podróże
RSS
wtorek, 18 czerwca 2013
18-19.07.2012 r., Katmandu – Delhi - Kraków

do uzupełnienia

16:46, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
17.07. 2012 r., Katmandu, Nepal

Ostatni dzień w Katmandu. Jutro odlatujemy. Tym razem łaskawa aura obdarowała nas słońcem. Dzień spędziliśmy na plątaniu się po ulicach i zakamarkach miasta. Już bez konkretnego celu. Łażąc tak trochę przypadkowo, w poszukiwaniu fotograficznych tematów.

 

Czasami coś przykuwało naszą uwagę, niekiedy właziliśmy na zapomniane podwórka…

 

Trafiliśmy na dziedziniec szkoły gdzie wypatrzyły nas zaciekawione dzieciaki….

 

… i odpoczywająca po lekcjach nauczycielka…

 

Obrazki zwykłej codzienności stolicy Nepalu. Niektóre domy nie mają dostępu do bieżącej wody więc trzeba ustawiać się po nią w długich kolejkach. Dla ułatwienia i oszczędności czasu miejsce w nich zajmują nie ludzie tylko kanistry i beczki…

 

…więc także pranie i kąpiele jak w przeszłości gromadzą ludzi w śródmiejskich ghatach.

 

W oczekiwaniu na klienta czas płynie wolno…

 

Uliczny punkt usługowy – zdobienie heną…

 

I takie zwykłości z życia, banalne obrazki codzienności…

 

Jeszcze kilka portretów zwykłych ludzi…

 

Dzień zakończyliśmy pyszną kolacją w lokalnej knajpce. Wystrój i wyposażenie lokalu może niezbyt wykwintne, ale jedzenie pierwsza klasa!...

 

Tagi: Kathmandu
16:46, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
16.07.2012 r., Bhaktapur, Nepal

Nasz przedostatni dzień w Nepalu. Trochę odkładaliśmy wypad do Bhaktapuru licząc na jakąś lepszą pogodę. W końcu uznaliśmy, że pojedziemy bez względu na aurę. W monsunie to ryzykowne pociągnięcie, ale nasz czas już kończył się. I pewnie wybraliśmy najgorszy z naszych dni w Dolinie Katmandu. Od rana niebo było zasłonięte cięzkimi chmurami. Sporadycznie do ziemi na kilka chwil docierało trochę promieni słońca, ale częściej z nieba sączył się deszcz. Bhaktapur to perła nad perłami Nepalu. Za każdym razem nie mogę wyjść z zachwytu nad tym miejscem. Ostrzyliśmy sobie zęby na mnóstwo świetnych tematów do fotografowania. Jedynie czego potrzebowaliśmy to trochę słońca. Przynajmniej tyle co w Patanie. Jeszcze jadąc mikrobusem 26 kilometrów dzielących stolicę od Bhaktapur łudziliśmy się, że jak w minionych dniach wypogodzi się przedpołudniem. Jednak na miejscu nie mieliśmy już nadziei.

 

Całą stara część miasteczka jest zamkniętym skansenem, a wejście do niego jest jak na Nepal jest dość drogie (2200 rupii). Wędrowaliśmy zapamiętanymi z poprzednich lat wąskimi uliczkami. Zła pogoda nie zdołała przegnać garncarzy, którzy wykorzystują mniejsze place i zaułki do suszenia swoich wyrobów przed ich dalsza obróbką i wypalaniem .

 

Ulica często jest także warsztatem pracy…

 

Największa niespodzianka czekała nas w samym centrum Bhaktapuru. Akurat zaczął się święty miesiąc Shraavan (wg. kalendarza księżycowego), obejmujący swoim zasięgiem kawałek lipca i sierpnia. Czas ten jest wypełniony nieprzeliczonymi uroczystościami i festiwalami. Jednym z nich, niezwykle barwnym, jest Shraavana Teej –  hinduistyczne święto obchodzone wyłącznie przez kobiety. Drugi człon nazwy oznacza "trzeci dzień", a dokładnie trzeci dzień po nowum lub po pełni księżyca. Nie do końca wiem po której fazie miesiąca rozpoczyna się nepalski miesiąc lunarny. Festiwal ma także drugą nazwę wiążącą się z monsunową porą roku - Hariyali Teej (Zielony Teej).

Święto trwa trzy dni. Poświęcone jest bogini Parvati, małżonce Shivy, i powiązane jest z kultem rodziny.  W jego środkowym dniu kobiety ubierają się w najlepsze szaty i tłumnie udają się do świątyni Shivy, przed którą ustawiają się w gigantyczne kolejki.

W dłoniach pielgrzymujące kobiety niosą dla Parvati i Shivy tradycyjne dary. W splecionych liściach bananowca leżą owoce, kwiaty i jakieś drobiazgi… Dary mają przynieść pomyślność małżonkom, dzieciom i całej rodzinie.

 

Po złożeniu darów przychodzi czas na zapalenie kadzidła, lampki….

…i modlitwę, chwilę zadumy…

Po modlitwie można odwiedzić jednego z wielu wróżbitów, którzy zajęli strategiczne pozycje w pobliżu świątyni. Na macie, a czasem kawałku gazety rozłożyli swoje magiczne kramiki. Obok siebie spoczywały księgi, miseczki z barwnikami kurkum, suszone zioła. Wróżbiarskie zabiegi rozpoczynała wspólna modlitwa.

 

Potem w niezbyt zrozumiałym dla nas rytmie dziwnych zabiegów panie dowiadywały się... Nie wiem czego... Przyszłości?

 

Nie wszystkie były chyba zachwycone wróżbą…

 

Ceremoniał kończył się malowaniem na czole świętego znaku bindi.

 

Można było go podziwiać w lusterku…

 

 A spektakl finalizowała już bardziej prozaiczna czynność – zapłata…

 

Po kilku godzinach spędzonych w tłumie kobiet z pewna ulgą zanurzyliśmy w bardziej odludne zaułki Bhaktapuru….

 

 …podglądają ich mieszkańców – co też można znaleźć we włosach… Jakiś intruz?...

 

…podziwiając niezwykłe dokonania nepalskich snycerzy…

 

Aż w końcu deszcz nas wygonił…

 

Tagi: Bhaktapur
16:45, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
15.07.2012 r., Katmandu – Kirtipur, Nepal

W poprzednich latach odwiedziliśmy stolice 3 z niegdyś 4 królestw znajdujących się w bliskim sąsiedztwie w Dolinie Katmandu. Teraz przyszła okazja zobaczyć co zostało z Kirtipur - stolicy czwartego państewka. W XVIII wieku zbliżał się koniec epoki drobnicy licznych państewek zajmujących terytorium Nepalu. Od stu lat powoli umacniało się królestwo Gurkha. Panująca w nim dynastia Szachów przez kilka pokoleń nieskutecznie próbowała podporządkować sobie Dolinę Katmandu. Udało się to dopiero ósmemu przedstawicielowi tej dynastii – Prithvi Narayan Szachowi. W 1767 roku opanował najsłabsze z królestw – Kirtipur, a w następnych latach kolejno Katmandu, Patan i Bhaktapur i stał się pierwszym władcą zjednoczonego Nepalu.

Kirtipur leży na sporym wzgórzu i dzisiaj pełni rolę „sypialni” dla stolicy Nepalu. Codziennie większość jego mieszkańców wyrusza stąd do pracy  Z centrum Katmandu dojechaliśmy do miasteczka busikiem (ok. 25 minut). Z bogatej przeszłości Kirtipur niewiele się ostało. Jedna nieco podupadła świątynia, placyk z ghatami wypełnionymi zielonkawą wodą, trochę krętych uliczek, ale z budynkami już zupełnie współczesnymi. Może w dwóch czy trzech przypadkach zachowała się tradycyjna architektura z charakterystycznymi okiennicami. Całość wystarczyła na godzinę łażenia.

Najbardziej zdumiewającym rzeczą, która napotkaliśmy to warsztat tkacki, a w którym na krosnach odtwarzany był w skali 1 do 1 znany obraz Klimta…

 

Tagi: Kirtipur
16:45, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
14.07.2012., Patan, Nepal

Ranek przywitał nas piękną słoneczną pogodą. Dzisiaj postanowiliśmy odwiedzić Patan. Kiedyś było to odrębne miasto i stolica jednego z kilku głównych królestw Doliny Nepalu, a dzisiaj jest już tylko dzielnicą Katmandu. Nawet niezbyt daleką bo położoną ok. 4 km od centrum miasta. Lenistwo podkusiło nas by pojechać taksówką. Zaraz po wyjściu z hotelu na ulicy zakręcili się koło nas taksówkarze wrzucając cenę 400-500 rupii. Targi nie trwały zbyt długo i pojechaliśmy za 250 rupii.

Tutejszy Durban Sq. jest wyjątkowej urody. Pięknie odrestaurowany i w przeciwieństwie do swojego odpowiednika z Katmandu zamknięty dla pojazdów.

Z jednej strony plac domyka budynek Królewskiego Pałacu, w którym znajduje się świetnie zaaranżowana przez Włochów wystawa. Taka historia buddyzmu w pigułce. Naprzeciw pałacu, w centralnej części placu, stoi kilka buddyjskich świątyń. Jedną z nich, Hari Shankar Temple, zdobią rzeźbione podpory dachowe przedstawiające sceny okrutnych tortur i ostrej erotyki…

Świątynie są nadal czynnymi miejscami religijnego kultu licznie odwiedzanymi przez wyznawców buddyzmu i hinduizmu.

 

Także miejscem do odpoczynku i do zadumy…

 

Z patańskiego Durban Sg. rozchodzą się malownicze ulice starego miasta….

 

…na których można spotkać rzemieślników przy pracy i nieco znudzonych sprzedawców darów składanych w świątyniach.

 

Plącząc się w labiryncie starych ulic dotarliśmy do ukrytej między budynkami świątyni, gdzie byliśmy świadkami jednego z dziwniejszych obrządków. Na dziedzińcu stał rząd glinianych naczyń wypełnionych płonącymi trocinami. Pewnie nasączonymi jakąś oliwą. Każdy z pielgrzymów odwiedzających świątynię, uzbrojony w długi kij, z zapałem w nich  grzebał. Niektórym szczęśliwcom udawało się wydobyć niewielką monetę… Na szczęście?... Znak przychylności bogów?…

 

Oczywiście były modlitwy, obrządki, czytanie świętych ksiąg…

 

A wierni opuszczali święty przybytek z charakterystycznym znakiem bindi na czole….

 

Po południu niebo zaciągnęło się burzowymi chmurami. Wyczuwając zbliżający się deszcz schroniliśmy się w knajpie na dachu budynku skąd mieliśmy piękny widok na spłukany ulewą Durban Sq.

 

Deszcz był jak zwykle intensywny, ale nie trwał zbyt długo i wkrótce wyszło słońce…

 

Jeszcze ostatnie zdjęcia dziewczyny wyglądającej się z pięknie zdobionego okna i wracamy do Katmandu…

 

Tagi: Patan
16:45, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
12-13.07.2012 r., Katmandu, Nepal

Dzień wcześniej kupiliśmy bilet na autobus do Katmandu w jakimś przypadkowo wybranym biurze podróży. Uznaliśmy, że to wszystko jedno co się wybierze. I tak nie rozróżniamy licznych firm przewozowych. Jednak los trochę zagrał nam na nosie. Rano stawiliśmy się o oznaczonej i mocno porannej godzinie na obszernym klepisku służącym za dworzec autobusowy. Stało na nim już sporo autobusów i kłębił się liczny tłum pasażerów. I zaskakująco dużo turystów. Jakoś dzień wcześniej nie rzucali się w oczy… Naszego pojazdu jednak nie mogliśmy odnaleźć. Czas mijał, plac pustoszał, a nasz autobus-widmo gdzieś przepadł. Nie sądziliśmy aby w biurze zrobili nas w konia bo to byłby przekręt na bardzo krótkich nóżkach, ale jakiejś totalnej awarii nie mogliśmy wykluczyć. W końcu cierpliwość została nagrodzona i długo oczekiwany pojazd, mocny już posunięty w latach rzęch, w oparach smrodliwych spalin, wjechał na klepisko.

Do Katmandu przyjechaliśmy po 7 godzinach nużące drogi… Widoki były zacne, ale temperatura i burzowa aura skłaniał do nieustannej drzemki.

Mając w pamięci hałaśliwe noce postanowiliśmy wynieś się z Khangsar GH. Odbierając oddane na przechowanie bagaże nie uniknęliśmy kłopotliwych pytań w recepcji. A nasza odpowiedź że hałas nam przeszkadza, wyraźnie zdziwiła recepcjonistę… 

Postanowiliśmy wrócić do „źródeł”, czyli do Mustang GH, w którym 13 lat wcześniej rozpoczęliśmy naszą nepalską przygodę. Hotelik był skromny, a pokoje maleńkie, za to - jak się wydawało – świetnie położony i niedrogi. Oba walory były aktualne. Bez większego targowania się uzgodniliśmy cenę 500 rupii (ok. 5,5 USD) za dwójkę z łazienką. Także ze względu na ustronność jego położenia wydawało się, że to dobry wybór. Wprawdzie w samym środku Thamelu, ale w wąskiej odnodze od głównej ulicy, w zakamarku gdzie nie ma ruchu ulicznego, ani knajp. Najbliższa noc jednak dość okrutnie zweryfikował nasze nadzieje na miły wypoczynek. Okazała się, że gdzieś niewidoczny, ale w zupełnie bliskim sąsiedztwie zagnieździł się lokal z dyskoteką. Jednym słowem z deszczu pod rynnę (pewnie lepszym określeniem byłoby pod wodospad). Rozsadzający uszy łomot trwał gdzieś do 2-3 w nocy. To sporo tłumaczyło łatwość zjazdu w dół ceny za pokój w Mustangu. Z takim nagłośnieniem zatrzymują się tutaj chyba tylko desperaci. Ranek nie przyniósł ukojenia. O 5 pod naszym oknem jakiś człowiek uporczywie zaczął przetaczać wózek na metalowych i chyba kwadratowych kołach… 

Zwlekliśmy się z łóżka z podkrążonymi oczami i żelazną decyzją poszukiwania nowego lokum. Strawiliśmy na to całe przedpołudnie robiąc bardzo dokładne rozpoznanie. Z definicji wykluczyliśmy wszystkie noclegi w sąsiedztwie knajp i klubów. I te powyżej 15 USD za noc. To znacznie uprościło nam sprawę bo z listy skreśliliśmy chyba 95% adresów. Właściwie problemem było wyszukanie czegoś o tak wyśrubowanych oczekiwaniach. Na początek zajrzeliśmy do Shakti Hotel, w którym zatrzymaliśmy się w 2005 roku i dobrze go zapamiętaliśmy. Spełniał on wszystkie nasze oczekiwania poza ceną. Niezbyt dawno przeszedł generalny remont i zdecydowanie awansował na wyższa hotelarską półkę. 

Atrakcyjne wydawały się hoteliki położone przy uliczce Bhagwan Bahal, ale w końcu wybraliśmy Pilgrims Guesthouse i najbliższe dni, a raczej noce potwierdziły trafność decyzji. Ponieważ był to niski sezon wynegocjowaliśmy prawie o połowę niższą cenę – 600 rupii za dwójkę z łazienką. Zaletą była także działajaca obok w symbiozie z Pilgrims GS restauracja. Rano jedliśmy w niej dobre śniadanie, a wieczorem dość szybko kończyła swoją działalność i w nocy nie przeszkadzała. 

Późnym popołudniem pomaszerowaliśmy do Małpiej Świątyni – Swayambunath.

Zastaliśmy ją w trakcie wielkiego sprzątania. Gromadki wyznawców Buddy uwijały się pucując wszystkie małe i duże elementy… 

16:44, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
11.07.2012 r., Pokhara, Nepal

To już naprawdę koniec treku. Zrywamy się o szóstej rano i idziemy poszukać jakiegoś busika w stronę Pokhary. Ustalamy, że miejscem właściwym na czekanie jest placyk nad rzeką na końcu Tatopani od strony drogi wiodącej w stronę Ghasa. Stało tutaj kilku miejscowych ludzi, ale żaden nie potrafił powiedzieć nic sensownego o tym kiedy pojawi się jakiś pojazd. Po dłuższym czasie – była już chyba ósma – z góry doliny nadjechał mikrobus solidnie wypełniony pasażerami. Z trudem wcisnęliśmy się do jego wnętrza. Na szczęście pierwszy etap podróży okazał się krótki. Po 45 minutach busik dojechał do nieznanej mi z nazwy miejscowości. Wszyscy pasażerowie opuścili pojazd i ku naszej konsternacji chyżo ruszyli do przodu. Jedni biegiem inni ograniczenie wiekiem lub kondycją ledwie truchtem… Podreptaliśmy za nimi. Szybko pojęliśmy cel tego wyścigu. 300 metrów dalej czekały następne mikrobusy, które mieliśmy kontynuować podróż do Beni A tam miała nas czekać kolejna przesiadka. „Biegacze” szybko wypełnili w pojazdach każdą wolną przestrzeń. Nam jako „spóźnialskim” przypadła miniaturowa deseczka przymocowana do maski silnika tuż za plecami kierowcy. Raczej kucaliśmy niż siedzieli. Ile może pomieści pasażerów mikrobus obliczony może na ok. 20 osób? Doliczyłem się 44. W przestrzeni obok kierowcy ulokowało się 11 Nepalczyków… Na końcu dosiadł się jeszcze jeden człowiek, który „przytulił” się do kierowcy dzieląc z nim jego fotel…

Jazda okazał się upiorna. Było potwornie gorąco, a busik po fatalnej drodze wlókł się jak pogrzebowy karawan. A czasami sądząc po urwisku z boku drogi miał szansę zasłużyć na takie miano… Nogi wbite pomiędzy kończyny zbitej grupki ludzi siedzących naprzeciw szybko nam ścierpły, ale nie było szansy na zmianę ich ułożenia. Po godzinie takiej podróży miałem wrażenie, że tracę w nich czucie… Agnieszka podróż znosiła jeszcze gorzej. Zrobiła się szara na twarzy i widziałem, że paw nie jest abstrakcyjnym pomysłem…

Do Beni dojechaliśmy – na szczęście w jednym kawałku – o 10:30 choć dałbym głowę, że jazda trwała znacznie dłużej. W sumie uznaliśmy, że pakowanie się do mikrobusów na odcinku z Tatopani do Beni to był nienajlepszy pomysł. 13 lat temu ten sam odcinek na piechotę pokonaliśmy w ok. 5,5 godziny. Tak więc w Beni bylibyśmy mniej więcej o tej samej porze dnia, może godzinię później niż przywiózł nas busiki. I nie bylibyśmy tak wykończeni…

Z Beni dość szybko pojechaliśmy następnym już zwyczajnym autobusem i do Pokhary dotarliśmy ok. 14. W turystycznej części miasta, położonej nad jeziorem Plewa, dopadł nas człowiek z jakiegoś hotelu. Oczywiście zachwalał go jako siódmy cud świata, że nowy, dopiero uruchomiony, czysty i z ciepłą wodą… I oczywiście po absolutnie preferencyjnej cenie… Agnieszka, jak zawsze w takiej sytuacji, zjeżyła się, coś tam zamruczała i próbował uciec, ale jako bardziej spolegliwy człowiek uznałem, że możemy dać się tam zawlec. W końcu na ucieczkę zawsze będzie czas…Facet nie bujał. Było tak jak powiedział – blisko, czysto i tanio (500 rupii za dwójkę). Ciepła woda też była.

Pokhara przywitała nas ciężkimi chmurami więc nie było co liczyć na panoramę gór z piękną Machapucharą na czele… Wkrótce z chmur polała się woda…

Tagi: Pokhara
16:43, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
10.07.2012 r., Tatopani, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 1190 m npm, czas wędrówki: 7h 10 min..

Wieczorem rozpętała się burza, a ulewny deszcz padał prawie do rano. Jednak wstający dzień przyjemnie nas zaskoczył. Okna mieliśmy zasłonięte, a zwężająca się w Kaloponi dolina dodawała cienia. Agnieszka pierwsza zwlokła się z łóżka i wystawiła na zewnątrz głowę. Za moment podekscytowana złapała aparat fotograficzny i z okrzykiem „jest genialnie!” pobiegła na dach lodge. I ja wystawiłem głowę i w moment powtórzyłem zachwyt Agi. Był bardzo wczesny poranek, dolina jeszcze zachowała głębokie cienie nocy, ale wysoko w niezwykle czystym powietrzu, mając w tle jasnobłękitne niebo, oświetlone pierwszym słońcem tkwiły śnieżne szczyt Annapurny i Dhaulagiri. Niesamowity widok. Taki, dla którego warto pomęczyć się w górach…

 

Dla równowagi piękna gór poniżej nasz brzydal – Hotel See You.

 

Tak naprawdę to dzisiaj był nasz ostatni dzień treku. Chcemy dojść do wsi Tatopani - co oznacza „gorąca woda”. Jutro stamtąd pojedziemy już busami do Pokhary. Z wioski wyszliśmy żegnani przypadkową gromadką dzieci… I tradycyjnym „hello suger”, hello „schoolpen” i mniej przyjemnym „hello money”…

  … i ciągle oglądaliśmy się do tyłu nie mogąc oderwać wzroku od śnieżnych szczytów, które powoli zaczynały przesłaniać chmury.

 

Droga, albo jak kto woli bardzo szeroka ścieżka, nie ma specjalnych niespodzianek. Zdecydowanie natomiast zmienił się krajobraz. Wczoraj rankiem opuszczaliśmy dość surową krainę, dzisiaj pojawiły się wysokie drzewa i soczysta gęsta zieleń.

Normalnie na drodze panuje może niezbyt intensywny, ale zauważalny ruch samochodów. Teraz jednak trakt był pusty. Zagadka wkrótce wyjaśniła się. Natknęliśmy się na solidne osuwisko kamieni przegradzające drogę. Skutek nocnej ulewy….

Jak się okazało to byłą jedna z wielu kamiennych lawin, które osunęły się ze stromego zbocza. Przy kolejnym tkwił bus po beznadziejnej próbie sforsowania barykady.

Nieco dalej droga została oskalpowana ….

A spadające głazy zabiły bawoła, którego zwłoki właśnie zostały rozparcelowane przez właściciela…

 

 Blisko Tatopani widzieliśmy też akcję ratunkową… Pod ciężarówką odpadł kawałek drogi…

 

Widok ciężkich pojazdów uzmysłowił nam, że choć nadal wędrowaliśmy pieszo to nasz trek właściwie już się skończył. Z trekkerów staliśmy się na powrót przechodniami… Odcinek szlaku od lezącej poniżej Kalopani wioski Ghasa aż po Tatopani nie jest tak interesujący jak cała reszta trasy. Dolina zwężą się. Po jej bokach ostro piętrzą się niższe góry skutecznie zasłaniając szersze widoki. Robi się tak trochę nijako… I jeżeli ktoś ma już mniejszy zapał do pieszej wędrówki to bez większej starty może skorzystać z busa. O ile oczywiście droga będzie przejezdna…

Dla sympatyków różnych „ziółek” ten widok może sprawić wiele radości. Wszędzie przy drodze rosną chaszcze tego zielska…

 Wkrótce pojawił się nasz ostatni przystanek na treku - Tatopani.

 

Ciekawe bo Tatopani zapamiętałem zupełnie inaczej. Więc jakoś byłem zaskoczony obrazem tej wsi. Może dlatego, że wtedy było tutaj pełno turystów, a teraz sprawiało wrażenie pustej osady. Pewnie za trzy miesiące życie do niej znowu wróci.

16:43, jacekstefanski
Link Dodaj komentarz »
09.07.2012 r., Kalopani, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 2530 m npm, czas wędrówki: 6h. 10 min.

Dzień przywitał nas fantastyczną pogoda. Słońce i bezchmurne niebo. Agnieszka wypatrzyła ośnieżony czubek Nilgiri (7061 m), na której pełny widok zasłaniały bliższe dolinie góry.

Po śniadaniu zrobiliśmy jeszcze krótki spacer po Marphie. Zaglądnęliśmy też do gompy w nadziei, że może zaczęły się jakieś religijne uroczystości, ale życie toczyło się tam niespiesznie. Gromadka starych ludzi siedziała pod murkiem i popijała herbatę.

Nic nie wskazywało, że wkrótce coś zacznie się dziać. Wyruszyliśmy więc w dalszą drogę.

Przed nami był dość łatwy, ale za to malowniczy odcinek doliny. Po przejściu przez mostek opuściliśmy drogę i powędrowaliśmy dalej „czerwonym szlakiem”. Na szlaku przeszliśmy przez dwie wioski o trudnych nazwach Chhairogaon i Chimanggaon. Niekiedy ich nazwy pojawią się w przewodnikach czy na mapach bez końcówki „gaon” co pewnie musi coś oznaczać w miejscowym języku. Może po prostu „wieś”?...

Obie są „nieturystyczne” i nie ma nich lodge’y, a mieszkańcy przyglądali się nam z umiarkowanym i dyskretnym zainteresowaniem. Chimang architektonicznie jest bliźniakiem Marpha z jednym drobny różniący akcentem – framugi okien bywają tutaj malowane również na niebiesko.

Chwilę tutaj odsapnęliśmy podziwiając wyłaniający się z chmura na krótkie chwile szczyt Dhaulagiri. Potem wróciliśmy z powrotem na prawy brzeg Gandaki i wkrótce dotarliśmy do jednej z bardziej oryginalnych miejscowości treku – wsi Tukuche. Ta część doliny aż po wieś Ghasa nosi nazwę Thak-sat-sae co po tybetańsku ma znaczyć „siedmiuset Thaków”. Podobno tyle liczył lud Thakalów kiedy setki lat wcześniej tutaj się osiedlał. Tukuche pełniło rolę nieoficjalnej stolicy regionu, a jego nazwa po tybetańsku znaczy „ziemia handlu solą”. Przez znaczną część swej historii Thakalowie dzięki uzyskanemu królewskiemu przywilejowi byli monopolistami w tej dziedzinie handlu. A w Tukuche mieszkali najbogatsi spośród nich. Domy w wiosce mają unikatową architekturę. W przeważającej części piętrowe, zbudowane w jednej linii ulicy, z płaskimi dachami posiadają charakterystycznie kolorowo malowane balkony. Częste też mają wewnętrzne dziedzińce.

Podobnie jak wcześniejsza Marpha także Tukuche boleśnie odczuło upadek handlu. W ostatnich latach sytuację poprawił rozwój turystyki. Ze względu na malowniczość wioski turyście chętnie tutaj zatrzymywali się na postój i nocleg. Jednak budowa drogi paradoksalnie spowodował kolejny kryzys. Wytyczono ją z pominięciem Tukuche, które znalazło się z boku trasy. Większość turystów kończy pieszą wędrówkę w Jomsom i dalej w dół doliny busikami. I najczęściej nie zagląda do mijanych wiosek…

Tukuche stało się senną wioską, w której głównym zajęciem jest sadownictwo i pędzenie z jabłek lokalnego trunku.

Późnym popołudniem tradycyjnie niebo zasnuły chmury, a wraz z nimi gasła nadzieja na piękne widoki. Znajdowaliśmy dokładnie pomiędzy obu ośmiotysięcznikami, które były prawie na wyciągnięcie ręki, a nie moglismy ich zobaczyć… Zeszliśmy już dość nisko i raczej trudno było liczyć na odsłonę Annapurny. Znowu wkraczaliśmy w strefę monsunu, ciężkiego i parnego powietrza…

Późnym popołudniem dotarlismy do Kalopani. Wioska nie zachwyca swoim wygładem. Chaotycznie rozrzucone domki w niczym nie przypominają zabudowy mijanych kilka godzin temu wiosek. Zatrzymaliśmy się w brzydkiej lodge o nazwie Hotel See You. Prosty budynek w kształcie prostokątnej podkowy wzniesiony z pustaków. Jednak nasz wybór nie był do końca przypadkowy. Gdzieś wyczytaliśmy, że Hotel See You szczyci się dobrą kuchnią. Wieczór potwierdził to w pełni. Zjedliśmy najlepszy dal bath na całym trek…

08.07.2012 r., Marpha, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 2670 m npm, czas wędrówki: 5h.

W przewodnikach doradzają by odcinek pomiędzy Kagbeni a Jomsom pokonać w godzinach porannych. Bowiem nim minie pierwszych parę godzin od wschodu słońca z południa doliny zaczyna dmuchać silny wiatr, a bliżej południa nabiera on prawdziwej potęgi. Ciężko się wtedy idzie. Nie dość, że trzeba się przedzierać jak w smole to jeszcze porywy wzbiją chmury piasku, a czasami nawet miotają drobnym żwirem. Doświadczyliśmy tego parę lat choć z mniejszym skutkiem bo wichura wiała nam wtedy w plecy. Tego dnia jednak lenistwo zwyciężyło. Z Kagbeni wywlekliśmy się dopiero pół godziny po ósmej. Już wtedy dały się odczuć pierwsze porywy zapowiadające gwałtowność nadchodzącego wiatru. Dzień wcześniej mieliśmy w planie bardziej ambitne przejecie przez Przełęcz Wiatrów (Bhanjyang – 3435 m). To taka alternatywna trasa do Jomsom leżąca powyżej drogi. Mniej więcej godzinę marszu od Kagbeni w pobliżu wsi Eklebhati trzeba przejść na prawą stronę rzeki i wspiąć się do wsi Pakling. A potem kierować się do Phalyak.

Wyleźliśmy późno i do Eklebhati dotarliśmy kiedy wiatr już mocno młócił po twarzach i przytykał oddech. Wizą wspinania się 600 metrów w górę była tak zniechęcająca, że w sekundę podjęliśmy decyzję o kontynuowaniu marszu doliną. Zresztą dzień był pochmurny, chmury wisiały dość nisko i nadziei na piękne widoki jakie można znaleźć na Przełęczy Wiatrów raczej nie było.

Po dwóch godzinach dotarliśmy do Jomsom. Znajduje się tam znane w Nepalu górskie lotnisko dla wygodnych turystów. Jedni kończą tutaj swój trek i wracają samolotem do Pokhary. Inni przylatują by następnie udać się do Mustangu. Najczęściej zresztą z Jomsom najpierw podjeżdżają do Kagbeni jeepami, a dopiero stąd w asyście przewodnika, tragarzy i zwierząt juczny wędrują w głąb Królestwa Lo. Lotniska jest słynne nie tylko ze względu na sąsiedztwo dwóch ośmiotysięczników, ale również karkołomności lądowania. Silne i nieprzewidywalne wiatry miotają samolotami. Od czasu do czasu skutecznie. W ostatnich trzech latach rozbiły się tutaj dwie maszyny. I właśnie fakt zbliżamy się do rogatek Jomsom anonsowały nam samoloty, jedne po drugim podchodzące do lądowania. Wyraźnie spieszyły się by uciec przed pogarszającą się pogodą.

Wczoraj spotkany w Kagbeni turysta opowiadał nam swoją historię. Wykupił udział w zorganizowanym treku do Mustangu. Miał go zacząć kilka dni wcześniej, ale bardzo zła pogoda spowodował, że na ponad tydzień zawieszono loty z Pokhary do Jomsom. Chciał wynająć jakiś pojazd i dojechać nim do Kagbeni, ale osuwiska spowodowane deszczami zablokowały także drogę. Więc tkwił ileś dni w Pokharze czekając aż wyklaruje się pogoda… W końcu przedwczoraj udało mu się wynająć za duże pieniądze jeepa i po dwóch dniach uciążliwej jazdy tutaj dotrzeć.  Ludzie bywają przywiązani do swoich pierwotnych planów. Pewnie nie przyszło mu do głowy by dojechać do Tatopani za jakieś grosze, a trasę do Kagbeni pokonać na własnych nogach co zajęłoby mu najwyżej ze trzy dni…

Po wejściu do miasteczka, nie dochodząc do lotniska, skręciliśmy w lewo i przeszliśmy przez jego starą część. Tutaj chwilę plącząc się po zaułkach odnaleźliśmy czerwony szlak stanowiący alternatywę wobec drogi w dole doliny. Wspinając się niezbyt wysoko przeszliśmy przez ładną wieś Thini i mniej więcej po dwóch godzinach zobaczyliśmy cel naszej dzisiejszej wędrówki – wieś Marpha.

 W nagrodę przy wejściu do wsi powitało nas słońce. Marpha jest jedną z bardziej efektownych miejscowości szlaku.  Dom zbudowane z drobno ciosanych kamieni lub cegły bielone są wapnem co w słońcu daje olśniewający efekt. Z bielą ścian kontrastują okna i drzwi malowane w kolorach ochry i brązu. Na płaskich dachach, kiedyś budowanych z kamiennych łupków, wzdłuż jego krawędzi mieszkańcy gromadzą drewno na opał. Dzięki temu nabierają one charakterystycznego wyglądu… Wioskę wieńczy solidnych rozmiarów buddyjski klasztor. Przestrzeń wokół Marphy i czterech sąsiednich wiosek zamieszkuje niewielki ludek – Panchganulowie. Używają języka swoich południowych sąsiadów Thakalów, ale podobno nie są z nimi spokrewnieni.  Kiedyś podstawą ich egzystencji był tranzyt towarów z Tybetu. Po zamknięciu przez Chińczyków granicy handel obumarł i mieszkańcy doliny musieli poszukać innego zajęcia. Panchganulowie z powodzeniem zajęli się sadownictwem. Wokół ich wiosek powstały sady jabłoni i moreli.

Zakotwiczyliśmy się w Daulagiri Guest House, w jednym z bardzo licznych tutaj takich przybytków. Ani lepszym ani specjalnie gorszym od innych. Po obiedzie ruszyliśmy połazić po wiosce…

 

W sezonie wieś tętni życiem. Uliczkami przewalają się tłumy turystów. Czasami trudno jest znaleźć miejsce w lodge. Teraz wieś sprawiała wrażenie rozleniwionej i sennej.

W klasztorze obejrzeliśmy piękną bibliotekę…

I trochę przyglądaliśmy się przygotowaniom do puj, a raczej produkcji maślanych figurek...

 A z góry mieliśmy świetny widok na wioskowe dachy pełne zgromadzonego i suszącego się na zimę drzewnego opału.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7