podróże
Blog > Komentarze do wpisu
28.06.2012 r., Tilicho Base Camp, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 4150 m npm, czas wędrówki: 7h 30 min.

Dzień okazał się – przynajmniej dla mnie – trudniejszy niż spodziewałem się. Plan był prosty i zakładał łagodny przemarsz. Mieliśmy skręcić przy rozwidleniu dolin obok wsi Khangsar na zachód, minąć wieś i po jakiś 4 godzina osiągnąć skupisko kilku lodge w Shre Kharka. Miała nas czekać spokojna wędrówka trawersem bez zdobywania wysokości. Czas na oglądanie pięknych widoków – za plecami ostro wypiętrzającego się masyw Manaslu, a przed nami spowitą śniegiem Wielką Barierę, która tworzy barykadę nie do przekroczenia dla zdobywców Annapurny I (8091 m). Wiosną 1950 roku znany francuski alpinista Maurice Herzog wraz ze swoją ekipą przez dwa miesiące beznadziejnie szukał dostępu do Annapurny. W poszukiwaniach drogi opierał się na niezbyt dokładnych indyjskich wojskowych mapach. W maju ich zapasy jedzenie były już u kresu. Próby zakupu w Manang czegokolwiek nadającego się do jedzenia zakończyło się porażką. Miejscowi byli tak biedni, że nic nie mogli odstąpić. Ale Herzog dowiedział się, że po drugie strony masywu od doliny rzeki Gandaki można się dostać aż do podnóża głównego szczytu Annapurny. Tak uczynił i w czerwcu jak pierwszy człowiek na Ziemi zdobył ośmiotysięcznik. Jednak musiał zapłacić Annapurnie bolesny haracz. W drodze powrotnej zgubił rękawice i stracił odmrożone palce rąk.

Nie mieliśmy zamiaru kontynuować marszu aż do base campu. Kawałek za Shre Kharka, może na godzinę przed base campem ciągnie się obszar rozległych osuwisk. Zbocze staje się luźne, pokryte warstwą pyłu i drobnego żwiru. Przy przekraczaniu osuwisk zaleca się dużą ostrożność bo z góry często spadają kamienie. W przewodniku autor napisał, że zagrożenie potęguje się wraz z upływem dnia i doradzał by tędy przejść raczej wczesnym rankiem. W Manangu też nas trochę podkręcili opowiadając, że miesiąc wcześniej właśnie w tym miejscu zginął turysta rażony spadającym kamieniem.

Ranek na krótko był spowity chmurami, które szybko roztopiły się w słońcu. Jednak powietrze nie było tak przejrzyste jak wczoraj.  Szczyty były otoczone prawie niewidoczną mgiełką, która rozmydlała ich kontury.

Niezbyt daleko od Manang przekroczyliśmy rzekę po moście linowym i weszliśmy w dolinę prowadzącą do jeziora Tilicho.

 

Dzisiaj jakoś nie czułem się najlepiej. Trochę przeziębiłem, kichałem, a nos i zatoki miałem przytkane. Oddychanie przez usta utrudniało mi marsz. Jednak nie planowaliśmy dalekiej trasy więc wyruszyliśmy w dobrych nastrojach. Shre Kharka osiągtneliśmy zgodnie z planem wczesnym popołudniem. Jakie było nasze zaskoczenie kiedy zobaczyliśmy, że wszystkie lodge są na głucho zamknięte. W jednej znaleźliśmy kurek z wodą na zewnątrz. W innej w końcu drzwi otworzyła nam dwójka miejscowych. Jednak stanowczo odmówili udzielenia nam gościny. Zapewne dlatego, że sami wkrótce mieli wrócić w dół doliny. Ledwo uprosiliśmy ich o herbatę i sprzedanie kilku paczek herbatników.

Nie mając specjalnie innego wyjścia ruszyliśmy w stronę base campu. Po mniej więcej półtorej godzinie od Shre Kharka doszliśmy do osuwisk. Tablica zatknięta na skraju ścieżki ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Na wszelki wypadek ruszyliśmy w solidnych odstępach uważnie przypatrując się górnej części stoku. Przeprawa zajęła nam około godziny i na szczęście nie przyniosła żadnych niespodzianek. Poza jedną mała i trochę niesamowita przygodą. Agnieszka czekała na mnie już przy końcu osuwisk kiedy z niewidocznego z mojego miejsca po środku zbocza zakrętu ścieżki od strony base campu pojawił się spanikowany koń. Śnieżnobiały, niczym zjawa galopował wprost na mnie. Z pewnym trudem po grząskim żwirze wspiąłem się parę metrów wyżej ustępując miejsca tej dziwnej szarży… Wszystko odbyło się tak nagle, że nikt z nas nawet nie zdążył wyciągnąć aparatu…

 

Potem był jeszcze kawałek trasy po falującej ścieżce i w końcu otworzyła się przed nami niewielka kotlina  pogrążona w głębokim cieniu. Nieco przytulna do górskiego zbocza tkwiła tam pojedyncza lodge’a. Przez prawie całą drogę począwszy od wsi Khangsar, poza jednym samotnym jeźdźcem, którego wierzchowiec później wykonał na nas szarżę, nikogo więcej nie spotkaliśmy. Nie mieliśmy wiec kogo zapytać czy lodge w base campie jest czynna. Zbliżaliśmy się do budynku, a zupełny brak ruchu trochę nas niepokoił.

 

Na szczęście w środku tkwiła ekipa kilku młodych ludzi. Dostaliśmy bardzo prosty pokój z wielkim szparami w kamiennych ścianach , przez które wiało zimne powietrze. Na dole budynku były kibelek, a umyć można było się pod chmurką w strumieniu lub korzystając z niewielkiej gumowej rury z kurkiem, która wodę zresztą też czerpała ze strumienia… W środku lodge’y była prymitywna kuchni i surowa jadalnia. Specjalnie nie byliśmy tym zaskoczeni bo parę lat temu na treku w rejonie Everestu mieliśmy podobne warunki i to w znacznie surowszym klimacie.

 

piątek, 14 czerwca 2013, jacekstefanski

Polecane wpisy