podróże
Blog > Komentarze do wpisu
16.07.2012 r., Bhaktapur, Nepal

Nasz przedostatni dzień w Nepalu. Trochę odkładaliśmy wypad do Bhaktapuru licząc na jakąś lepszą pogodę. W końcu uznaliśmy, że pojedziemy bez względu na aurę. W monsunie to ryzykowne pociągnięcie, ale nasz czas już kończył się. I pewnie wybraliśmy najgorszy z naszych dni w Dolinie Katmandu. Od rana niebo było zasłonięte cięzkimi chmurami. Sporadycznie do ziemi na kilka chwil docierało trochę promieni słońca, ale częściej z nieba sączył się deszcz. Bhaktapur to perła nad perłami Nepalu. Za każdym razem nie mogę wyjść z zachwytu nad tym miejscem. Ostrzyliśmy sobie zęby na mnóstwo świetnych tematów do fotografowania. Jedynie czego potrzebowaliśmy to trochę słońca. Przynajmniej tyle co w Patanie. Jeszcze jadąc mikrobusem 26 kilometrów dzielących stolicę od Bhaktapur łudziliśmy się, że jak w minionych dniach wypogodzi się przedpołudniem. Jednak na miejscu nie mieliśmy już nadziei.

 

Całą stara część miasteczka jest zamkniętym skansenem, a wejście do niego jest jak na Nepal jest dość drogie (2200 rupii). Wędrowaliśmy zapamiętanymi z poprzednich lat wąskimi uliczkami. Zła pogoda nie zdołała przegnać garncarzy, którzy wykorzystują mniejsze place i zaułki do suszenia swoich wyrobów przed ich dalsza obróbką i wypalaniem .

 

Ulica często jest także warsztatem pracy…

 

Największa niespodzianka czekała nas w samym centrum Bhaktapuru. Akurat zaczął się święty miesiąc Shraavan (wg. kalendarza księżycowego), obejmujący swoim zasięgiem kawałek lipca i sierpnia. Czas ten jest wypełniony nieprzeliczonymi uroczystościami i festiwalami. Jednym z nich, niezwykle barwnym, jest Shraavana Teej –  hinduistyczne święto obchodzone wyłącznie przez kobiety. Drugi człon nazwy oznacza "trzeci dzień", a dokładnie trzeci dzień po nowum lub po pełni księżyca. Nie do końca wiem po której fazie miesiąca rozpoczyna się nepalski miesiąc lunarny. Festiwal ma także drugą nazwę wiążącą się z monsunową porą roku - Hariyali Teej (Zielony Teej).

Święto trwa trzy dni. Poświęcone jest bogini Parvati, małżonce Shivy, i powiązane jest z kultem rodziny.  W jego środkowym dniu kobiety ubierają się w najlepsze szaty i tłumnie udają się do świątyni Shivy, przed którą ustawiają się w gigantyczne kolejki.

W dłoniach pielgrzymujące kobiety niosą dla Parvati i Shivy tradycyjne dary. W splecionych liściach bananowca leżą owoce, kwiaty i jakieś drobiazgi… Dary mają przynieść pomyślność małżonkom, dzieciom i całej rodzinie.

 

Po złożeniu darów przychodzi czas na zapalenie kadzidła, lampki….

…i modlitwę, chwilę zadumy…

Po modlitwie można odwiedzić jednego z wielu wróżbitów, którzy zajęli strategiczne pozycje w pobliżu świątyni. Na macie, a czasem kawałku gazety rozłożyli swoje magiczne kramiki. Obok siebie spoczywały księgi, miseczki z barwnikami kurkum, suszone zioła. Wróżbiarskie zabiegi rozpoczynała wspólna modlitwa.

 

Potem w niezbyt zrozumiałym dla nas rytmie dziwnych zabiegów panie dowiadywały się... Nie wiem czego... Przyszłości?

 

Nie wszystkie były chyba zachwycone wróżbą…

 

Ceremoniał kończył się malowaniem na czole świętego znaku bindi.

 

Można było go podziwiać w lusterku…

 

 A spektakl finalizowała już bardziej prozaiczna czynność – zapłata…

 

Po kilku godzinach spędzonych w tłumie kobiet z pewna ulgą zanurzyliśmy w bardziej odludne zaułki Bhaktapuru….

 

 …podglądają ich mieszkańców – co też można znaleźć we włosach… Jakiś intruz?...

 

…podziwiając niezwykłe dokonania nepalskich snycerzy…

 

Aż w końcu deszcz nas wygonił…

 

wtorek, 18 czerwca 2013, jacekstefanski
Tagi: Bhaktapur

Polecane wpisy