja, ze nadchodzi wielki wiatr?... O w pol do trzeciej nad ranem obudzil nas wielki huk. Domki dygotaly pod naporem narastajacej wichury. Niektorzy zaczeli sie na wszelki wypadek pakowac (po co?...). Potem wiatr troche uspokoil sie, tylko ulewa ogluszajaco bebnila w dach.

Jutro ruszamy dalej do Sandakanu.

 

 

14:57, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 lipca 2009
Semporna, 11 lipca

Agnieszka uzupelnila zdjecia w dwoch poprzednich wpisach wiec jesli ktos ma ochote pogapic sie troche – zapraszam.

Dzisiaj dojechalismy do Semporny. To nasz najdalszy punkt. Dalej juz tylko powrot. Brunei opuscilismy wczoraj rano. Miniaturowe i nieprzyzwocie bogate panstewko, ktorego wlascicielem jest sultan. Ogladalismy jego gigantyczne portretowe zdjecia rozwieszone w centrum stolicy na wielkich banerach (fotki zrobione chyba ze 20 late temu, kiedy byl jeszcze mlody i piekny). Za pare dni sultan bedzie obchodzil swoje 63 urodziny wiec lud raduje. sie Glowna ulice obwieszono tysiacami kolorowych lampek i w nocy stolica wyglada jak Disneyland. Wladca zafundowal swoim poddanym darmowe szkolnictwo, sluzbe zdrowia i kazdemu emeryture – nawet jesli nigdy nie zhanbil sie praca. I pewnie ta hojnosc niespecjalnie uszczuplila skarbonke sultana.

Bander Seri Begawan – tak nazywa sie stolica Brunei – to male i troche senne miasteczko. Jego centrum wyznacza sporej wielkosci meczet ufundowany oczywiscie przez sultana. Spore i niezbyt piekne betonowe gmaszysko z wielka kopula pokryta czystym zlotem. Z jednej strony meczetu od frontu rozlozyl sie niewielki kwartal ulic zapelniony nowoczesnymi budynkami administracyjnymi, handlowymi, hotelami, a z jego drugiej strony zaczyna sie labirynt malych domkow stojacych na palach w plataninie rzeki i licznych wodnych kanalow. Domki polaczone sa labiryntem drewnianych pomostow. Niektorym przybyszom z Europy miasto na wodzie kojarzy sie nieslusznie ze slamsem. A to po prostu zwykle miejsce do zycia, wcale nie gorsze niz w naszych polskich blokach.

 

 

 

Po poludniu doplynelismy, z przesiadka na wyspie Labuan, do chyba najwiekszego miasta malezyjskiego Borneo – Kota Kinabalu. Nie zabawilismy tu dlugo. Ledwie 3 godziny. Tyle by pojechac na terminal dalekobieznych autobusow i od 19.30 kontynuowac podroz. Dlugi nocny przejazd. Przed switem dojechalismy do nadmorskiej Semporny. Dla jego mieszkancow to przystan rybacka, wielkie owocowo-rybne targowisko i kilkadziesiat krzyzujacych sie uliczek. Dla turystow zas to centrum nurkowania. Codziennie rankiem wyplywaja z przystani w strone pobliskich raf koralowych lodzie pelne ludzi z akwalungami. Inni przeplywaja do pobliskich wysepek, gdzie czekaja na nich plaze, przybrzezna rafa i niewielkie resorty z domkami do wynajecia Na jednej z nich – Mabul Island – jutro rowniez i my zamelinujemy sie na 5 dni! Pewnie przez ten czas nie bede mial dostepu do internetu wiec przede mna kilka dni milczenia...

Marcinie, dzieki za wpis. Miesnie po wejsciu na Pinnacles jeszcze ciagle czujemy.

10:38, jacekstefanski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 lipca 2009
Brunei i kilka dni wczesniej, 9 lipca

Zobaczylismy Pinacles. Duza sprawa.

W poniedzialek rano pofrunelismy do Parku Narodowego Mulu. Krociutki 20-minutowy lot. Centrum parku – tam gdzie turyscie spia, jedza  i skad codziennie wyruszaja ze swoimi przewodnikami na mniejsze lub wieksze eskapady po okolicy – nie zobaczylismy. Na lotnisku czekal na nas facet, ktory zapakowal nas do lodzi i od razu poplynelismy w strone polozonego w dzungli Campu 5. Ostatni odcinek do campu pokonalismy 3-godzinnym marszem przez zielska.

Oboz (Camp 5) to pawilon o prostej, azurowej konstrukcji. Pod jednym dachem miesci sie wspolna kuchnia, weranda ze stolami do posilkow, toaleta i piec 10-osobowych dormitorow.

Nim dzien sie skonczyl niebo zasnulo sie ciemnymi chmurami. Mulu to jest z najbardziej mokrych miejsc na ziemi. Srednia roczna opadow wynosi 6000 mm. Oznacza, ze tam wlasciwie codziennie pada. Czasami bardziej, czasami mniej. W trakcie naszego pobytu mniej. W pierwszym dniu zaczelo o piatej i lalo, lalo. Skonczylo gdzies w srodku nocy. A na drugi dzien to samo tylko o dwie godziny wczesniej… Tak wiec oznaczalo to, ze jednak mniej padalo.

Wieczorem na werandzie zebrano grupe ludzi (w tym i nasza dwojke), ktorzy mieli nastepnego dnia wlazcic na punkt skad sa bardzo dobrze widoczne pinnacles. Spotkanie prowadzila Syria – rangers (straznik) parku i nasz jutrzejszy przewodnik. Ladna dziewczyna o mocnej sylwetce. Jakos tak skojarzyla mi sie popularna literacka wizja “sierzanta piechoty morskiej”. Mowila bardzo konkretnie i dosc konkretnie nas postraszyla. Mamy byc punktualni, posluszni, ostrozni, itp, itd. Na drugi dzien Syria okazala sie swietnym kompanem, ale takze wyczulonym i kompetentnym opiekunem naszej grupy.

Co to jest, czy raczej sa Pinnacles?... W polowie wysokosci zbocza Mount Mulu jest takie siodlo w ktorym niewidoczne z dolu gory stercza na 45 metrow ponad korone drzew fantazyjne, kamienne ostroslupy. Niesamowity widok. Taki  las szpikulcow. By je zobaczyc trzeba pokonac od punktu startu do niewielkiej polki skalnej zaledwie 2400 metrow. Ale za to jakich… Zaczyna sie na wyskosci  50 m, a konczy na 1175. Sredni kat nachylenia zbocza to 45 stopni, a ostatnie 400 metrow to raczej pion z linami i drabinkami. Na dwutysiecznym metrze jest punkt krytyczny. Jesli ktos nie dojedzie do niego przed godzina jedenasta to musi zawrocic. Inaczej zmrok go dopadnie nim zejdzie do Campu.

Wyszlismy tuz po szostej rano. Syria od razu narzucila mordercze tempo jakby chciala wykonczyc tych slabszych co nie maja szansy na wejscie. Trasa pnie sie prosto do gory bez zadnych zawijasow i bez jednego nawet malenkiego plaskiego odcinka. Bez przerwy pod gore. Sciezke tworzy zwarta platanina korzeni i skalnego, bardzo ostrego skalnego gruzu.

Odcinek do pierwszego postoju (900 m) zrobilismy zaledwie w godzine. Ale… Potwornie zziajani, kompletnie mokrzy od potu i juz okropnie zmeczeni. Klimat tropkow robil swoje. Powietrze, choc niezbyt gorace, jest bardzo wilgotne. Trudno sie nim oddycha. Na postoju zostawilismy zapas wody na powrotna droge. I znowu do gory. Syria zapowiedzial, ze teraz bedzie troche wolniejsze tempo bo do dwutysiecznego metra sciezka robi sie trudniejsza. I rzeczywiscie od tej chwili stalismy sie “czwororeczni”. Rece pracowaly na rowni z nogami. Dla mnie (Aga tez tak twierdzi) okazal sie to zbawienne. Po pierwszym odcinku czulem, ze juz mam mocno przeciazanie kolana. A teraz czesc wysilku przejely ramiona. Zlapalismy dobry rytm i choc wielkim wysilkiem to jednak w dobrej formie dotarlismy do “krytycznego punktu” pare minut po dziewiatej. Nasza 13-osobowa grupa rozsypala sie. Jedna dziewczyna zawrocila, a 6-osobowa grupka mlodych Chinczykow zostala z tylu.

A potem byla zabawa z linami i drabinkami. Super rzecz. Calkiem dobrze sobie z tym radzilismy. Przed godzina jedenasta bylismy na miejscu. Olsnieni nie tylko widokiem, ale rownie zadowoleni, ze dalismy rade. Siedzielimy i napawalismy sie widokami, a Chinczycy pojedynczo skrobali sie na poleczke. Kiedy po 40 minutach zbieralismy sie do zejscia, ku przerazeniu Syrii, na polce pojawil sie chwiejnym krokiem, szary ze zmeczenia ostatni z Chinczykow.

Powrot to byla juz inna bajka. Prawdziwy horror. Zajal nam wiecej czasu niz wejscie. Jeszcze ten odcinek z drabinkami poszedl nam calkiem sprawnie. Ale pozniej bylo coraz gorzej. Schodzenie jest czesto duzo trudniejsze od wchodzenia. W tym przypadku na 100 procent. Niekonczaca sie sciezka. Narastajacy bol kolan i miesni. Nogi zamieniajace sie w drewno. Ogrommne zmeczenie. Na ostatnich kilkuset metrach to bylo juz raczej spelzanie, a nie schodzenie… Ale radocha wielka.

Wieczorem uczcilismy “sukces” najdrozszym piwem w Malezji. Puszka po 15 ringgitow. Taka cena za pieszy transport przez dzungle.

Na drugie dzien nogi mielismy jak z drewna. Dzisiaj juz tylko bardzo bola miesnie ud i ramion.

A co poza tym?... Wczoraj kontynuowalismy nasz trek 11 km marszem przez zupelnie lagodna i pokojowa nastawiona dzungle, splywalismy po rzece, nocowalismy w dlugim domu plemienia Tambu. A dzisiaj rzeka, samochodem i na koniec busem dotarlismy do Brunei, gdzie ku naszej uldze czekaly na nas nasze plecaki!

09:35, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 lipca 2009
Miri, 5 lipca

Nasze zmartwienia z poprzedniego dnia rozwiazalismy jeszcze tego wieczoru. Przy pomocy pani z recepcji naszego hostelu. Niezwykle przedsiebiorcza kobieta. Takie tajne, jednoosobowe biuro podrozy. My kupilismy przez internet bilety na samolocik do Mulu na jutro, a ona zalatwila nam podczepienie sie pod grupe, ktora takze jutro rusza na kilkudniowy trek szlakiem headhunters'ow. Po drodze mamy zaliczyc trudne wejscie na Pinnacles (jezeli uda sie nam tam wskrobac to wtedy zdradze tajemnice co kryje sie pod ta nazwa), a potem taka zwykla mordega w dzungli w sumie przez cztery dni. Pani z recepcji rozwiazala takze najwiekszy problem zwiazany z tym trekiem - nasz spore plecaki. Nie bardzo widze nas dralujacych przez las z takimi paczkami na plecach. Wiec zabieramy ze soba tylko minimum rzeczy w malych plecaczkach, a duze toboly pojada "same" do Brunei i gdzie tam beda na nas czekac. Wielkie dzieki pani z recepcji. Oczywiscie o ile plecaki do nas wroca za pare dni...

Dzisiaj pojechalismy do jaskin w Niah kilkadziesiat kilometrow od Miri. Kilka ogromnych pieczar o fanastycznym gotyckim wnetrzu. Przyjedzcie, warto zobaczyc. Troche znowu wloczylismy sie po dzungli. Takiej pieknej i bardzo relaksowo urzadzonej do zwiedzania. Jak to w parku. Wedruje sie drewnianym pomostem wielokilometrowej dlugosci. Agnieszka zaczyna juz marudzic, ze ciagle lazimy i lazimy po zielsku. Wiec pewnie zaraz po treku z Mulu spadamy na dluzej nad morze - rafa, snoorkling i takie tam nic nierobienie. Jednym slowem troche lenistwa. Przez ostatnie kilkanascie dni dosc intensywnie wedrowalismy wiec potrzebujemy odsapki...


I to chyba na razie tyle. Przez kilka dni nic nie napisze. Chyba, ze w napotkanym longhouse'ie bedzie internet. Tutaj wszystko jest mozliwe.

12:11, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 lipca 2009
Miri, 4 lipca

Kolejny przystanek w drodze. Przez ostatnie dni przeplynelismy z Kapit do Belagi, w ktorej zrobilismy krociutki dwudniowy wypad po okolicy, zostalismy na noc w longhouse'ie Kayanisow - to jedno z plemion Dajakow - a dzisiaj troche wertepami, troche asfaltem po 8 godzinach jazdy dotarlismy do Miri. Czyli zakonczylismy odcinek trasy wzdluz rzeki Rejang.

Rejs "ekspress boat" z Kapit do Belagi okazal sie sympatyczna przygoda. I nie dlatego, ze przez ponad 5 godzin mielismy siedziec zamknieci w puszce klimatyzowanej kabiny z nosami w przygodach komisarza Wallandera (w moim przypadku, Aga czyta ambitniejsza literature, na ktora i ja jestem nieuchronnie skazany). Porzucilismy nasze wygodne fotele i wdrapalismy sie na gorny poklad pomiedzy powiazen sznurami paczki, meble, kury w kojcach, worki ryzu. Okazalo sie calkiem wygodnie, a widoki przez kilka godzin byl super...

A.K. na pokladzie szybkie lodzi.

i widoczki po drodze

Belaga to takie miasteczko troche jak z westernow. Wlasciwie jest tylko jedna uliczka zwarcie zabudowana szeregiem moze dwudziestu niewysokich budynkow. A w nich knajpki, sklepy i trzy hotele. Wszystkie frontem do rzeki. Wokol uliczki "centrum miasta" w promieniu kilkuset metrow troche luzno stojacych budynkow. I na tym konczy sie Belaga. Atmosfera totalnego luzu i lenistwa. Ludzie niespesznie czlapia, w sklepach bardziej plotkuja niz kupuja, a knajpach faceci od rana siedza nad piwem. Tak nawiasem mowiac w tym bylo nie bylo muzulmanskim kraju dostep do alkoholu jest bezproblemowy. Piwo i inne trunki sa w sklepach i prawie w kazdej restauracji czy knajpce – o ile nie prowadza ja wyznawcy Allaha.

W srodkowej czesci uliczki Belagi jest sala bilardowe, przed ktora na laweczce prowdzi swoja wirtualna agencje turystyczna Louis – jeden z trzech koncesjonowanych przewodnikow w Beladze. Dwoch pozostalych nie dane bylo nam spotkac. Louis zaproponowal nam i trojce innych przybyszow pomysly jak mozna spedzic najblizsze dni. Wybralismy, kazda czesc tej ekipy troche niezaleznie, ale w sumie zgodnie opcje krotkiego wypadu lodzia do ladniejszych zakatkow oraz popoludniem do longhouse'u gdzie mielismy zostac na noc.

Wyprawa malenka. Miejsca pokazane sliczne. Pierwsze to burzliwe rapidy na rzece, a drugie to malenki wodospad schowany w dzungli.

pijawka tez sie trafila

A potem longhouse. Uczucia mieszane. Agnieszka troche nie bez racji skomentowala, ze to przypomina barak mieszkalny. Bo w sumie obecnie troche tak jest w rzeczywistosci. Zamieszkaly przez robotnikow lesnych. W miejsce dawnej budowli wzniesiono iles tam lat temu (kilkanascie? kilkadziesiat?) cos na bazie dawnej koncepcji architektonicznej longhouse'u. I w tym klimacie znakomicie sie sprawdzajacej. Gigantyczna weranda komunikacyjnie spajajca ciag nieduzych pomieszczen. To w sumie sympatyczne. Ludzie wieczorami troche przesiaduja na wernadzie, gadaja ze soba. Ale juz tylko troche bo w kazdym (?) mieszkaniu blyszczy “niebieskie”oko telewizora. Zreszta wyposazenie mieszkania, w ktorym nocowalismy, bylo takie w pol drogi miedzy wkradajaca sie nowoczesnoscia i prostota zycia na wsi. Procz telewizora byly wiec pralka automatyczna (!), odtwarzacz dvd, kuchnia gazowa (ale obok tradycyjne palenisko na drzewo, na ktorym nadal sporo gotuja), meble jak z naszego blokowiska. Jednak kibelek (dobrze ze nie trzeba do lasu...) to drewniana budka obok kuchni z dziura w podlodze, ale i z rura do niej pdpieta, ktora gdzies biegnie. A bathroom to druga kabinka z kurkiem, miednica i pojemniczkiem do polewania.

Z czego zyja mieszkancy wsi? Glownie z rabunku dzungli. Czyli wycinaja cenne drzewa. A to co zostaje staje sie tym co nazywaja – gdzies w naszej drodze padlo takie okreslenie – second jungle. Jakby dzungla z drugiej reki. Pozbawiona nie tylko cennych, szlachetnych drzew, ale generalnie wszystkich drzew odpowiedniej grubosci i wieku. Rany zadane tropikalnemu lasowi szybko zablizniaja sie. Z pozoru nic nie widac, ale to dzungla rachitycznych drzew, krzakow i chwastow

Czego spodziewalismy sie po wizycie w longhouse'ie? Moze troche takich klimatow jakie poznalismy w gorach polnocnej Tajlandii, w Laosie, czy w polnocnym Wietnamie, albo w kilku innych krajach. Wiec jakis smaczek rozczarowania. Z drugiej strony trudno przeciez powstrzymac zmiany. To troche tak jakby przyjezdzajac do Polski wyrazac zal, ze juz nie ma strzecha krytych chat. Nie ma. To sie skonczylo. Przyszlo cos brzydszego, byle jakiego, jednak dla miejscowej ludnosci oznacza to zmiane - i choc trudno moze sie z tym pogodzic – na lepsze.

Dzisiaj dojechalismy do Miri. Dalsze nasze plany sa dosc mglawicowe. Niestety na poczatek lekki, ale zimny prysznic. We wczesniej namierzonym przez Age hostelu nie bylo juz wolnych pokojow. Tylko dormitor. Sypmatyczna pani w recepcji powiedziala, ze w Miri nie ma juz tanich miesjc. Wszystko zajete. Rozpoczal sie sezon turystyczny i wszedzie pelno przyjezdnych.W parkach narodowych wszystkie miejsca za juz zabookowane. Chcielismy leciec samolotem do parku w Mulu. I nawet w internecie znalezlismy na poniedzialek miejsca, ale postraszono nas, ze co z tego, kiedy wszyscy przewodnicy sa juz zakontarktowani. A po parku raczej nie wolno sie szwendac bez quide'a, przynajmniej na trekowych trasach. Mamy wiec myslenice. Jutro chyba pojedziemy zobaczyc jasknie w Niah.

12:10, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lipca 2009
Kapit, 1 lipca

Kuching zostalo juz za nami... Wczoraj mielismy wczesna pobudke. Opuszczamy wybrzeze, a przed nami droga w glab Sarawaku. Dla wygody i szybkosci wybieramy szybki prom do Sibu - to miasta w polowie naszej trasy do Kapit. Rankiem wsiadamy na poklad ekperesowego stateczku. Nieduzy poklad na nadubdowce blyskawicznie zapelnil sie sterta bagazy. Spod wielkie plachty kryjacej cos wielkiego i szesciennego dochodzil wrzask kurczat. Pod pokladem sa dwie obszerne mesy z lotniczymi, calkiem wygodnymi siedzeniami. Jednak szybko tracimy ochote na wygody. Wiedzielismy, ze na promie klima dziala ostro, ale... To nie klima tylko zamrazarka. Wrocilismy na poklad. Zreszta stad byl fajniejsze widoki. Po 5 godzininach dobilismy do Sibu, sporego miasta lezacego nad rzeka Rajang kilkadziesiat kilometrow od morza.

Tutaj przesiedlismy sie na "ekspress boat" czyli taki rzeczny dalekobiezny bus. Zasuwa bardzo szybko. Jednak pasazerow zamykaja w kabinie jak puszce (takze z zamrazarka, choc o niebo slabsza niz na poprzednim promie), a dla desperatow, ktorym braklo siedzen, pozostaje obly ksztalt pokladu i piekne widoki. Co jakis czas przybijalismy do brzegu, czasami do niewielkiego pomostu, czasami wprost do gliniastego, stromego brzegu. Jedni wsiadali, inni wyskakiwali. Wiele razy musielismy zwalniac bo nurt wody niosl ogromne ilosci rzewnego zlomu - galezie, niekiedy cale pnie drzew. Wtedy sternik robil zgrabny slalom. Oba wysokie i powaldowane brzegi porasta gesta dzungla. Rejang nazywaja mala Amazonka i cos w tym jest na rzeczy. Po niecalych 4 godzinach doplynelismy do Kapit.

To ponizej to wprawdzie nie nasz "krol rzek", ale jego blizniak.

I moment tuz po zacumowaniu. Oba zdjecia Aga zrobila z okna naszego pokoju o wdziecznej nazwie "Hiap Chiong". Ciekawe co to znaczy.

I te zdjecia tez z naszej hotelowej komnaty. Mozna zwiedzac nie ruszajac sie z pokoju...

Kapit nie jest zbyt duzym miastem. Zaledwie kilka ulic, pare hoteli, urzedy (to stolica dystryktu), targowisko, sporo knajpek... Wokol miasteczka mnostwo wsi, a raczej longhouse'ow Ibanow (to jeden z odlamow Dajakow). Zycie w Kapit zamiera po szostej wieczorem. W pare minut zamykaja sklepy i knajpy ( na szczescie nie wszystkie). Dziala za to nocny marekt. To bynajmniej nie miejsce wieczornych zakupow, tylko placyk na ktorym tylko po zmroku zaczyna dzialac kilkanascie knajpek pod chmurka. To wieczorem umowilismy z poznanym w porcie rzecznym facetem (bez zludzen - to o nas wyczail w tlumie wysiadajacych pasazerow. To nie bylo trudne. Oprocz naszej dwojki przyplynela jeszcze tylko jedna "blada twarz"). Joshua Mudu jest tutaj monopolista na organizowanie trekow (2-, 3- i wiecej-dniowych), ale ceny, ktore nam zaproponowal byly zupelnie astronomiczne. Za 3-dniowy 680 rynggitow (to tyle samo zlotych) od osoby. W Agnieszce zawrzalo. Facet widzial, ze zle zaczynamy znosic jego obecnosc wiec baknal, ze moze 500, ale juz absolutnie nizej nie moze. Zimne pozegnanie.

Ranek przywital nas deszczemu i szarym niebem, ale potem - tak tu dziala kilmat - slonce zaczelo wygrywac. Po sniadaniu w chinskiej knajpie poszlismy na targowisko. Swiatlo z chmurnego nieba kiepskie, ale A. pare zdjec machnela.

Handel durianami cuchnacym jak tygodniowe skarpetki

A to dla smakoszy...

Nie wyszlo z miejscowym specem od trekow to sami sobie zroganizowalismy maly wypad do longhouse'u. Dajakowie wymyslili oryginalne rozwiazanie na wioske. Zamiast po balaganiarsku budowac mnostwo domkow buduja jeden lub dwa, ale za to duze. W srodku pod dachem jest dlugi korytarz, z ktorego wchodzi sie do poszczegolnych odrebnych mieszkan. Niestety tradycyjny budownictwo juz sie konczy wypierane przez - jak w calej Azji - tani cement, eternit i blache falista.

Mieszkancy przyjeli nas roznie. Nie z jakas szczegolna serdecznoscia, raczej grzecznym dystansem. Ale z jedna rodzinka troche sie zakumplowalismy. Nie bezintersownie. Bo opchneli na swoj tradycyjny wyrob z importowanych chinskich koralikow. Ale dzieki temu bez nadmiernego skrepowania moglismy cyknac kilka zdjec w srodku.

Pora konczyc, zaraz zamykaja cyber kawiarenke. Jutro odplywa do Belagi. Czeka nas 5 godzin na rzece. Mimo, ze z trekiem nic nie wyszlo to jednak nie zalujemy, ze tu przyjechalismy. Lubimy szukac sladow tardycyjnej i odchodzacej w przeszlosc Azji. Jest tego co raz mniej. Na tegorocznej naszej trasie to na razie pojedyncze wysepki w morzu azjatyckiego XXI wieku (no moze jeszcze nie takiego jak w Szanghaju). I pewnie dalej nie bedzie tego wiele wiecej. Ale za to przyroda jest piekna. Mimo, ze rabia okrutnie drzewa (mase scietych drzew w stosach zalega np. brzeg w Kapit, po drodze widzielsmy sporo takich cmentarzy drzew) to dzungla w Sarwaku nadal robi wrazenie.

13:18, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »