podróże
Blog > Komentarze do wpisu
09.07.2012 r., Kalopani, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 2530 m npm, czas wędrówki: 6h. 10 min.

Dzień przywitał nas fantastyczną pogoda. Słońce i bezchmurne niebo. Agnieszka wypatrzyła ośnieżony czubek Nilgiri (7061 m), na której pełny widok zasłaniały bliższe dolinie góry.

Po śniadaniu zrobiliśmy jeszcze krótki spacer po Marphie. Zaglądnęliśmy też do gompy w nadziei, że może zaczęły się jakieś religijne uroczystości, ale życie toczyło się tam niespiesznie. Gromadka starych ludzi siedziała pod murkiem i popijała herbatę.

Nic nie wskazywało, że wkrótce coś zacznie się dziać. Wyruszyliśmy więc w dalszą drogę.

Przed nami był dość łatwy, ale za to malowniczy odcinek doliny. Po przejściu przez mostek opuściliśmy drogę i powędrowaliśmy dalej „czerwonym szlakiem”. Na szlaku przeszliśmy przez dwie wioski o trudnych nazwach Chhairogaon i Chimanggaon. Niekiedy ich nazwy pojawią się w przewodnikach czy na mapach bez końcówki „gaon” co pewnie musi coś oznaczać w miejscowym języku. Może po prostu „wieś”?...

Obie są „nieturystyczne” i nie ma nich lodge’y, a mieszkańcy przyglądali się nam z umiarkowanym i dyskretnym zainteresowaniem. Chimang architektonicznie jest bliźniakiem Marpha z jednym drobny różniący akcentem – framugi okien bywają tutaj malowane również na niebiesko.

Chwilę tutaj odsapnęliśmy podziwiając wyłaniający się z chmura na krótkie chwile szczyt Dhaulagiri. Potem wróciliśmy z powrotem na prawy brzeg Gandaki i wkrótce dotarliśmy do jednej z bardziej oryginalnych miejscowości treku – wsi Tukuche. Ta część doliny aż po wieś Ghasa nosi nazwę Thak-sat-sae co po tybetańsku ma znaczyć „siedmiuset Thaków”. Podobno tyle liczył lud Thakalów kiedy setki lat wcześniej tutaj się osiedlał. Tukuche pełniło rolę nieoficjalnej stolicy regionu, a jego nazwa po tybetańsku znaczy „ziemia handlu solą”. Przez znaczną część swej historii Thakalowie dzięki uzyskanemu królewskiemu przywilejowi byli monopolistami w tej dziedzinie handlu. A w Tukuche mieszkali najbogatsi spośród nich. Domy w wiosce mają unikatową architekturę. W przeważającej części piętrowe, zbudowane w jednej linii ulicy, z płaskimi dachami posiadają charakterystycznie kolorowo malowane balkony. Częste też mają wewnętrzne dziedzińce.

Podobnie jak wcześniejsza Marpha także Tukuche boleśnie odczuło upadek handlu. W ostatnich latach sytuację poprawił rozwój turystyki. Ze względu na malowniczość wioski turyście chętnie tutaj zatrzymywali się na postój i nocleg. Jednak budowa drogi paradoksalnie spowodował kolejny kryzys. Wytyczono ją z pominięciem Tukuche, które znalazło się z boku trasy. Większość turystów kończy pieszą wędrówkę w Jomsom i dalej w dół doliny busikami. I najczęściej nie zagląda do mijanych wiosek…

Tukuche stało się senną wioską, w której głównym zajęciem jest sadownictwo i pędzenie z jabłek lokalnego trunku.

Późnym popołudniem tradycyjnie niebo zasnuły chmury, a wraz z nimi gasła nadzieja na piękne widoki. Znajdowaliśmy dokładnie pomiędzy obu ośmiotysięcznikami, które były prawie na wyciągnięcie ręki, a nie moglismy ich zobaczyć… Zeszliśmy już dość nisko i raczej trudno było liczyć na odsłonę Annapurny. Znowu wkraczaliśmy w strefę monsunu, ciężkiego i parnego powietrza…

Późnym popołudniem dotarlismy do Kalopani. Wioska nie zachwyca swoim wygładem. Chaotycznie rozrzucone domki w niczym nie przypominają zabudowy mijanych kilka godzin temu wiosek. Zatrzymaliśmy się w brzydkiej lodge o nazwie Hotel See You. Prosty budynek w kształcie prostokątnej podkowy wzniesiony z pustaków. Jednak nasz wybór nie był do końca przypadkowy. Gdzieś wyczytaliśmy, że Hotel See You szczyci się dobrą kuchnią. Wieczór potwierdził to w pełni. Zjedliśmy najlepszy dal bath na całym trek…

wtorek, 18 czerwca 2013, jacekstefanski

Polecane wpisy