podróże
Blog > Komentarze do wpisu
08.07.2012 r., Marpha, Nepal

Wysokość osiągnięta na koniec dnia: 2670 m npm, czas wędrówki: 5h.

W przewodnikach doradzają by odcinek pomiędzy Kagbeni a Jomsom pokonać w godzinach porannych. Bowiem nim minie pierwszych parę godzin od wschodu słońca z południa doliny zaczyna dmuchać silny wiatr, a bliżej południa nabiera on prawdziwej potęgi. Ciężko się wtedy idzie. Nie dość, że trzeba się przedzierać jak w smole to jeszcze porywy wzbiją chmury piasku, a czasami nawet miotają drobnym żwirem. Doświadczyliśmy tego parę lat choć z mniejszym skutkiem bo wichura wiała nam wtedy w plecy. Tego dnia jednak lenistwo zwyciężyło. Z Kagbeni wywlekliśmy się dopiero pół godziny po ósmej. Już wtedy dały się odczuć pierwsze porywy zapowiadające gwałtowność nadchodzącego wiatru. Dzień wcześniej mieliśmy w planie bardziej ambitne przejecie przez Przełęcz Wiatrów (Bhanjyang – 3435 m). To taka alternatywna trasa do Jomsom leżąca powyżej drogi. Mniej więcej godzinę marszu od Kagbeni w pobliżu wsi Eklebhati trzeba przejść na prawą stronę rzeki i wspiąć się do wsi Pakling. A potem kierować się do Phalyak.

Wyleźliśmy późno i do Eklebhati dotarliśmy kiedy wiatr już mocno młócił po twarzach i przytykał oddech. Wizą wspinania się 600 metrów w górę była tak zniechęcająca, że w sekundę podjęliśmy decyzję o kontynuowaniu marszu doliną. Zresztą dzień był pochmurny, chmury wisiały dość nisko i nadziei na piękne widoki jakie można znaleźć na Przełęczy Wiatrów raczej nie było.

Po dwóch godzinach dotarliśmy do Jomsom. Znajduje się tam znane w Nepalu górskie lotnisko dla wygodnych turystów. Jedni kończą tutaj swój trek i wracają samolotem do Pokhary. Inni przylatują by następnie udać się do Mustangu. Najczęściej zresztą z Jomsom najpierw podjeżdżają do Kagbeni jeepami, a dopiero stąd w asyście przewodnika, tragarzy i zwierząt juczny wędrują w głąb Królestwa Lo. Lotniska jest słynne nie tylko ze względu na sąsiedztwo dwóch ośmiotysięczników, ale również karkołomności lądowania. Silne i nieprzewidywalne wiatry miotają samolotami. Od czasu do czasu skutecznie. W ostatnich trzech latach rozbiły się tutaj dwie maszyny. I właśnie fakt zbliżamy się do rogatek Jomsom anonsowały nam samoloty, jedne po drugim podchodzące do lądowania. Wyraźnie spieszyły się by uciec przed pogarszającą się pogodą.

Wczoraj spotkany w Kagbeni turysta opowiadał nam swoją historię. Wykupił udział w zorganizowanym treku do Mustangu. Miał go zacząć kilka dni wcześniej, ale bardzo zła pogoda spowodował, że na ponad tydzień zawieszono loty z Pokhary do Jomsom. Chciał wynająć jakiś pojazd i dojechać nim do Kagbeni, ale osuwiska spowodowane deszczami zablokowały także drogę. Więc tkwił ileś dni w Pokharze czekając aż wyklaruje się pogoda… W końcu przedwczoraj udało mu się wynająć za duże pieniądze jeepa i po dwóch dniach uciążliwej jazdy tutaj dotrzeć.  Ludzie bywają przywiązani do swoich pierwotnych planów. Pewnie nie przyszło mu do głowy by dojechać do Tatopani za jakieś grosze, a trasę do Kagbeni pokonać na własnych nogach co zajęłoby mu najwyżej ze trzy dni…

Po wejściu do miasteczka, nie dochodząc do lotniska, skręciliśmy w lewo i przeszliśmy przez jego starą część. Tutaj chwilę plącząc się po zaułkach odnaleźliśmy czerwony szlak stanowiący alternatywę wobec drogi w dole doliny. Wspinając się niezbyt wysoko przeszliśmy przez ładną wieś Thini i mniej więcej po dwóch godzinach zobaczyliśmy cel naszej dzisiejszej wędrówki – wieś Marpha.

 W nagrodę przy wejściu do wsi powitało nas słońce. Marpha jest jedną z bardziej efektownych miejscowości szlaku.  Dom zbudowane z drobno ciosanych kamieni lub cegły bielone są wapnem co w słońcu daje olśniewający efekt. Z bielą ścian kontrastują okna i drzwi malowane w kolorach ochry i brązu. Na płaskich dachach, kiedyś budowanych z kamiennych łupków, wzdłuż jego krawędzi mieszkańcy gromadzą drewno na opał. Dzięki temu nabierają one charakterystycznego wyglądu… Wioskę wieńczy solidnych rozmiarów buddyjski klasztor. Przestrzeń wokół Marphy i czterech sąsiednich wiosek zamieszkuje niewielki ludek – Panchganulowie. Używają języka swoich południowych sąsiadów Thakalów, ale podobno nie są z nimi spokrewnieni.  Kiedyś podstawą ich egzystencji był tranzyt towarów z Tybetu. Po zamknięciu przez Chińczyków granicy handel obumarł i mieszkańcy doliny musieli poszukać innego zajęcia. Panchganulowie z powodzeniem zajęli się sadownictwem. Wokół ich wiosek powstały sady jabłoni i moreli.

Zakotwiczyliśmy się w Daulagiri Guest House, w jednym z bardzo licznych tutaj takich przybytków. Ani lepszym ani specjalnie gorszym od innych. Po obiedzie ruszyliśmy połazić po wiosce…

 

W sezonie wieś tętni życiem. Uliczkami przewalają się tłumy turystów. Czasami trudno jest znaleźć miejsce w lodge. Teraz wieś sprawiała wrażenie rozleniwionej i sennej.

W klasztorze obejrzeliśmy piękną bibliotekę…

I trochę przyglądaliśmy się przygotowaniom do puj, a raczej produkcji maślanych figurek...

 A z góry mieliśmy świetny widok na wioskowe dachy pełne zgromadzonego i suszącego się na zimę drzewnego opału.

wtorek, 18 czerwca 2013, jacekstefanski

Polecane wpisy