podróże
Blog > Komentarze do wpisu
18 czerwca 2012 r., Katmandu, Nepal

Nasz Khangsar GH był zachwalany jako cichy i spokojny. Faktycznie leży w maleńkim zaułku, który zdaje się gwarantować taki komfort. Jednak w nocy solidnie hałasowali - chyba w sąsiedniej knajpie - więc spanie mieliśmy raczej kiepskie. Ranek przywitał nas ulewnym deszczem, ale wkrótce przebiło się słońce. A potem było w kratkę. W południe znowu niebo zaniosło się chmurami, przez może godzinę padał deszcze, a przed wieczorem słońce powróciło. Zaskoczyło nas, że nie jest bardzo gorąco. Spodziewaliśmy się dusznej parnej aury, a choć powietrze było dość wilgotne to temperatura nie była zbyt wysoka. W dzień oscylowała najczęściej w granicach 24-26 stopni, a w nocy ok. 19-22 stopni.

Dzień zaplanowaliśmy na załatwianie spraw związanych z trekiem. Nie zajęło nam to zbyt wiele czasu. Zaczęliśmy od finansów. Kasę przywieźliśmy w amerykańskiej gotówce. Na treku nie spodziewaliśmy się bankomatów więc całą operację należało wykonać na początku. Przelecieliśmy kilka kantorów na Thamelu. Zaglądnęliśmy także do banku. W kantorach przy wymianie mniejszej gotówki raczej targowanie nie przynosi efektów. Przy większej kwocie kurs wymiany podlega negocjacjom. Upatrzyliśmy sobie jeden kantor i uzyskaliśmy cenę o 2 rupie wyższy od wywieszonego na tablicy (z 88 na 90 rupii). Cały nasz zapas dolarów zmienił właściciela.

Potem przyszyła kolej na formalności, czyli TIMS (Trekking Information Management System) oraz ACAP - Annapurna Conservation Area Permit. Pierwszy kosztuje 20 USD (1800 rupii), a drugi 2000 rupii od osoby. Obie pozycje załatwiliśmy w Tourism Service Center obok Ratna Parku (naprzeciw City Hall). Z Thamelu na piechotę spacerowym krokiem zajmuje to ok. 20-30 minut. Załatwianie obu dokumentów, łącznie z wypełnieniem formularzy, zajęło nam ok. pół godziny. Inna rzecz, że byliśmy poza sezonem więc w biurze prócz nas i urzędników nikogo więcej nie było.

Wczesnym południem finansowo-biurowe sprawy mieliśmy za sobą i pozostało cieszyć się wolnym czasem, czyli luźnym szwendaniem się po starym Katmandu. Trochę w poszukiwaniu dawnych wspomnień i smaków… Durban Sq. nie zmienił się. Zabytki może są trochę gorszym stanie niż parę lat temu. Pewnie przez wzmożony ruch pojazdów, które niemiłosiernie brzęczą i smrodzą.

 

Ale urok miejsca pozostał. Zachwyca niezwykła architektura i snycerski kunszt Newarów, ludu zamieszkującego Dolinę Katmandu. Charakterystyczną cechą wyróżniającą dawne budynki są ich okna. Wspaniale rzeźbione framugi i okiennice.

 

 

 

Durbur Sq. jak dawniej pełni różne funkcje. Można się pomodlić w jednej w wielu stojących tutaj świątyń…

Poczytać…

 

Ponudzić się….

 

A późnym popołudniem plac zamienia się w targowisko owoców i warzyw…

 

W Katmandu władzę próbują toczyć walkę ze złymi nawykami, brudem i zanieczyszczeniami….

 

  

[Ale raczej średnio im to wychodzi…..

 

Thamelu największą przykrość sprawiło nam zniknięcie naszej ulubionej knajpki. Jeszcze w samolocie cieszyliśmy się na czekające nas tam obżarstwo. Odkryliśmy ją poprzednim razem – na dziedzińcu domu może 200 metrów od German Bakery i sklepu z nożami kukri. Serwowali w niej świetną lokalną kuchnię, także tybetańską i hinduską. 7 lat temu łaziliśmy tam prawie codziennie na śniadania i obiady. Teraz początkowo wydawało nam się, że nie możemy trafić do właściwej bramy wejściowej. Sytuacja jak ze snu. Pamiętasz, że w tym miejscu było wejście, a napotykasz mur. W końcu znaleźliśmy właściwą bramę. Na dziedzińcu, tam gdzie niegdyś w ogrodowym otoczeniu stały stoliki z parasolami, teraz oczy kłuła wielka dziura w ziemi… Obok cegły, rusztowania… Plac budowy. Powstawał kolejny hotel. Poczuliśmy się jak sieroty. Tego popołudnia i wieczorem nie mogliśmy zdecydować się na żadną knajpkę, a tam gdzie w końcu usiedliśmy w ogóle nam nie smakowało…

Po zmroku z ciekawości zajrzeliśmy do kilku sklepów ze sprzętem – tutaj nic się nie zmieniło. Spory wybór w miarę tanich podróbek i droższych oryginałów. Na koniec odwiedziliśmy księgarnie w poszukiwaniu mapy treku. Wybór może zaspokoić najbardziej kapryśnego klienta. Mapy są bardzo dobre i w sporym wyborze. Oczywiście wyszliśmy z nowy egzemplarzem NEPA MAPS – Annapurna.

piątek, 07 czerwca 2013, jacekstefanski

Polecane wpisy