podróże
Blog > Komentarze do wpisu
11.07.2012 r., Pokhara, Nepal

To już naprawdę koniec treku. Zrywamy się o szóstej rano i idziemy poszukać jakiegoś busika w stronę Pokhary. Ustalamy, że miejscem właściwym na czekanie jest placyk nad rzeką na końcu Tatopani od strony drogi wiodącej w stronę Ghasa. Stało tutaj kilku miejscowych ludzi, ale żaden nie potrafił powiedzieć nic sensownego o tym kiedy pojawi się jakiś pojazd. Po dłuższym czasie – była już chyba ósma – z góry doliny nadjechał mikrobus solidnie wypełniony pasażerami. Z trudem wcisnęliśmy się do jego wnętrza. Na szczęście pierwszy etap podróży okazał się krótki. Po 45 minutach busik dojechał do nieznanej mi z nazwy miejscowości. Wszyscy pasażerowie opuścili pojazd i ku naszej konsternacji chyżo ruszyli do przodu. Jedni biegiem inni ograniczenie wiekiem lub kondycją ledwie truchtem… Podreptaliśmy za nimi. Szybko pojęliśmy cel tego wyścigu. 300 metrów dalej czekały następne mikrobusy, które mieliśmy kontynuować podróż do Beni A tam miała nas czekać kolejna przesiadka. „Biegacze” szybko wypełnili w pojazdach każdą wolną przestrzeń. Nam jako „spóźnialskim” przypadła miniaturowa deseczka przymocowana do maski silnika tuż za plecami kierowcy. Raczej kucaliśmy niż siedzieli. Ile może pomieści pasażerów mikrobus obliczony może na ok. 20 osób? Doliczyłem się 44. W przestrzeni obok kierowcy ulokowało się 11 Nepalczyków… Na końcu dosiadł się jeszcze jeden człowiek, który „przytulił” się do kierowcy dzieląc z nim jego fotel…

Jazda okazał się upiorna. Było potwornie gorąco, a busik po fatalnej drodze wlókł się jak pogrzebowy karawan. A czasami sądząc po urwisku z boku drogi miał szansę zasłużyć na takie miano… Nogi wbite pomiędzy kończyny zbitej grupki ludzi siedzących naprzeciw szybko nam ścierpły, ale nie było szansy na zmianę ich ułożenia. Po godzinie takiej podróży miałem wrażenie, że tracę w nich czucie… Agnieszka podróż znosiła jeszcze gorzej. Zrobiła się szara na twarzy i widziałem, że paw nie jest abstrakcyjnym pomysłem…

Do Beni dojechaliśmy – na szczęście w jednym kawałku – o 10:30 choć dałbym głowę, że jazda trwała znacznie dłużej. W sumie uznaliśmy, że pakowanie się do mikrobusów na odcinku z Tatopani do Beni to był nienajlepszy pomysł. 13 lat temu ten sam odcinek na piechotę pokonaliśmy w ok. 5,5 godziny. Tak więc w Beni bylibyśmy mniej więcej o tej samej porze dnia, może godzinię później niż przywiózł nas busiki. I nie bylibyśmy tak wykończeni…

Z Beni dość szybko pojechaliśmy następnym już zwyczajnym autobusem i do Pokhary dotarliśmy ok. 14. W turystycznej części miasta, położonej nad jeziorem Plewa, dopadł nas człowiek z jakiegoś hotelu. Oczywiście zachwalał go jako siódmy cud świata, że nowy, dopiero uruchomiony, czysty i z ciepłą wodą… I oczywiście po absolutnie preferencyjnej cenie… Agnieszka, jak zawsze w takiej sytuacji, zjeżyła się, coś tam zamruczała i próbował uciec, ale jako bardziej spolegliwy człowiek uznałem, że możemy dać się tam zawlec. W końcu na ucieczkę zawsze będzie czas…Facet nie bujał. Było tak jak powiedział – blisko, czysto i tanio (500 rupii za dwójkę). Ciepła woda też była.

Pokhara przywitała nas ciężkimi chmurami więc nie było co liczyć na panoramę gór z piękną Machapucharą na czele… Wkrótce z chmur polała się woda…

wtorek, 18 czerwca 2013, jacekstefanski
Tagi: Pokhara

Polecane wpisy