podróże
RSS
środa, 30 czerwca 2010
30 czerwca 2010, Wamena, Papua

 

Cofnelismy sie w czasie. Przynajmniej jesli chodzi o internet. Otwarcie mojego bloga trwalo i trwalo…. Uwaga! Prawie 2 godzimy! Wczoraj wyladowalismy w Wamenie. To miasteczko w srodku Papui otoczne wioskami plemion Lani, Dani i Yali. Co mozna powiedziec o miasteczku? Hmm… Jest male, jakby przyklejone do lotniska. Kilka prostopadale krzyzujacych sie ulic. Domki parterowe, troche chaotycznie poustawiane. Zbudowane w czesci z tego co bylo pod reka, albo co budowniczy znalazl w lesie… Kolorowy meczt, calkiem duzy kosciol, mnostwo malych sklepikow, straganow, ulicznych knajpek – wiekszosc w stylu: garnek na palniku, stoliczek i kilka plastikowych taboretow. Jest tez pare bardziej okazalych restauracji, oczywscie jak na miejscowe standardy, za to z cenami zupelnie wysokimi jak na… europejskie standardy. W miasteczku najciekawsi sa ludzie. Przedziwny cocktail etniczny. Bardzo duzo naplywowej ludnosci z rodzimej Indonenzji. I oczywscie autochtoni. Niezbyt wysocy, mocno krepej budawy ciala, negroidalnymi rysami twarzy. Niektorzy maja kedziory, inni obfite szopy czarnych, ale bardziej prostych wlosow. Mezczyzni czesto na glowie nosza, niczym wieniec laurowy, obrecz z ptasich pior lub siersci jakiegos zwierzaka. W jaki celu? Glownie dla ozdoby, ale roniwez moze dla ocieniania twarzy. Sporadycznie mozna jeszcze spotkac ludzi, glownie starych, w tradycyjnym stroju. Czyli raczej bez stroju tylko z piorkami wokol glowy i dzielnie zatknieta na przyrodzeniu koteka… Miejscowe kobiety nosza zazwyczaj zwykle t-shirty i spodnice. Wyrozniaja je bilumy – kolorowe torby zawieszane na plecach trzymane pasem opartym na czole. Uwage przyciagaja twarze autochtonow – grube, miesiste rysy.

 

Wczoraj na lotnisku przyplatal sie do nas facet o imieniu Martinus. Nie mial problemu z wylowieniem nas z tlumu przyjezdnych bo bylismy jedynymi bialymi. W ogole w Wamenie chyba nie ma “blady twarzy” bo przez dwa dni spotkalismy tylko jedna. I jednego Japonczyka, ktory jest wlascicielem kawiarenki internetowej.

Martinus okazal sie troche pomocny przy szukaniu miejsca w hotelu, a potem przedstawil sie jako przewodnik i organiztor trekow. Jakze by mialo byc inaczej… Dziesiatki razy to juz cwiczylismy w Azji. Lotnisko, dworzec autobusowy albo kolejowy… Zawsze jak spod ziemi wylania sie jakis “przewodnik”… Ale ten tym razem zagoscil u nas na dluzej. Siedlismy i pogadalismy. Potem umowilismy sie na nastepne spotkanie wieczorem i “na miescie” sprawdzilismy wiarygodnosc Martinusa i podawanych przez niego cen. “Na miescie” oznacza tu u Japonczyka, ktory jest dla podroznikow podstawowym zrodlem informacji. Tak wiec pozostal wariant z Martinusem. Wieczor spedzilismy na dlugich i calkiem trudnych negocjacjach – targowalismy sie o pieniadze (zaciekle), o trase i rozne szczegoly. Moze po dwoch godzianch spisalismy dosc dziwny rodzaj umowy upstrzonej roznym dopiskami. Jutro idziemy na 9 dniowy trek do krainy plemienia Yali. ( dni sa dosc umowne bo powrot ma nastapic awionetka misjonarzy, o ile ona poleci. Jesli nie to czekaja nas dodatkowe 4 dni marszu . Tak wiec zamilkniemy na jakies kilkanascie dni.

poniedziałek, 28 czerwca 2010
28 czerwca 2010, Sentani k. Jayapura, Papua

Kraina superszybkich komputerow. Dobrze, ze w ogole sa. Na tym egzemplarzu moj blog udalo sie otworzyc po 20 minutach. A jestesmy przeciez jeszcze w centrum cywlizacji. Tutejszy XXI wiek... Jutro checmy troche cofnac sie w czasie.

Z Krakowa wyjechalismy w piatek. A w Sentani wyladowalismy dzisiaj rankiem. Latanie zajelo nam sporo czasu i porcje nie zaplanowanych niespodzianek. Mialo byc tak prosto. Lot z Krakowa do Frankfurt. Tutaj 2 godziny przerwy. Nastepny dlugi odcinek bezposrednio do Singapuru. W Miescie Lwa mial na nas czekac zarezerwowany pokoj z klima w Cozy Corner. I wieczor w Litlle India, pyszne jedzenie, piwko, spacer, odpoczynek. A na drugi dzien poranny lot do Jakarty, dlugie 12 godzin na pobiezne obejrzeniu paru miejsc i nocny lot przez Makasar na Sulawezi do Sentani w Papui Zachodniej.

Plan rozsypal sie pierwszego wieczoru. Jeszcze na Balicach. Dojazd na krakowskie lotnisko byl okropny. Korki,a pierwszy z dwoch autobusow MPK (tylko dwa kursy w godzianach szczytu na lotnisko!) w ogole nie przyjechal. Ale to wszystko miescilo sie w limicie naszego czasu. Niespodzianki zaczely sie juz po nasze odprawie. Komunikat - samolot Lufthansy przyleci z opoznieniem pol godziny. Przylecial z 45 minutowym poslizgiem. Ciagle zostala nam ponad godzina do nastepnego samolotu. Wypuscili nas z sali dla oczekujacych i wpakowali do busa, gdzie w zamknieciu spedzilismy kolejne 10 minut by potem przejechac moze 100 metrow. W samolocie siedzimy w zapietych pasach, ale stewardessy zaczynaja roznosic napoje. Zly znak. Rzeczywiscie za chwile slyszymy komumikat. Z powodu pogody start opozni sie o kolejne pol godzin. Nasz limit czasu skurczyl sie do zera. Siedzimy jak na szpilkach. W koncu lecimy.

We Frankfurcie jestesmy o 21:25. Koszmarny bieg przez caly terminal i przy naszej gate jestesmy o 21:45. Dziesiec minut przed planowanym startem naszego samolotu do Singapuru. Urzednicy rozkladaja rece. Za pozno. Juz nas na poklad nie przyjma. Nie zdaza oczywiscie przeladowac naszych bagazy. Wiec za ich wskzaniami wedrujemy do biura Lufthansy. Tam organizuja nam nowa wersje naszego lotu. Padaja rozne propozycje, ale wszystkie maja jedna wade - nie zdazymy na nasz koljeny etap z Singapuru do Jayapury, na ktory mamy bilety kupine u innego przewoznika - LION AIR. Moga nam przepasc.

Ostatecznie pojawia sie nowa wersja. Rano w sobote lecimy do Kuala Lumpur. Tutaj po godzinnej przerwie (znowu troche krotko!) do Jakarty. Samolot Lufthansy zamieniamy na Malayasia Aia i Garuda Air. Lufthansa zafundowal nam nocleg i jedzenie. Wieczor spedzamy nad internetem probujac bezskutecznie zmienic bilety Lion Air na nowa wersje trasy. Agnieszka probuje tez dzwonic, ale po drugiej stronie nikt nie odpowiada (tam jest chyba zbyt wczesna pora). Udaje sie to dopiero rankiem. Aga dzwoni do biura Lion w Singapurze i zmiena trase przelotu.

Do Kula Lumpur lecimy juz wyluzowani. Na miejsce docieramy o czasie. Bez problemu rejestrujemy sie do nastepnej czesci lotu do Jakarty. Zapewniaja nas, ze nasze bagaze leca z nami. W Jakarcie po plecakach ani sladu. Mily urzednik od zagubionych bagazy roztacza nad nami opieke. Udaje sie mu zidentyfikowac pozycje mojego plecaka. Ma przyleciec nastepnym samolotem za godzine, moze dwie... Los plecaka Agnieszki na razie pozostaje nie znany. Wiec czekamy... Okolo poludnia przylatuje moj plecak i pojawia sie informacja, ze Agnieszki przyleci o 16. Po Jakarcie tym razem raczej nie pospacerujemy.

Umawiamy sie, ze plecak odbierzemy wieczorem przed nastepnym lotem i juz mocno udreczeni wynajmujemy pokoj hotelowy na 6 godzi. Prysznic i zasypiamy kamienym snem...

Reszta podrozy przebiegla juz bez specjalnych niespodzaien.  Dzisaj o siodmej rano wyladowalismy w Sentani k. Jayapury. Miateczko wyglada dosc przypadkowo. Chaotyczne parterowe budyneczki przy kilku ulicach, a wokol niewysokie malownicze gory i piekna przyroda. I mieszkancy. Mnostwo charakterystycznych kedzierzawych papuaskich glow i wyrazistych twarzy. Na pierwszy kontakt mili i sympatyczni ludzie.

Zalatwiamy kilka spraw. Bilet lotniczy na jutro do Wameny, zezwolenie na przyjazd do doliny Balien. Prawie nikt tutaj nie mowi po angielsku. Najwyzej pare slow. Wiec nasze dialogi, proby wyjasnia watpliwych kwestii staja sie dosc problematyczne.

Jutro dolina Balien.

piątek, 04 czerwca 2010
Kraków, 4 czerwca 2010 roku

Kurcze, jestem krotszy o prawie caly rok. Ostatni wpis był zaraz po tym jak wysiedlismy z samolotu. Borneo... Dawno to bylo. A pod drodze do dzisiaj praca, biurko, dom, zwyczajny zywot, dni dobre i złe, zima, sylwester, snieg, jedne i drugie swieta. W koncu beznadziejne wyczekiwanie wiosny, ktora w nuzacej zalobie, a potem powodzi gdzies przepadła (odwołali ja?...).

W prima aprilis 1 kwietnia dosc niespodziewanie stajemy sie wlascicielami dwoch biletow Lufthansy z Krakowa do Singapuru. Madry czlowiek na Travelbicie napisal o swoim odkryciu. O 5-dniowej promocji do roznych krajow Azji. Ceny swietne. Nasza to niespelna 1840 zl za bilet. Info przeczytalem w poludnie, a po dwoch godzinach bylo po sprawie. W komputerze wisialo potwierdzenie zakupu biletow. Tak daleko za takie pieniadze jeszcze nie frunelismy... Wylot prawie za chwile bo 25 czerwca, wracam 2 sierpnia. Tylko skad?...

Pierwsza wersja byly Filipiny. Czytam, czytamy... Fajne miejsce, troche pada. Wiec moze Birma? Znowu czytamy. Dni plyna. Prawie juz kupilismy przewodnik. Ciesze sie. Zawsze chcialem zobaczyc ten kraj, ale jakos tak schodzilo. Koniec kwietnia, wracam do domu. Agnieszka z tajemnicza mina, niby tak bez znaczenia, wspomina, ze wlasciwie to co zaoszczedzilismy (???) na biletach do Singapuru moglibysmy wykorzystac, hmm, na jakis inny dluzszy przelot. Birma odplywa... Nowy pomysl, nowe plany. Papua (indonezyjska)... Potem dochodzi jeszcze Sulawesi. I byc moze wlasnie tam, choc nie na pewno, za trzy tygodnie, jesli nie wybuchnie wulkan, lotniska nie zatopi powodz... Wiec byc moze tam polecimy.

Na razie kombinujemy jak tanio poleciec z Singapuru... Ale o tym pozniej.