podróże
Blog > Komentarze do wpisu
16-17 czerwca 2012 r., Kraków – Delhi - Katmandu

Z Krakowa wystartowaliśmy punktualnie ok. 17 godzinie. Potem krótki postój w Monachium i lot do Delhi, w którym wylądowaliśmy następnego do wczesnym rankiem. Tutaj czekał nas 4 godzinny postój i zmiana lotniczego przewoźnika. Bagaże mieliśmy odprawione tylko do Delhi. Trochę obawialiśmy się komplikacji bo nie mieliśmy indyjskiej wizy więc nie mogliśmy opuścić tranzytowej strefy, a bagaż można odebrać i odprawić na ostatni odcinek przelotu tylko poza tą strefą. Więc przyszło nam się zmierzyć z lotniskową biurokracją. Na szczęści bez większych kłopotów. Po wylądowaniu w drodze z rękawa do strefy tranzytowej zahaczyliśmy o TRANSIT DESK gdzie wyłuszczyliśmy nasz problem. Kazali na usiąść w pobliskich fotelach i czekać aż przyjdzie zawezwany przez nich przedstawiciel IndiGo – linii lotniczych, którymi mieliśmy dalej lecieć. Urzędnik z TRANSIT DESK trochę się zmartwił faktem, że bagaż mieliśmy nadany tylko do Delhi. Nieco marudził, ale nie wtajemniczał nas na czym polega kłopot, a my specjalnie nie dopytywaliśmy. Jakoś to rozwiązał bo nasze plecaki do Katmandu doleciały. Po kilku kwadransach przyszła ubrana w granatowy mundurek dziewczyna z IndiGo, wręczyła nam karty pokładowe na przelot do KTM i przeprowadziła nas do strefy tranzytowej. I po kłopocie 12:30 czasu lokalnego wyładowaliśmy w KTM.

Lotnisko jest maleńkie i trudno się w nim pogubić. Szybko uporaliśmy z wizą (30-dniowa kosztuje 40 USD), a na parkingu przed terminalem czekał na nas samochód. Przed wyjazdem trochę zaszaleliśmy. Uznaliśmy, że po kilkunastogodzinnej podróży średnio będzie się nam chciało uganiać za noclegiem. Idąc za informacjami z Travelbitu (najbardziej popularne w Polsce turystyczne forum: www.travelbit.pl ) wybraliśmy polecany tam Khangsar Guest House (dwójka z łazienką kosztowała za każdy dzień 13 450 rupii, czyli ok. 18 USD). Trochę droga, ale za to mieli nas przywieźć z lotniska. Khangsar GH leży na obrzeżach Thamelu – turystycznej dzielnicy Katmandu. Położeni więc ma bardzo dobre.

Katmandu przywitało nas chmurną aurą, a wkrótce także intensywnym deszczem.

 

Na szczęście przed wieczorem trochę się rozpogodziło się.

 

Pierwsze godziny spędziliśmy na włóczeniu się po stolicy Nepalu. Dziwnie znajomo i jednocześnie trochę obco. Na pierwsze spojrzenia  Thamel i stara część miasta przez te 7 lat od naszego poprzedniego pobytu jakby niespecjalnie się zmieniły. Spotężniał uciążliwy ruch jednośladów wszelkiej maści – hałaśliwy i wszędzie wciskający się – ubyło rowerów, zwłaszcza tych wypakowanych potężnym bagażami. Mniej jest tragarzy uginających się pod gigantycznymi ciężarami, zniknęły też zwierzęta juczne. Zdecydowanie więcej jest samochodów. I co najgorsze ulice wypełnił spalinowy smog…

 

 Stara część Katmandu nadal zachowała swój unikatowy koloryt. Wąskie uliczki o chodnikach i jezdni pełnych dziur, szlamu i śmieci jak dawniej wypełnia drobny handel, gwar sprzedawców i kupujących.

  

 

 

 

 Można kupić przedziwne rzeczy, np. sztuczną szczękę...

Podrałowaliśmy na Durban Square. W budce kupiliśmy bilety wejściowe (750 rupii) i od razu przedłużaliśmy ich ważność. W biurze Kathmandu Metroplitan City (na Durbar Sq, w części nieopodal wlotu Freak Street) po okazaniu biletu wydają rodzaj legitymacji uprawniającej już do bezpłatnego wkraczania na plac przez cały okres ważności naszej wizy. To dość wygodne jeśli chce się spędzić w KTM trochę więcej czasu.

 

 

piątek, 07 czerwca 2013, jacekstefanski

Polecane wpisy