podróże
RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Kuching po raz trzeci, 29 czerwca

Dzieki wszystkim za kolejne komentarze i nowe wpisy. Staje sie popularny... Ranek w Bako zbudzil nas solidym deszczem, nieba zasnute szarymi chmurami... Wiec tuz popoludniu zwinelismy sie z powrotem do Kuching. Kilka zdjec z tego miasta liczacego niewiele mniej mieszkancow niz Krakow. Starej zabudowy pozostalo niewiele. Wiekszosc skoncentrowano wokol Chinskiej Dzielnicy. Tak wygladalo cale maistao moze 30 lat temu.

 

 

A tak wyglada teraz.

Kilka slow o jego (i calego Sarawaku) mieszkancach. To niezwykle mili i sympatyczni ludzie. Usmiech, brak nerwowego pospiechu, niewymuszona uczynnosc i grzecznosc. W korkach ulicznych nikt na nikogo nie wrzeszczy, ustepuja sobie miejsca, przepuszczaja... Pare dni temu wracalismy z Kubah. To pare kilometrow od glownej drogi skad moglismy zlapac bus do Kuching. Zatrzymalismy na stopa minivana. W srodku facet z trojka dzieci. Mowil, ze jedzie gdzies co znajduje sie duzo wczesniej przed miastem. Ale zawiozl nas pod nasz hotel. Nadlozyl pewnie ze 20 km. To "grubszy" przyklad, ale takich codziennych zwyklych zdarzen doswiadczylismy sporo. To naprawde fajne. Ciekawe, ze od wielu, wielu lat zyje tu taki koktail etniczny - 30 procent Chinczykow, 20 Malajczykow (tez tworzacych niezly miks etniczny), a reszta to rdzenni mieszkancy Borneo - Dajakowie. Do tego wszystkie mozliwe wyznania religije. Nie ma jednak jakis napiec, nienawisci narodowych, wyznaniowych. Prawie sielanka. Oby tak dalej.

12:37, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
Bako - Kuching, 29 czerwca

Trzy dni temu, niezbyt wczesnie rano, pojechalismy do Parku Narodowego Bako. To jest calkiem blisko Kuching. Rozklekotanym busem jechalismy ok. 50 minut do przystani. I dalej ok. 20 minut lodzia. Nim doplynelismy do celu zdolalismy zobaczyc siedzacego na kwalku wystajacego z wody rurociagu krokodyla.

krokodylek

Bako to kawalek dobrze zachowanej dzungli. Mniej wiecej na skraju Parku jest jego biuro, w ktorym turysci rejestruja swoje przybycie. Tutaj takze wpisuja sie przed wyruszeniem na trek i po powrocie. Nieco dalej znajduje sie kantyna z calkiem dobrym i smiesznie tanim jedzeniem, maly sklepik oraz kilkanascie drewnianych domkow na palach i z werandami, w ktorych mozna nocowac. Poniewaz ostatniej nocy przed naszym przyjazdem padal obfity deszcz to darowane bylo nam niemycie sie przez te trzy dni pobytu tutaj.

Ponizej domek, w ktorym spalismy. Symaptyczny?... Niestety to jego ostatnie dni. Obok traw budowa nowego centrum Parku. Stare drewniane domki zostana zastapione nowoczesnymi pawilonami (beton, szklo i aluminium). Szkoda.

domek w Bako

A to dzika swinka, ktora rankiem buszowala pod nasza weranda.

dzika swinka

Najbardziej pospolitymi i najlicznieszymi mieszkancami Bako sa makaki zlodziejki. Liczace po kilkanascie, a moze i wiecej sztuk, stadka buszuja wszedzie w poszukiwaniu zdobyczy. Wiec trzeba wszystkiego przed nimi pilnie strzec. Naszym sasiada wdarly sie przez niedokmniete okno do pokoju i zrobily totalny sajgon. Ukradly tez apteczke...

W kantyni obsiaduja okoliczne drzewa, balustrade i kombinuja jak cos podkrasc. Czasami jakas bardziej zdesperowana, niczym kamikadze, wpada pomiedzy ludzi i porywa cos ze stolika. Sukces bywa niepelny bo trzeba jeszcze w obronie lup stoczyc bitwe z kumplami ze stada. Najbardziej pozadanym celem jest wnetrze kantyny ze sklepikiem, ktorego wejscia strzeze straznik parku z proca w reku...

makaki zlodziejki

W Parku jest kilkanascie bardzo wyraznie oznakowanych tras trekingowych. Niektore krotkie, inne calkiem dlugie wymagajace calego dnia intensywnego marszu. Jedne koncza sie na pieknych i zupelnie pustych plazach, inne prowadza w glab Parku.

Wiekszosc tras trekowych zaczyna sie na dlugim pomoscie widacym przez las namorzynowych drzew.

mangrowce

A to Agnieszka walczy ze sciezka. Generalnie nie sa one szczegolnie trudne. A jezeli juz pojawia sie jakis bardziej stromy, czy wymagajacy fragment to uczynna, niewidzialna reka pracownika Parku zainstalowala line, albo solidna drewniana porecz, czasami ulozyla schodki... Taka dzungla dla leniwych.

A na koncu mitregi nagroda. Plaza. W tym przypadku tylko dla nas.

dzika plaza

Wieczorem makaki po dniu pelnym zlodziejskiego znoju tez lubia korzystac z dobrodziejstw plazy. Smaczne kraby podczas odplywu.

I to wszyscy lubia ogladac - zachod slonca

11:56, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 czerwca 2009
Kuching - 26 czerwca

Dzieki wszystkim za komentarze. Dopiero dzisiaj zauwazylem, ze cos takiego istnieje. Powoli poznaje dzialanie tego blogu. Wiec jeszcze raz dzieki. Aneta, Marcin, Iwonka - kocham Was!... (tak troche). Piszcie wiecej, oczywscie najlepiej dobrze i pochlebnie, bardzo mnie to cieszy... Odkrylismy takze jak zamieszczac zdjecia (pisze w liczbie mnogiej korzystajac z okazji, ze Agnieszka sobie poszla... Tak naprawde to ona to rozpracowala, zdjecia tez sa jej).

Ten maly powyzej to sprzed 3 dni. Mam troche dziurawa pomiec. To pewnie przez wielka butle Bacardi przwieziona z Singapuru. Codziennie poprawia jakosc naszego widzenia, ale chyba nie pamiec. Zapomnialem wspomniec, ze pierwszego dnia bylismy w Semenggoh na skraju parku narodowego - miejscu gdzie pomaga sie orangutanom, dokarmia sie je jesli przyroda nie dostarcza wystarczajacej ilosci pozywienia. Mozna kibicowac takim akcjom. Super zdarzenie takie spotkanie z kuzynami.

Przez ostatnie dwa dni zrobilismy dwa mini treki w dzungli. Niedlugie, moze po 3  godziny, ale pot splywal z nas wiadrami. Jak widac nizej... Na razie koncze bo za moimi plecami robi sie kolejka do komputer. Moze dopisze cos wieczorem...

I z powrotem jestem przed komputerem. Pamiec dziurawa takze bez Bacardi. Przeciez o orangutanach pisalem na samym poczatku blogu. Ale coz, niech maly kuzyn wisi sobie na poczatku tej strony.

Wsunelismy swietny obiad w Little Lebanon. Reka zadrzala mi przy probie pisania slowo "... w knajpce" bo to calkiem dobra restauracja. Co z tego ze to bliskowschodnie jedzenie na dalekim wschodzie. Taki kontrast. A na deser kupilismy (teraz lezy w pokoju) arbuza.

Minitreki to taka zaprawka przed czyms wiekszym. Jeszcze do konca nie wiemy czym bo nasze plany (bardzo luzne) z dnia na dzien ewoluuja.Wiec nie bede pisal nic o przyszlosci. Samo jakos sie ulozy. Wczoraj bylismy na takim szlaku na szczyt gory Sambutang ok. 900 (startuje sie z mniej wiecej z poziomu morza, a raczej kanajpy Green Paradise Cafe. Trzeba przez nia przejsc, a szlak - zreszta swietnie oznakowany - zaczyna sie obok kibelka... Na szczyt nie weszlismy. Troche z lenistaw, troche braku zapalu. Ale i tak sporo sie nameczylismy. Calkiem ladna trasa z malym wodospadem po drodze. I piekna dzungla. Taka w naparstku bo w bliksimi sasiedztwie wspolczesnosc dudni po asfalcie. Dzisiaj natomiast przeszlismy pomiedzy dwoma parkami - Matang i Kubah - przejscie miala trwac ok. 3 godzin, ale zalatwilismy jest w niespelna 2,5 godziny. Latwiejsze od wczorajszego lazenia, ale za to bylo cieplej i parniej wiec jak widac na zdjeciu zasapka tez byla. I dwie pijawaki w drodze, a na koniec wielki deszcz...

Wczoraj niestety dopadly nas dwie nienajlepsze inforamcje. Ze nie ma miejsc w parku narodowym Kinabatangan. To mial byc gdzies na koncu naszego wyjazdu. Park obejmujacy fragment dziewiczej dzungli nad rzeka o tej samej nazwie (Kinabatangan). W centrum jest camp, z ktorego organizowane sa wypady wzdluz rzeki. Podgladanie zwierzat i takie tam... Niestety ilosc miejsc jest bardzo, ale to bardzo ograniczona. Myslelismy ze wyprzedzenie 5 tygodniowe jest ok, ale pomylilismy sie. A druga wiadomosc to taka, ze z powodu malych opadow deszczu (dziwne bo odkad tu jestesmy to kilka razy lalo na potege!...) na rzece pomiedzy Kapit a Belaga (ciekawe kto wie o jakich miejscach pisze?...) ustal ruch lodziami, czyli jedynym srodkiem lokomocji. A za pare dni mielismy tam byc...

Jutro jedziemy na 3 dni do Bako National Park - troche dzungli (znowu) troche morza. W Parku w jedynym miejscu do spania podobno braklo biezacej wody. Tez z powodu braku deszczu?... Czeka nas trzydniowy "dzien dziecka".

12:10, jacekstefanski
Link Komentarze (5) »
środa, 24 czerwca 2009
Kuching - znowu, 23 czerwca

Ktos to czyta!... Mam dowod! I od razu sie zestarchalem.

Zolwi nie zobaczylismy. Wczoraj rankiem dla oszczednosci piechota poszlismy na terminal bus tylko po to by dowiedziec sie, ze jestesmy w zupelnie innym miejscu. Wiec za 20 ringgitow naprawilismy blad. Taxi nie jest zle. Do Sematan - wioski nad morzem wyczytanej w przewodniku, a jakze Lonely Planet - trzeba jechac na raty. Publicznym busem do Lundum - ta jakies miasto - a dla nas placyk z pojedynczym busem i kilkoma innym pojazdami. Dalej radz sobie jak Bozia da. To wcale nie oznacza, ze trafilismy na koniec swiata i cywilizacji. Po prostu tutaj juz prawie wszyscy maja samochody, a w ostatecznosci jednoslady, wiec public busy traca ekonomiczna racje bytu. Nie ma juz dziczy interioru...

W Lundu tafilismy na sepa-wlasciela pojedynczej niby taksowki, ktory chcial z nas zedrzec skore (czytam to slowo "sepa" pisane bez polskich liter i sam nie wiem czy to ktos zrozumie. Wiec chodzi mi o tego ptaka...).

Na szczescie przypeletal sie mlodzian-pirat z Toyota (? - czy czyms podobnym, nie rozrozniam) i za konkurencyjna cene zawiozl nas do Sematan. Zatrzymalismy sie w Hotelu (o wyszukanej nazwie... Sematan). Nie ma zreszta innych hoteli. Ze dwa kilomtery dalej na plazy jest wypasiony Palm Beach Resort - cena dwojki zaczyna sie od 150 ringgitow. W naszym hotelu placilismy 50 z airconditions. Byly pokoje tansze, ale korytarz prowadzacy do nich byl odgrodzony kratami w klodka, a pani w recepcji nie miala klucza. Nie znala tez angielskiego. A po naszym zameldowaniu sie zniknela i widzielismy ja migotliwie jeszcze moze dwa razy. Hotel w sumie w porzadku choc z zewnatrz mocno zapyzialy. W pokoju mielismy nawet tv (nie wiem czy dzialal).

Nasz hotel, a potem kilkanasie parterowych domkow z sklepami i knajpkami przy nadbrzeznej promenadzie (a byla taka - z barierkami, betonowymi lawkami i porzadnym molo) - to caly Sematan. A po obu stronach molo kilometry bezludnej plazy.

plaza w Sematan

Obiad. Wybralismy knajpe SEAFOOD. Knajpa jak knajpa w Azji. Zwykle nadgryzinie czasem stoliki z metalowmi nozkami i byle jakie krzesla. Smieszne, ze osobno trzeba zamawiac zarcie u jednej osoby i osobno napitki u drugiej (dwa piwa - nawet cienkie bardzo samkuja w muzulmasnkim kraju). Podobnie placic trzeba u dwoch roznych osob. Obiad zamawialismy u Kucharza. Nie moglismy ustalic ceny. On, ze rybka jest za 30 dolarow, albo 20... Troche nas to zrmozilo. 30 USD to pokazna kwota... Ale potem powiedzial - no problem moze byc za 10 albo 20 ringgitow... Wiec wybralismy 20 i dostalismy dwa swieze kraby, rybe, salatke i gore smazonego z warzywami ryzu. Wycenione ostatecznie na 16 rinngitow, czyli 16 naszych polskich zl.

krab na obiad

A potem spacer i poszukiwanie lodzi do zolwie. Klapa. W zolwich wysp trzeba miec zezwolenie, ktore nalezy zalatwic w... Kuching. A poza tym plywa sie jedynie wokol tych wysp. Ladowac nie wolno. No i cena powalajaca - 280 ringgitow.

Zanurzylismy sie w morzu. Woda jak zupa. Guzik prawda - jak ukrop. Najcieplejsza woda w zyciu. Zamiast oczekiwanje ulgi od upalu uczucie goraca, a chlodu po wyjsciu.

Wieczorem postanowilismy sie stad zmywac. W decyzji pomogly nam upierdliwe sandfly'sy - muszki piaskowe. Ich ugryzienie na mnie nie zostawia sladow, ale Agnieszka wyglada jak mutant-biedornka. Cala w kropkach, wielkich jak 50 groszy... Tyle, ze nie czarnych, a czerwonych.

to nie biedronka!

Ciekawe przygody smakowe. Krab po raz pierwszy. Lamanie pancerzyka i tym podobne przyjemnosci. Ugotowane oczka na szypulkach... Ale poza tym w porzadku. A wieczorem kupiony na targu swiezy ananas (pycha) i dragon friut. Ten drugi po przekrojeniu wyglada jak owoc mezaliansu kiwi i buraka. Kolor - intensywny - tego drugiego. Smak i konsytencja pierwszego. Za to rozmiar buraczany...

16:45, jacekstefanski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Kuching - 21 czerwca 2009

36 godzin... Tyle trwala podroz z Krakowa z przesiadkami w Monachium, Dubaju i Singapurze. W Monachium kilkugodzinna przerwe zapelnili nad od wielu lat niewidziani przyjaciele. Iga i Bogdan z przefajna corka Weronika mieszkaja tam od bardzo dawna. Zapuscili korzonki w bawarskiej ziemi... Dzieki Wam za mile godziny.

W Singapurze tez mielismy pare godzin przerwy, ale juz nikt na nas nie czekal. Poczynilsmy ambitny plan by dojechac metrem do Bugis i przejsc sie do Little India. Ale jak to zwykle bywa tych kilka godzin na wstepie troche sie skurczylo. Nim dojechalismy do celu metrem zostalo tylko tyle by zjesc obiad i rzucic okiem na okoliczne uliczki. Poniewaz niebo  zrobilo sie granatowe, a powietrze geste, wiec uznalismy, ze pora wracac. Na peronie metra mijaly minuty, gestnial tlum potencjalnych pasazerow... i nic. Nie nadjezdzal zaden pociag. Po kilkunastu minutach przez megafon ogloszono komunikat, ze z powodu awarii nastapila przerwa, ktora potraw jeszcze ok. 20 minut. Troche nam podskoczyla adrenalina, choc jeszcze tak skromnie... W koncu mielismy jeszcze do odlotu 2 godziny i 10 minut. Po 20 minuta kolejny komunikat, ze kolejne 20 minut.... Tym razem podskoczylo nam juz mocno. Postanowlismy szukac taxi, choc to bylo ryzykowane, bo przejazd w popoludniowych korkach mogl zakoczyc sie klapa. Na szczescie przy wyjsciu zapytalismy w info pracownika metra, a ten nas zapewnil, ze za 2-3 minut bedziemy jechali. Wzbudzal zaufanie wiec zlezlismy znowu na dol. I w 40 minut pozniej bylismy na Airport Changi. Jeszcze przejazd z terminalu 3 na 1, jeszcze przechowalnia bagazy... A potem samolot do Kuching.

W Kuching wczesniej przez internet zarezerwowany pokoj w hostelu Borneo B&B. Podjechalismy do niego taxi, ale na drzwiach wisiala klodka i karta z obietnica powrotu za jakis czas. Wiec poszlismy sobie. 100 metrow dalej trafilismy na inny hostel o nazwie... Borneo B&B. W recepcji pokazalismy wydruk z komputera o rezerwacji. Pani popatrzyla, kiwnela glowa i dala klucze...

Ranek byl pozny i gdyby nie lomot w drzwi poznanego w samolocie Niemca to spalibysmy dluzej niz do tej 10. W poludnie pojechalismy do pobliskiego parku narodowego spotkac orangutany. I spokalismy... Dwie kilkuorangutanowe rodzinki. Przyszly na dokarmianie. W rezerwacie ucza ich tam powrotu do zycia w dziczy. Takie udomowienie na odwrot. Wielkie stworzenia o gestym rudym futrze i ludzkiej-nieludzkiej twarzy z niesamowita swoboda bujajce sie na jednej, dwoch a czasami trzech nogach? rekach? W czwartej byla wiazka bananow, albo mnago, albo cos tam. My w grupie moze 30 turystow uwijalismy sie nerwowo z aparatami, one ze stoickim spokojem nam sie przygladaly. Takie wzajemne ogladanie...

Jutro jedziemy nad wybrzeze do Semantan. Zobaczym zolwie morskie?..

15:25, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 czerwca 2009
minus 1 dzien

Ostatni dzien. Jak zwykle calkiem zwariowane chwile. Od paru dni wywlekalismy z katow, szuflad i szafy rozne "bardzo potrzebne rzeczy" i skladalismy w jednym miejscu. W koncu zrobila sie calkiem pokazna i z lekka przerazajaca gora. Zawsze mysle, ze prawie nic nie wezmiemy, ale... Ze trzy dni temu Agnieszka niespiesznie zaczela porzadkowac rupieciarnie. Obdarla lekarstwa z opakowan - tych nie bierzemy raczej zbyt wiele. Takie absolutne minimum. Ale każde kilka malych pigulek jest zapakowanych w gigantyczne pudlo. Zasilily smetnik. Po wysilkach gora zamienila sie w pagorek. Cos tam zostalo jeszcze poukladane, cos wrocilo do szafy... A dzisiaj wieczorem pakowanie. Dwie godziny troche irytujacych zmagan i oto rezultat, a raczej dwa rezulaty - srednio wypchane plecaki - stercza sobie na srodku pokoju. Moj wazy 12 kg, do tego torba ze sprzetem foto i 4 prince polo... Byloby lzej gdyby nie ten spiwor. Zreszta, pocieszam sie, po drodze cos ubedzie - przeczytane ksiazki, pasta z tubki...

Polnoc za chwil pare, a wstawac trzeba o 4 rano. Samolot startuje o 6:50. Potem Monachium, Dubai, Singapur i w 36 godzinie Kuching na Borneo. I duze spanie...

23:10, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 czerwca 2009
Borneo 2009 - parę dni wcześniej

Stało się... Założyłem blog (bardziej prawdziwe - Agnieszka mi założyła. Z Jej namowy, nawet sama wystukała co trzeba). Totalne spóźnialstwo. Trzeba było to zrobić kiedy dawno, dawno temu kiedy to było coś. Teraz każdy puka w klawiaturkę. Ale mam wytrych - to tylko dla Rodzinki i najbardziej z najbardziej znajomych. Więc żadna tam blogowa literaturka tylko rodzaj uniwersalnego listu. A teraz klepię w literki by sprawdzić jak to dziala...

A tak w ogóle to za mniej niż tydzień fruniemy. Dreszczyk emocji lekko gdzieś tam ścina dołek. Fajnie jest. Kropa...

18:31, jacekstefanski
Link Komentarze (1) »