podróże
Blog > Komentarze do wpisu
12-13.07.2012 r., Katmandu, Nepal

Dzień wcześniej kupiliśmy bilet na autobus do Katmandu w jakimś przypadkowo wybranym biurze podróży. Uznaliśmy, że to wszystko jedno co się wybierze. I tak nie rozróżniamy licznych firm przewozowych. Jednak los trochę zagrał nam na nosie. Rano stawiliśmy się o oznaczonej i mocno porannej godzinie na obszernym klepisku służącym za dworzec autobusowy. Stało na nim już sporo autobusów i kłębił się liczny tłum pasażerów. I zaskakująco dużo turystów. Jakoś dzień wcześniej nie rzucali się w oczy… Naszego pojazdu jednak nie mogliśmy odnaleźć. Czas mijał, plac pustoszał, a nasz autobus-widmo gdzieś przepadł. Nie sądziliśmy aby w biurze zrobili nas w konia bo to byłby przekręt na bardzo krótkich nóżkach, ale jakiejś totalnej awarii nie mogliśmy wykluczyć. W końcu cierpliwość została nagrodzona i długo oczekiwany pojazd, mocny już posunięty w latach rzęch, w oparach smrodliwych spalin, wjechał na klepisko.

Do Katmandu przyjechaliśmy po 7 godzinach nużące drogi… Widoki były zacne, ale temperatura i burzowa aura skłaniał do nieustannej drzemki.

Mając w pamięci hałaśliwe noce postanowiliśmy wynieś się z Khangsar GH. Odbierając oddane na przechowanie bagaże nie uniknęliśmy kłopotliwych pytań w recepcji. A nasza odpowiedź że hałas nam przeszkadza, wyraźnie zdziwiła recepcjonistę… 

Postanowiliśmy wrócić do „źródeł”, czyli do Mustang GH, w którym 13 lat wcześniej rozpoczęliśmy naszą nepalską przygodę. Hotelik był skromny, a pokoje maleńkie, za to - jak się wydawało – świetnie położony i niedrogi. Oba walory były aktualne. Bez większego targowania się uzgodniliśmy cenę 500 rupii (ok. 5,5 USD) za dwójkę z łazienką. Także ze względu na ustronność jego położenia wydawało się, że to dobry wybór. Wprawdzie w samym środku Thamelu, ale w wąskiej odnodze od głównej ulicy, w zakamarku gdzie nie ma ruchu ulicznego, ani knajp. Najbliższa noc jednak dość okrutnie zweryfikował nasze nadzieje na miły wypoczynek. Okazała się, że gdzieś niewidoczny, ale w zupełnie bliskim sąsiedztwie zagnieździł się lokal z dyskoteką. Jednym słowem z deszczu pod rynnę (pewnie lepszym określeniem byłoby pod wodospad). Rozsadzający uszy łomot trwał gdzieś do 2-3 w nocy. To sporo tłumaczyło łatwość zjazdu w dół ceny za pokój w Mustangu. Z takim nagłośnieniem zatrzymują się tutaj chyba tylko desperaci. Ranek nie przyniósł ukojenia. O 5 pod naszym oknem jakiś człowiek uporczywie zaczął przetaczać wózek na metalowych i chyba kwadratowych kołach… 

Zwlekliśmy się z łóżka z podkrążonymi oczami i żelazną decyzją poszukiwania nowego lokum. Strawiliśmy na to całe przedpołudnie robiąc bardzo dokładne rozpoznanie. Z definicji wykluczyliśmy wszystkie noclegi w sąsiedztwie knajp i klubów. I te powyżej 15 USD za noc. To znacznie uprościło nam sprawę bo z listy skreśliliśmy chyba 95% adresów. Właściwie problemem było wyszukanie czegoś o tak wyśrubowanych oczekiwaniach. Na początek zajrzeliśmy do Shakti Hotel, w którym zatrzymaliśmy się w 2005 roku i dobrze go zapamiętaliśmy. Spełniał on wszystkie nasze oczekiwania poza ceną. Niezbyt dawno przeszedł generalny remont i zdecydowanie awansował na wyższa hotelarską półkę. 

Atrakcyjne wydawały się hoteliki położone przy uliczce Bhagwan Bahal, ale w końcu wybraliśmy Pilgrims Guesthouse i najbliższe dni, a raczej noce potwierdziły trafność decyzji. Ponieważ był to niski sezon wynegocjowaliśmy prawie o połowę niższą cenę – 600 rupii za dwójkę z łazienką. Zaletą była także działajaca obok w symbiozie z Pilgrims GS restauracja. Rano jedliśmy w niej dobre śniadanie, a wieczorem dość szybko kończyła swoją działalność i w nocy nie przeszkadzała. 

Późnym popołudniem pomaszerowaliśmy do Małpiej Świątyni – Swayambunath.

Zastaliśmy ją w trakcie wielkiego sprzątania. Gromadki wyznawców Buddy uwijały się pucując wszystkie małe i duże elementy… 

wtorek, 18 czerwca 2013, jacekstefanski
Tagi: Swayambunath

Polecane wpisy