podróże
Blog > Komentarze do wpisu
20.06.2012 r., Bhulbhule, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 840 m npm.

Zerwaliśmy się z łóżek przed świtem. Zgarnęliśmy nasze bagaże i w recepcji zapłaciliśmy za  trzy noclegi. Zostawiliśmy także na przechowanie małe miejskie plecaki wyładowane zbędnymi rzeczami. Do miejsca skąd miał odjechać nasz bus poszliśmy na piechotę. Trzeba było przejść przez cały Thamel aż w okolice nowego Pałacu Królewskiego (obecnie po upadku monarchii mieści się tam muzeum). W sumie nie jest to daleko, może z 15 minut spokojnego marszu. W drodze złapała nas intensywna ulew. Na szczęście pod ręką mieliśmy niezbędne wyposażenia górskiego i nizinnego trampa wędrującego w monsunie, czyli… parasole.

Nasz pojazd, niezbyt wypełniony pasażerami, wyjechał prawie punktualnie – parę minut po godzinie siódmej. Trochę trwało wyplątywanie się z wąskich uliczek. W końcu po godzinie stolica Nepalu została za nami, a z nią również pochmurna, deszczowa aura. Pojawiło się jakieś zamglone słońce  W drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na długi postój w przydrożnej restauracji, aby wreszcie o 12:30 dojechać do Dumre – niedużej miejscowości może 50 km przed Pokharą skąd odgałęzia się szosa w stronę Besisahar. Miejsca gdzie dawniej tradycyjnie rozpoczynał się trek wokół Annapurny. Po kilku minutach znaleźliśmy busik, który miał nas tam zawieźć. Ten odcinek jazdy zabrał nam ze dwie godziny.

Z Besisahar droga, w pierwszej fazie asfaltowa, a potem juz o naturalnej nawierzchni, wiedzie do Bhulbhule. W poszukiwanie kolejnego środka transportu przeszliśmy ulicą  trochę pod górę może ze 200 metrów i tutaj złapaliśmy kolejny busik. O godzinie 16 byliśmy u celu pierwszego dnia. W Bhulbhule skończyła się w miarę normalna droga i dalej w głąb doliny rzeki Marsyangdi, aż do miejscowości Chamje  (Chymache), prowadzi jeszcze coś w rodzaju traktu przejezdnego dla jeepów i ciężarówek. W dalszej części doliny w różnym stopni zaawansowane kontynuowane były również prace budowlane i pewnie wkrótce będzie można drogą dojechać do Manang. Droga jest bardzo prymitywna podobnie jak metoda, którą powstaje. Ryta prostymi narzędziami w górskim zboczu, bez utwardzania nawierzchni i bez żadnych zabezpieczeń. Nie ma także umocnień więc każdy większy deszcz mocno dewastuje ten owoc nepalskich trudów. Jazda po tym trakcie jest udręką, a tempo jest niewiele większe od pieszego marszu. Przekonaliśmy się o tym na drugie dzień podjeżdżając jeszcze parę kilometrów do wsi Bahudanda.

W Bhulbhule wysiedliśmy niedaleko pierwszego checkpointu na treku. Budka była pusta więc nie mieliśmy szansy zarejestrować naszego wejścia na teren parku Annapurna. Obok checkpointu nad rzeką rozciąga się spory most linowy. Po drugie stronie można znaleźć kilka lodge oferujących tanie noclegi i wyżywienie. Zatrzymaliśmy się w jednej z pierwszych (Arjun Hotel) z zewnątrz wyglądającej całkiem przyzwoicie. W  środku były bardzo skromnie wyposażone pokoje – dwa proste wyrka bez przykrycia. Mieliśmy własne śpiwory więc nie stanowiło to problemu, a jak się w nocy okazało i te były zbędne. Było ciepło, wilgotno i duszno. Proste prysznice i toalety znajdowały się na zewnątrz. Na dachu był solarny zbiornik wody, ale z braku słońca ciepłej wody nie było. Gospodarz zagrzał nam po wiadrze wody i to zupełnie wystarczyło.

Wieczór zakończyliśmy porcjami dal bathu.

piątek, 07 czerwca 2013, jacekstefanski

Polecane wpisy