podróże
RSS
czwartek, 30 czerwca 2011
28-30 czerwca, Sri Lanka, Dambulla, Sigiriya, Polonnaruwa

Tempo naszej podrozy zdecydowanie wyprzedza moje blogowe mozliwosci. Przedwczoraj byla Dambulla, wczoraj Sigiriya, a dzisiaj Polonnaruwa. Komus mowia cos te nazwy?... Raczej nie. Kazda z nich to miescina bez znaczenia. Ciekawymi czyni je spadek przeszlosci. W Dambulli to 5 pieczar w buddyjskim klasztorze wypelnionych figurami i sciennymi malowidlami.

W Sigiryi z plaskiej przestrzeni wylania sie stumetrowa stroma skala troche przypominajaca ksztaltem paczek. Historia jak z szekspirowskich dramatow. Syn watpliwego pochodzenia zabija ojca-krola i zasiada na tronie. Prawowity nastepca tronu, przyrodni brat, ucieka do Indii. Uzurpator obawiajac sie zemsty na niedostepnej skale buduje bajowy zamek-fortece. Pelen niezwyklych rozwiazan technicznych. Na szczycie powstal palace krolewski z cysternami gromadzacymi wode, wspanialym basenem, fontannami i ogrodami.  Po latach jednak zemsta sie dokonala… A skale we wladanie przejeli buddyjscy mnisi. I zyli sobie tam calkiem wygodnie nieszczegolnie chyba holdujac ascezie…

Na skale wdrapuje sie po bardzo licznych stopniach. W ostatnich dniach to taka nasza mania. Nic tylko lazimy po schodach.  Codziennie pokonujemy ich setki (tysiace…?). Przeliczeniowo to dziesiatki pieter. A pomiedzy umownymi pietrami spotykaja nas niespodzianki – a to solidny posag Buddy, a to piekna dagoba. Wiec na Sigiriya wejscie wiedzie najpierw po licznych kamiennych schodkach, potem zakreconych azurowych metalowych schodach, potem po przyklejonej wzdluz sciany dlugiej kladce i znowu azurowymi metalowymi schodami tym razem ostro w gore. Troche niepokojace dla ludzi cierpiacych na lek wysokosci… Miejsce jest niezwykle ciekawe. W moim prywatnym rankingu na solidna czworke z plusem (piatka to np. Angkor, Taj Mahal, Bhaktapur i pare innych miejsc…).

Ze skaly zlezlismy zaraz po poludniu i wystarczylo nam czasy by pojechac do niezbyt odleglej Polonnaruwy. Sri Lanka ma te zalete (rzecz jasna wsrod innych), ze odleglosci nie sa zbyt wielkie. Przejazd dwoma autobusami zabral nam tylko poltorej godziny...

W Polonnaruwie czekaly na nas kolejne ruiny…  Jestesmy swirki zeby tak sami z siebie, z nie przymuszonej woli w najgorszy upal szwendac sie po kupach kamorow. Czasami tak mysle, ze z nam cos... A zreszta mniejsza z tym.

Wyladowalismy w caklkiem przyjemnym guesthousie o milej nazwie Manel (prawie jak menel). Czysto, milo i prawie bez innych lokatorow. Wieczorem zaatakowaly nas nieprzeliczone chmary moskitow. Dalismy odpor smarujac sie obficie autanem i uruchamiajac nasza tajna bron – elektrofumigator. Cos takiego malego wlaczanego do kontaktu co wydziela niewyczuwalna dla nas won, a zupelnie dezorganizuje moskitowa armie. Po niej ustaly zorganizowane dzialania, a nieliczne ocalone moskity przeszly do dzialan partyzanckich (czasami jak podnioslo sie klape plecaka, albo wzielo wiszacy recznik to zrywala sie mala chmurka moskitow, ale to juz zupelny luzik).

Ignorujac ataki moskitow wieczorem zasiedlismy w ogrodzie by skonfrontowac smak naszej lotniskowej zdobyczy – o czym jeszcze nie wspomnialem – z niewielka buteleczka zabrana  w ostatniej chwili z domu. Teraz o zdobyczy... Siedzelismy sobie  na lotnisku w Kijowie  na krzeselkach  przy naszej bramce czekajac na wejscie do samolotu. Obok nas siedziala jakas pani, ktore po kolejny komunikacie wzywajacym paszerow na poklad samolotu lecacego do Warszawym nagle zerwala sie i pognala do bramki by zniknac po drugiej stronie... A po niej zostal niewielkich rozmiarow plastykowa torebka z napisem duty free. Bomba?... Raczej nie.... Ostroznie zajrzelismy, a w srodku... Dwie male “bombki” Johnny Walkera (po 50 ml) i nieco wieksza buteleczka Bailleys (375 ml). To drugie nosilo tez podtytul “Irish cream” (malo zachecjace…). Nie majac szansy na zwrot zguby prawowitej wlascicielce (ona juz fruuuu do Warszawy) zaopiekowalismy sie sierotkami. Johnny Walker polegl juz w najbardziej muzulmanskiej z muzulmanskich linii lotniczych – na pokladzie samolotu Air Arabia. “Irish cream” skonsumowalismy nastepnego dnia – dla mnie to slodkie paskudztwo, ale Agnieszka mowi, ze OK. O tajemniczym trunku z wczorajszego wieczora moze kiedys indziej…

Ruiny Polonnaruwy zwiedzalismy dzisiaj – chyba nie ma zaskoczenia – na rowerach. W polowie  zlapalem gume i reszta trasy pokonalem popychachaj moj pojazd. Dzieki temu mimo, ze zaczelismy wczesnie rano zwiedzanie skonczylismy poznym popludniem.  Sloneczko prawie nas upieklo…

 U gory Dambulla

 A to Sigiriya

 

 

 

 

 

 

 

 

  I nizej Polonnaruwa...

  

 

 

 

 

 

 

 muzulmanskie dziewczeta na szkolne wycieczce

 nieudana proba naprawy dziurawej opony

 ... to starozytyny kibelek...

 a to nasz obiad

wtorek, 28 czerwca 2011
26 - 27 czerwca 2011, Sri Lanka, Anuradhapura - Mihintale

Wlasnie skasowalem sobie - jak juz to sprawdzilem - caly rozlegly wpis... Chyba z godzine pisaniny. Zniechecajace...

Zatem teraz w wielkim skrocie. Anuradhapura to takie zywczajne azjatyckie miasteczko, z chaosem Byle jak skleconych domkow, bez zawracania sobie glowy geomteria i estetyka. Jedyne co je wyroznia to przeszlosc. Dwa i pol tysia lat temu stala tu wielka metroplia - palace, swiatynie… Oswiecony wladca wprowadzil buddyzm. W czasach kiedy z puszczy wylazl Mieszko ze swoja druzynka budowac panstwo – z cejlonskiej dzungli wypelzly bandy zbirow i odeslaly Anuradhapure do historii. A potem w XIX wieku pewien Angol odnalazl ruiny w dzungli w dalekiej konsekwencji doprowadzjac do naszego tutaj przyjazdu.

Ruiny Anurdhapury zajmuja rozlegly obszar wiec wpadlismy na pomysl by posluzyc sie rowerami. Pomysl zacny – wolnosc wyboru celu, niespodzianki poplatanych drog, wreszcie radosc z zsiadania z roweru na zakonczenia dnia – ale troche kontrowersyjny w tym klimacie. Sporo wody z nas odparowalo.

Nie bede nikogo zanudzal opisem zwiedzanych miejsc. Same ruiny sa srednio spektakularne. Niekonczaca sie siatka zarysow fundametow… Za to imponujace sa bez watpienia dagoby – najwieksza z nich rozmiarami niewiele ustepuje egipskim piramidom. A po drodze kilka sanktuariow buddyzmu, gdzie dzialo sie wiele interesujac rzeczy.

Agniszka wkleila kilka zdjec:

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj odwiedzilismy buddyjska swiatynie w Mihintale. Rozlozona na kilku kamiennych wierzcholkach szczyci sie liczba 1800 stopni schodow, ktore trzeba pokonac wedrujac po roznych czesciach sanktuarium.

Piekne dagoby, wspanialy bialy posag Buddy w tradycyjnej pozie. Tlum cejlonskich pielgrzymow mieszajcy sie z wycieczkami szkolnej mlodziezy… Miejsce bardzo klimatyczne. Starwilismy tam kilka godzin i wrocilismy z obolalymi stopami. Buddyjska swiatynia ma niewiele pomieszczen, wszystko dzieje sie na zewnatrz w otarwtej przestrzeni. Pilegrzmi chodza wokol dagoby, zatrzymuja sie w swietych punktach lub przed posagmi Buddy i oddaja sie modlitwom. Na otwartej przestrzeni i w pelnym sloncu. I na bosaka. Nas tez obejmuje obowiazek golych stop. Wiec opanowalismy sztuke slalomu po skrawkach cienia. Ale i tak nasze stopy byly prawie usmazone…

 

 

Jutro opuszczamy Anuradhapure i z krotkim przystankiem w Dhambulli (kolejna swiatynia!) jedziemy do Sigirii. Tutaj jutro czeka nas setki (a moze wiecej?...) stopni, bolace stopy i buddyjskie emocje.

sobota, 25 czerwca 2011
25 czerwca 2011, Sri Lanka, Anuradhapura

Trudno uwierzyc, ze rok minal i znwu jestesmy w podrozy. Agnieszka wlasnie oglosila swiatu, czyli naszym bliskim, ze moj blog startuje. Wiec czas cos napisac Tyle na ile pozwoli skormne wyposazenie miejscowej kafejki internetowej (tylko 4 komputery, ale i tak kojeki nie ma).

Z Krakowa wylecielismy w czwartek dwa dni temu. Po krotkim locie pierwszy przystanek - Kijow. Wszystko dobrze nam szlo do chwili kiedy stanelismy pod budynkiem, w ktorym mial byc nasz hostel (internetowa rezerwacja). Wielki dom (6 pieter) stol, ale ani sladu hostelu. Krecilismy sie wokol anagazujac do pomocy coraz liczniejsza grupe przechodniow. Bze rezulatu. Jeden z nich swoim GPS nawet ustalil, ze hostel jest w promieniu 100 metrow od miejsca, w ktorym stoimy... Ale jakos go nie bylo widac. W koncu jakis przytomnu Kijowianin wprowadzil na w zakamary podworka na tylach szpital i tam w ukrytej bramie znalezlismy nasze schronienie. Po drodze do szczescia jeszcze zadzwonilismy do sasiadki hostelu bo ten dzieli wspolnymi drzwiami swoje lokum z innym mieszkaniem. Wiec zaliczylimsy drobny opieprz od wkurzonej pani, do ktorej pewnie dzwonia przez pomylke wszyscy przyszyli mieszkancy hostelu. I pare slow nagany od wlascicielki hostelu, ze czytac nie umiemy (tu dyskretnie pokazalem palcem Agnieszke) bo przeciez wyraznie naklejone kartki glosza, ktory czyj dzownek.... Rzeczywiscie dzownek sasiadki byl otoczony groznymi napisami, ze pod zadnym pozorem.... Summa summarum hostel okazal sie przyjemny, czystym i dobrze polozony miejscem, a rozgadana i mila wlascicielka, Rosjanka z Nowosybirska, swietnie sobie radzila w komunikowaniu sie z roznojezyczna zbieranina lokatorow jedynie przy uzyciu swego rodzimego jezyka.

Dzien szybko przelecial, glownie na zwiedzaniu imponujacej Lawy Peczerskiej i wieczornym szwendaniu sie po Chreszcziatiku.

Z Kijowa wylecielismy w piatek po poludniu i nastepnego dnia w nocy wyladowalismy na lotnisku niedaleko Kolombo. Nasz dalszy plan byl prosty. Bez zatrzymywania sie pojechac do Annadhapury, stolicy jednego z dawnych miejscowych krolestw. Ryzykownie planowalismy, ze po wylodowaniu o 3:30 pojedziemy do Kolombo na dworzec kolejowy skad w o 5:45 odjezdzac mial pociag. Prawie nam sie udala. Braklo paru minut. Za to trafilismy na bus miejscowej komunikacji takze zmierzajacy do tego miasta. Bze zastanowienia wsiedlismy do niego. Bus byl przykrojony na potrzebym miejscowych ludzi - wiec niski, z fotelikami waskimi jak dla krasnoludkow, z trzema siedzeniami w rzedzie z jednej strony, z dwoma z drugiej i miniaturowym przejsciem po srodku. I do tego z tlumem pasazerow znacznie przekraczajacym mozliwosci tego pojazdu. Mnie przypadlo eksponowane pierwsze miejsce w pierwszym rzedzie. Kazdy kto wsiadl po drodze wsparl sie na mym co raz bardziej obwislym ramieniu, czasami skorzystal z moich kolan jako podrecznej poleczki na bagaz, czasami usilowal sie na stale przytulic... Z czasem stawalem sie co raz mniejszy i bardziej sprasowanym. Kulminacja nastapila kiedy oparla sie o mnie mila niewiasta. Solidny biust w koronkowej, bialej bluzecze zawisl na wysokosci moich oczu w niebezpiecznej odleglosci kilku centymetrow od okularow. I przy kazdym podskoku pojazdu - mimo moich wysilkow cichego toreadora - atakowal moj lewy oczodol... Jakos to przezylem, a okulary ocalaly. Agnieszka siedzaca trzy rzedy do tylu tez nie miala lepiej. Wsperala ramieniem spiacego sasiada bronic resztki niezaleznosci swojego fotelika przed naporem tlumu. Po 5,5 godzinie jazdy mocno wymieci dojechalismy do celu. Teraz na pewno juz bedzie z gorki... Same przyjemnosci. Jutro wsiadamy na rowery  i zwiedzamy kamory, ruin i taki tam rozne miejscowe swietosci. Czyli robimy to co najbardziej lubimy...

15:55, jacekstefanski
Link Komentarze (5) »
koniec lipca 2010, Bunaken, Sulawesi

W zeszlym roku zapal do konczenia opisu podrozy w ostatnich dniach zdecydowanie mnie opuscil. Wiec slow pare dla uzupelnienia. Po opuszczeniu Togean Isl. - calonocny rejs bajecznym,drewnianym i skrzpiacym promem to powinna byc osobno historia - pojechalismy do Manado (miasto bez pomyslu na siebie...). A na drugi dzien w strugach deszczu przeplynelismy na Bunaken. Na promie poznalismy (to raczej ona sie z nami poznala) Sylwie, ktora z mezem? kochankiem? przyjaciele? Wlochem wspolnie prowadzi resort o nazwie Raja Laut. Dzialaja od paru miesiecy wiec i ceny mieli absolutnie promocyjne. A nam trafil sie najbardziej luksusowym bungalow jaki pamietam. Opychajac sie swietnym jedzeniem z domieszka kuchni wloskiej spedzilimsy tam dwa fajne dni. Sama wyspa jest taka sobie, ale ma piekna rafe. I dla tego kawalka podwodnego swiata warto byla sie tam targac przez pol Sulawesi...

15:02, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »